Wyprawa życia część 14
14

I nastał poranek dnia trzeciego. Jest bardzo wcześnie - za kwadrans szósta. Ciało już prawie nie boli.

Śniadanie, zbieranie i przenoszę kajak na drugą stronę grobli. Zobaczę ten Bydgoszcz. Od śluzy do centrum jest jakieś 10km, to szybko popłynę, zobaczę i wrócę.
Ruszam na luzaku pół do ósmej. Pierwszy kilometr idzie lekutko. Kajak dosłownie mknie po gładkiej tafli. Idzie jak sportowy motór. Wiem, jaram się, ale to jeden z tych kajaków które zadają klam opinii o dmuchańcach.

Problem zaczyna się w momencie skrętu w prawo w Brdę. Teraz muszę płynąć pod prąd. To znaczy że prędkość nurtu która normalnie się dodaje, teraz się odejmuje. GPS pokazuje że przy sporym wysiłku robię 4km/h.
Trudno, będzie mniej spektakularnie ale się uda.
Z początku miasto wygląda jak typowe miasto nad rzeką. Rzeka jest bo jest, ale po co i na co to nikt pomysłu nie ma. Mijam tartak (?) , klub wioślarski, jeden i drugi most. Opływam wyspę.

I o jedenastej ląduje w miejscu które wywala mnie z kapci.
Wyspa Młyńska i okolice. O żesz ryps w pips że horros szoł.

To jest piękne. Krwa nie wiedziałem że Bydgoszcz ma miejsce na takim wypasie. Odnowione budynki na obu brzegach, pomosty, trawniki, deptaki. Na wodzie kajaki, motorówki i pływające domy. Nawet przepławka dla ryb jest ciekawie zrobiona. I wodospad majo po lewej stronie.
Łeb mi się kręci że nie wiem w którą stronę popatrzeć.

Jak już ochłonąłem płynę dalej pod prąd. Dopływam do miejskiej śluzy. Nie ma numeru telefonu. Spływam na prawy brzeg rzeki, cumuje, wyłażę robię ogląd. Okazuje się że można się tu przenieść mały kawałek, dosłownie 20m i się jest w wyższej części rzeki.
Takoż czynię.

Płynę jeszcze kawałek w górę. Mijam przystań kajakową od której małpie robią się wielkie oczy.
O ja pierdziu. Przyjechał wieśniak ze wsi Sosnowiec i miasto zobaczył.

W głowie rodzi się plan. Jeśli miasto wygląd tak na wypasie w dzień to jak to będzie wyglądać w nocy? Generalnie spodobało mi się wczesnonocne pływanie w różnych miejscach. Ale nie będę tu przecie czekał pół dnia.

Ruszam w górę rzeki. Mijam, i tu będzie mega zaskoczenie - Technikum Żeglugi Śródlądowej. To stąd bierze się obsługa białej floty i tych wszystkich barek. Przerąbane trochę. Kończysz szkołe i fruu na drugi koniec kraju bo tylko tam jest wakat w załodze.


Potem niestety wpływam w slumsy. Dzielnica nieodnowionych kamienic widziana od podwórzy. Sląskie familoki w porównaniu z tym to pałace. A okolica wygląda tak że Cejrowski mógłby tu kręcić z marszu.

Pod prąd płynie się ciężko. Znikają umocnienia brzegu, robi się typowo bagniście-nieprzyjazny. Zmordowany dopływam o piętnastej do elektrowni. Liczę że droga powrotna mi zajmie godzinę więc robie przenostkę i płynę kawałek dalej. W sumie dopływam 25km od ujścia rzeki.
Jest 17. Robię postój. Zjadam późny obiad, krotka kąpiel w rzece, wyleguję się na piasku i odpoczywam.
O 19 rozpoczynam nieśpieszny powrót. Zależy mi na tym żeby do centrum dopłynąć po ciemku.
Udaje się. Słońce zachodzi za drzewami jak mijam most kolejowy.
Teraz w zasadzie dryfuje.
To wygląda nieziemsko. Oświetlenie po lewej, po prawej. Nad głową noc, a w wodzie odbija się światło z brzegu. Wpływam w tą odnogę na której robiłem przenoskę. Tutaj są nawet kładki podciągnięte wzdłuż brzegu i masa restauracji zaraz powyżej.
W mordeczkę. To nawet nie wygląd jak w Polsce. Dopływam ile się da wzdłuż kładki. Potem wracam i przy wodospadzie robię przenoskę.
Poniżej wyspy młyńskiej nadal sporo łodzi.
Chyba z pół godziny spędzam gapiąc się na to wszystko.

Potem do wioseł i w doł rzeki. Znowu monotonna, miejska zabudowa. Ale nastrój jest o dwie oktawy wyższy. Nie euforia, ale takie głębokie przeświadczenie że podróż pomogła zobaczyć coś wyjątkowego.
Zmęczenie daje znać wiec pozwalam bardziej się rzece nieść niż wiosłować. Na śluze trafiam chwilę przed północą. Od razu obnosze bokiem i rozbijam się jak najdalej żeby nie przeszkadzać ochronie.

Usypiam gdzieś o pierwszej w nocy.

Obrazek zwinięty kliknij aby rozwinąć ▼

Wyprawa życia część 12
7

Poranek dnia drugiego. Pobudka punkt.. ósma. Ja cierpie dole, jak mnie wszystko boli. Dokładnie wszystko. Wczoraj goniony poczuciem niespełnienia machnąłem 90km wiosłując. Teraz czuje że Bóg mnie opuścił. Szatan przyszedł, popatrzył i też sobie poszedł. Nie ma sensu torturować kogoś kto tak cierpi.

No nic, trzeba się zwlec, zjeść owsiankę i iść zwiedzać. Na moście dla pieszych jestem dopiero o dziewiątej. Ależ franca długa. Idzie się i idzie i idzie. Ze dwa kilometry chyba.
Stare miasto dopiero budzi się do życia. Lepsze sklepy i restauracje zamknięte. A sieciówki te same jak w Sosnowcu wiec nie ma po co wchodzić. Robię trochę zdjeć.
Podsłuchuje jak przewodnik tłumaczy zagranicznej wycieczce że w tym domu urodził się Kopernik i jak zapłacą pieniązek to mogą ten dom odwiedzić. Faktycznie nawet tabliczka jest. Dewizowi płacą pieniążek i zwiedzają. Ja nie.
Obchodzę rynek, zwiedzam go na swój sposób czyli na pałę. Nie mam mapy, przewodnika ani pomysłu.
Mam z to bolące plecy.
Ciekawostka, w zupełnie innym miejscu kolejny przewodnik tłumaczy tym razem rosyjskim (albo ukraińskim) turystom że w tym domu urodził się Kopernik i jak zapłacą pieniążek to mogą to miejsce zobaczyć.
I też jest tabliczka na budynku ;)

Szapo ba. To że z papaja polaka watykaniści urobili 86kg relikwi to małe miki w porównaniu z tym że Toruń ma cztery domy w których narodził się astronom.

Idę tak koślawo że nawet menel rzygający przy Krzywej Wieży kiwa mi ze zrozumieniem głową. Spoko ziomek.
Udaje mi się kupić oryginalne toruńskie pierniki. Kij z tym że na opakowaniu jest "Piekarnia numer 7. Bydgoszcz" ;)

Wracam na pole, zwijam manele. Trochę bajeruję recepcjonistkę ale bezskutecznie. Dmuchany kajak nie prezentuje się specjalnie przy niemieckich uber-kamperach które udają dzielnicę Chłopaków z Baraków.

Ruszam dalej. Jest południe. Słoneczko grzeje. Do Bydgoszczy mam 36km. Tyle co nic. I dobrze bo sił do wiosłowania brak. Na wodzie sporo ruchu, którego nie było poprzednim razem. Kajaki, dwie białe floty, jakieś mniejsze wynajęte motorówki. Większość pływa przed tą najładniejszą częścią Torunia i nie zapędza się dalej.

Niby coś tam wiosłuje, ale tak po prawdzie to nurt mnie niesie. Dziwnie się trochę czuję. Jechałem z nastawieniem TORUŃ, bo nie udało się poprzednim razem. No i co. Był i nie ma. Dociera do mnie że bardzo słabo zaplanowałem dalszą część.
Czyli jednak jestem głupi.
Kontempluje przesuwając się brzegi, coś tam udaje że macham wiosłem. Ale jakoś podniecenie ze mnie zeszło. Do Bydgoszczy docieram o osiemnastej. Czyli w zasadzie niewiele szybciej niż nurt.
Płynę do lewej śluzy, ale wyciągam kajak, nawet nie myślę o śluzowaniu. Dogaduje się z obsługą że mogę przenocować u nich. Do zmroku jeszcze daleko, ale nie chce mi się płynąć. Wolę odpocząć.
Ustawiam namiot i kajak tak żeby nie rzucały się w oczy, w końcu na śluzach formalnie nocować nie wolno.
Myślałem nawet czy nie wybrać się do centrum autobusem ale jakoś mi się nie chce.
Jestem naprawdę zaskoczony. Po wczorajszej euforii nie ma śladu.
Na poprawę humoru zjadam liofa zamiast mre. Zawsze to jakiś luksus.
Z nudów idę odwiedzić jeszcze tą drugą, nieczynną śluzę. Potem zawijam się w śpiwór i długo moszczę zanim nadejdzie sen.
Przed samym zaśnięciem nachodzi mnie jeszcze myśl. Wczoraj 90 dziś 36km. Średnio wychodzi 63km dziennie. Czyli jakby człowiek nie kombinował te sześć dych mu jest pisane i tyle.
Wyżej nerek nie podskoczysz.

W końcu ktoś gasi światło.

Obrazek zwinięty kliknij aby rozwinąć ▼

Pan Marian po ślubie
43

Wstydzę się swojej żony. Roztyła się na tyle, że nie tylko wygląda bardzo niesmacznie, ale też przestała mnie podniecać i nie mam ochoty na seks z nią. Na domiar złego zgnuśniała umysłowo, jedyne o czym da się z nią porozmawiać to seriale i plotki od jej koleżanek.

Kiedyś rozmawialiśmy o wszystkim, od kosmosu poprzez psychologię i na nieprzyzwoitych żartach skończywszy. Kiedyś piekła, gotowała, a teraz przygotowanie obiadu staje się odświętne. Wstydzę się ją gdziekolwiek zabierać, a tym bardziej przedstawiać obcym ludziom. Najbardziej mnie przeraża fakt, że ona pomimo próśb nie zamierza nic z sobą zrobić. Cztery lata małżeństwa wystarczyło, żeby wyhodować sobie w domu potwora. Już nie uprawiamy seksu i nie mamy o czym rozmawiać. Rok temu podjąłem decyzję o rozwodzie, chcę też żeby opieka nad naszą córką, była przyznana mnie, a jej tylko ustanowić widzenia, więc po zasięgnięciu porady prawnej od prawie roku zbieram dowody na rozpad pożycia małżeńskiego z winy mojej żony.

Teraz okazja do rozwodu jest najlepsza. Małżonka nie pracuje, straciła pracę w związku z pandemią, ja nieźle zarabiam, dom jest mój, co za tym idzie ja spełniam wszystkie ekonomiczne przesłanki, żeby zatrzymać dziecko. Tym bardziej, że córeczka jest bardziej za mną, to ja poświęcam jej więcej czasu, ja z nią rozmawiam, a moja żona to krzykaczka i rozwiązuje tak każdy problem, nawet ten dotyczący dziecka. Jedyne co jest z mojej strony niemoralne, to fakt, że od 10 miesięcy zdradzam żonę. Mecenas mnie przestrzegał przed takimi krokami, bo jak to ujrzy światło dzienne, to bardzo zaszkodzi, ale powiedzcie sami, ile można znosić w małżeństwie brak seksu i choćby ciekawej rozmowy? Każdy człowiek tego potrzebuje. A nie dość, że ona mnie nie podnieca, to wręcz odpycha.

Kiedy widzę, jak opycha się pizzą lub kebabem na noc, a sosy jej ściekają po drugim podbródku, to mi się aż niedobrze robi. Kiedyś próbowałem ją odwieźć od takich praktyk, ale widać ona wie lepiej, co jest dla niej dobre. Przerażające jest to, że można się tak zapuścić i jeszcze mieć pretensje do ludzi którzy chcą jej pomóc. Mam nadzieję, że z eksmisją nie będzie, aż tak dużego problemu, mecenas zapewniał mnie, że w razie komplikacji, dołoży wszelkich starań żeby nie było większych problemów z mieszkaniem socjalnym dla niej. Chcę sprzedać szybko ten dom, żeby mi się z nią nie kojarzył i zacząć układać sobie życie z nową kobietą. W przypadku, kiedy po wszystkim, już była żona wpadnie na pomysł robienia mi problemów w życiu, ja też jej stworzę problem i podam o alimenty.

Obrazek zwinięty kliknij aby rozwinąć ▼

Wyprawa życia część 12
17

Trzy miesiące później monotonny stukot kół nie pozwala zasnąć. Nocny ze Śląska do Płocka. Oczywiście że z przesiadkami, na zadupiach o których nikt nie wie. Jestem lepiej wyekwipowany. Wózek. Zwykły, zakupowy na dwóch kółkach. Dzięki temu nie muszę nieść kajaka. Do tego filtr do wody.

O świcie ląduje w Płocku. Na dworcu który poprzednim razem był dla mnie ostatnią przystanią. Ruszam z buta nad wodę.

Jakie to jest fantastyczne uczucie. Po pierwsze z górki, po drugie lekko. Zupełnie inaczej niż poprzednia gehenna.
Po drodze zakupy w płazowym spożywczaku. Jedna mineralna na wszelki wypadek, sok jabłkowy (strasznie mi ich ostatnio brakowało) i bułki.
O siódmej pompuje kajak. Nie wróciłem na opaskę zaraz za pierwszym mostem, tylko zszedłem niżej w stronę przystani. Nie będę miał zaliczonego jednego kilometra Wisły. Czy będę mógł mówić że przepłynąłem całą? Chyba tak.
Ruszam przed ósmą. Pogoda umiarkowana, wiatr na razie słaby. Przede mną czterdziestokilometowy zalew a potem się zobaczy.
Na początku idzie dobrze. Trzymam równe tempo przez jakieś trzy godziny. Się trenowało między rejsami a co;)
W południe krótki przystanek. Nie gotuję nic, wrzucam tylko bułkę, popijam sokiem. Trochę spaceru w te i wewte. Nie ma tu co zwiedzać. W zasadzie to gdzie bym się nie zatrzymał na losowym brzegu, to nie ma co zwiedzać.
Chyba że ktoś się uprze odwiedzić wieś Murzynowo, bo akurat taka na zalewie jest.
Wiosłuję dalej. Zrywa się wiatr więc kombinuje to pod jeden, pod drugi brzeg. Pod lewym jakby słabiej wiec trzymam się tej strony. Zalew jest ogroooomny. Płyniesz i płyniesz i płyniesz i krwa końca nie widać.
Za to jak zobaczysz tamę to o ja cierpiedole - jakie to jest bladź wielkie.
Dopływam do śluzy. Godziny śluzowania mi nie pasują. Musiałbym czekać półtorej. Wyciągam klamoty na brzeg. Kajak na wózek. Spinam gómowymi tasmami i wpieriod.
Bogowie to jest fantastyczne. Mogę mieć w dupie sultana kosmitów , to znaczy zawiadowce śluzy. Sam se przeniose.
Cała obnoska nie trwa nawet pół godziny. Oczywiście przy zrzucaniu kajaka jest ekwilibrystyka i wyrzuty ochroniarza który się przypałętał. Że niby chodzić po terenie śluzy nie wolno.
No wiem że nie wolno ale co mam zrobić? Nadłożyć kilometr bo wam sie robić nie chce?
Włażę do kajaka, odbijam, macham ochroniarzowi na pożegnanie. Przeszkoda której się najbardziej obawiałem jest za mną.
I teraz to już zapierdalam. Choćby się paliło i waliło ja MUSZĘ do tego Torunia doplynąć.
Poziom wody jest uczciwy, na wiosłach daje z siebie wszystko. Ten odcinek troche ze wspomaganiem, bo mam od razu naszykowaną odżywkę i izotoniki.
Kraiobraz sie przesuwa szybko. Nurt na szczęście pomaga. Ponieważ ogarnąłem jak tego kajaka używać, przede wszystkim żeby zapiąć pasy udowe, mogę wycisnąć z siebie wszystko i widzieć efekt.
Producenci tego kajaka chwalili się na stronie że na takim modelu wygrywali wyścigi w konkurencji sztywnych kajaków. I nie kłamali.
Idę ze średnią prędkością 9km/h. Ta, wiem nurt pomaga (nurt na wiślie to 3.5-4.5km/h) ale uczucie jest nieprawdopodobne.
O osiemnastej wciągam odżywkę alpinistyczną. Jest moc.
To jest próba sił samego ze sobą. Chęć nadrobienia tego co się nie udało ostatnio.
Do Torunia docieram w nocy. Jest 21 z minutami.
Staje na środku rzeki i krzycze z radości. Ktoś coś tam nawet odkrzykuje z prawego brzegu.
Tak faktycznie Toruń w nocy wygląda zajebiście. Zamki zamki i deptak są podświetlone. Restauracje na statkach też. Po prostu klimat.
Czuje to co wtedy w Kazimierzu - to jest ta wielka włóczęga.
Spływam na lewy brzeg pod punkt widokowy. Sprawdzone info od znajomych rowerzystów. Dobre wyjscie na brzeg. Wyciagam kajak ustawiam na wózku i jadę na pole namiotowe. Kawałek może z 800m. Domofon, zgloszenie na recepcje.
Rozbijam namiot, kajak rzucam obok. Nie przypinam, ale wkładam do niego alarm rowerowy. Strzeżonego i tak dalej.
Kąpiel w CIEPŁEJ wodzie. Herbata na kolacje.
Śpię w suchym śpiworze ;)

Moment absolutnej perfekcji.

Obrazek zwinięty kliknij aby rozwinąć ▼

Wyprawa życia część 11.
10

Tego dnia budzi mnie gorąc w namiocie. Siódma rano a słońce operuje tak jakby chciało nadrobić ostatnie dni.

Na śniadanie pożywna herbata. Nie mam już nic do jedzenia. Jestem głodny. Bardzo glodny.

Znowu rysuje cyferki na piasku. Do Torunia jest 135km. Nie ma takiej opcji żebym dał radę. Miałem nadzieję zobaczyć Toruń nocą bo podobno pięknie z wody wygląda.

Teraz naprawdę rozumiem tych co nie potrafią zrezygnować kilkaset metrów przed szczytem.

Tak czy inaczej trzeba się ogarnąć. Rozkładam mokre ciuchy na kajaku, wietrze namiot i śpiwór.
Do Płocka mam z 50km więc spieszyć się nie muszę.
Nawet próbuje popływać. Wychodzi z tego szorowanie jajcami po piasku bo rzeka jest już bardzo płytka.

Przy okazji znajduje aparat. Musial wczoraj wypaść z kajaka jak wylewałem z niego wodę. Za to okazuje się że nie ma mapnika i czapki. Czapkę to wiem że wczoraj zwialo, mapnik nie mam pojęcia kiedy się stracił.

Pakuję się na spokojnie. Nawet wyterzepuje dokładnie piach z namiotu.

Cały czas krąży w głowie, że gdybym wstawał wcześniej, wiosłował więcej to dotarłbym do celu. Zastanawiam się nawet jak mogłem na początku planować ze w 11 dni dam radę z Krakowa do morza.

W końcu wypływam. Czapkę robię z podkoszulki, na siebie długi rękaw, ręcznik na spieczone nogi.

Płynę tak jak na początku mechniecie-odpoczynek - machnięcie.
Oglądam brzegi, wyspy, chce się nasycić tym co mam skoro nie moge miec tego co chce.

Po godzinie zatrzymuje się żeby do pompowac kajak. Rano rozgrzał się na słońcu, zawory spuściły nadmiar ciśnienia. Potem w wodzie wystygł, powietrze się skurczyło, trochę zmiękł.

Na wyspie na której zladowalem znajduje kabinowa motorówkę na samym środku. Trochę poturbowany ale cała. Niestety w środku nie ma nic do jedzenia. Jest za to totalny bałagan. Musiała się turlać na wysokiej wodzie.
Dzwonię na 112 podaje kilometr rzeki i numer burtowy. Może właściciel się znajdzie.
Płynę dalej.
Koło 13 docieram pod Płock.
W twarz uderza wiatr a w dziób fala z zalewu. Ostatni kilometr to znowu walka o każdy metr.

Ładuje na prawym brzegu, na kamiennej opasce. Na raty wynoszę wszystko pięć pięter w górę, na chodnik.
Pakuję kajak, wyrzucam śmieci. Obok ławki zostawiam nienapoczętą butelkę mineralnej.
Google pokazuje że stąd jest najbliżej do dworca.
Cztery kilometry.
Tyle że cały czas pod górę.
25kg na plecach i w rekach.

Jestem głodny i zmęczony. Idę na raty. Po piećdziesiat, po sto metrów i przerwa na chwilę.
W połowie drogi trafiam na spożywczy.
Litr maslanki i zwykła bułka.
Wchodzi na raz.
Ruszam dalej.
Te cztery kilometry szedłem godzinę i dwadzieścia pięć minut.

Dobrze że na dworcu cień, chłód i ławka. I kibelek za dwa złote. Za to porcelanowy tron i woda do mycia.
I cygan w lustrze.
A nie, to ja. Brudny, zarośnięty, z podkoszulka na glowie.

Z Płocka nie jest łatwo wyjechać. Liczylem na pociąg do wawy albo Torunia. Taki uj.
Najpierw czekam dwie godziny. Potem pociągiem do Kutna.
Po drodze mijamy wioski i miasteczka zapomniane przez Boga, diabła i premiera.

W Kutnie kolejne dwie godziny czekania. W tym czasie zjadam zwykły obiad w dworcowej restauracji.
Smakuje fantastycznie.

Potem kilka godzin w pociągu. Na Śląsk docieram już po zmroku.

Koniec.


Smutne.

Nie, gdzie tam. Niemy był od urodzenia.

Obrazek zwinięty kliknij aby rozwinąć ▼
0.060823917388916