Wyprawa życia część 10
13

Poniedziałek rano. Deszcze nadal bębni o namiot ale już bez tej nocnej pasji. Najgorsze chyba za mną. Na śniadanie ostatnia konserwa, herbata, ostatnie pół cebuli. Bułka..kiedy ostatni raz mialem cie w ustach...
Na wodę ruszam wyjątkowo późno. Niebo pochmurne, deszcz siapi, wiater wieje..

Nastrój zdechł. Wiosłuje bo nie mam innego wyjścia. Kilka razy siadam na płyciźnie, bo w deszczu ciężej czytać wodę. Wiatr momentami pomaga, momentami przeszkadza.

Koło południa rozpętuje się piekło. Wiatr przyśpiesza i kręci, deszcz już nie pada tylko leje ciągłym strumieniem. W głębszych miejscach tworzą się fale, które gwałtownie rosną trafiając na płyciznę. Coś jak fala przyboju tyle że w kilku miejscach na raz.
Mam wrażenie że fale mają po metr wysokości.

Wtedy na scenę wchodzi burza. Nie wiem czy to taki urok nizinnych terenów, ale tu wali raz za razem jakby kto stroboskop włączył. Coś sobie tam przypominam jeśli chodzi o zachowanie w burzy.

Połóż się płasko na kajaku - nie da rady bo muszę wiosłować żeby utrzymać dziób pod wiatr i fale.
Wyląduj i schowaj się przynajmniej piętnaście metrów od wody - nie wiem nawet gdzie wylądować bo to znowu odcinek gdzie drzewa pochodzą do samej wody.
Stan na kotwicy - nie mam...

Jedyne co mogę zrobić to zostawić otwartą japę. Chodzi o to żeby uderzenie dźwiękowe nie skancerowało uszu. Więc płynę z otwartą mordką i zastanawiam się który z kolei trafi mnie.

Prawy brzeg robi się wysoki. Wiatr się od niego odbija i kręci jeszcze bardziej niż kręcił. Po pół godzinie jestem fizycznie wykończony. Ale pogoda ma to gdzieś. Jak wiało tak wieje.
Kiedy mija pierwsza godzina mam wrażenie że tam zdechnę. Że za chwilę przestanę wiosłować, fala mnie obróci i to będzie koniec. Albo że kajak zaryje skegiem w dno, stracę możliwość ruchu i skończy się tak samo.
Wiatr przyśpiesza, burza przechodzi w nawałnice czy jak to się tam nazywa.

Napór wiatru jest tak duży że buja kajakiem nawet bez udziału fali. Czuje opór nawet na wiośle, bo pióro uniesione w danej chwili w górę działa jak hamulec.
Czas mija. Momentami mam wrażenie że kręcę się w kółko. Brzegu praktycznie nie widzę za zasłony tumanów wody. Deszcz i coś jakby mgła.
Po tym jak minęła pierwsza godzina już nawet nie patrzę na zegarek, tylko walczę o życie.
Pewnie śmiesznie to brzmi. Jakby ktoś płynął choćby byle wycieczkowcem czy większą motorówką to trochę by go pobujało, trochę zmoczyło i tyle.
Ale na malutkim kajaku, który poddaje się każdemu ruchowi wody i powietrza to jest mordęga.
Po nieskończenie długim czasie burza odpuszcza. Wiatr po prostu przesuwa szare chmury na wschód.

Minęły dwie godziny piętnaście, odkąd lunęło na ostro. Trzęsą mi się ręce ze zmęczenia. Cały trzęsę się ze schodzącego stresu. Orientuje się że gdzieś zgubiłem czapkę. Pewnie wywiało ją z kokpitu.

Jestem jeszcze ogłupiały i zdezorientowany. Z torby wyciągam opakowanie peroninu. Mam tylko jedno i nie przewidywałem że będę musiał go użyć. Wlewam do środka mineralną. Zamykam. Mieszam i ugniatam całość. Potem wypijam gęstą budyniowatą masę. Jak to dobrze smakuje.
Efekt jest niemal natychmiastowy. W ciągu minut czuje jak wraca siła. Wiem że to brzmi jak reklama, ale to daje niesamowitego kopa.
Dziesięć minut później mam wrażenie że mógłbym wiosłować dzień i noc bez odpoczynku.
Ustawiam się we właściwą stronę i płynę z nurtem. Wpadam w rytm. Mózg się prawie wyłącza. Leą godziny wiosłowania. W zasadzie tylko mimowolnie rejestruję ruiny spichrza na prawym brzegu. Miałem go obejrzeć, ale już czuję że mija euforia spowodowana uber-jedzeniem więc płynę dalej.
O 18 mijam Wyszogród. Szukam miejsca na wyspach, ale te akurat są całe zarośnięte.
Przymierzam się nawet do brzegu ale tu jest kilkupiętrowa, pionowa skarpa.
Miejsce na nocleg znajduje jakieś trzy kilometry dalej. Wyspa z dużą piękną plażą.
Przywiązuje kajak, rozbijam namiot. Dobytek wrzucam byle jak do środka, kurkte i spodnie upycham w przedsionku.

Ktoś gasi światło.

Obrazek zwinięty kliknij aby rozwinąć ▼

Wyprawa życia część 9
10

Budze się koło siódmej. Deszcz, a szczęście tylko mżawka. Śniadanie - ostatnie porcje kaszy. Skończyła się dwa dni wcześniej niż planowałem. Wogóle jedzenia to już koncówka. Za to wody mam w nadmiarze jak na trzy dni.

Wczoraj spiekłem sobie stopy. Wierzch przy palcach. Nie mocno, ale butów nie założę. Trza deptać po żwirze.

Trochę problemu z pakowaniem. Zamiast normalnie wszystko wygruzić na zewnątrz i wciskać w worki, muszę się gimnastykować w namiocie.
Naciągam wodoodporne gacie i kurtkę. Czuć je trochę stęchlizną, widać nie doschły na początku tak dokładnie jak myślałem.
Wszystko zajmuje prawie półtorej godziny. Długo, biorąc pod uwagę że nie musiałem pompować kajaka.

Ósma trzydzieści jestem na wodzie i ruszam na Warszawę. Na tym odcinku rzeka jest niestety płytka. Fala ostrzegawcza zeszła już do końca i niestety minął czas cięcia na azymunt. Teraz muszę się przyglądać wodzie gdzie się jak marszczy żeby nie utknąć na mielinie.
Nawet z kluczeniem osiągam całkiem niezłą prędkość i posuwam się na północ.

Mijam Górę Kalwarie. Ale nie jestem zainteresowany. Tym bardziej że przystępnego brzegu nie widzę. Po obu stronach busz. Mijam most. Potem znowu kluczę między mieliznami.
Trochę mnie to drażni. Gdybym od początku trzymał tempo to miałbym jeszcze resztkę wysokiej wody.
Mijam prom, jakieś pogłębiarki, potem znowu kluczę.

Na 508 kilometrze widzę Warszawę. To znaczy wiem że to ona bo pojawia się Pałac Kultury. Pomimo upływu dziesiątków lat nadal góruje na okolicą. Teraz dopiero rozumiem wagę symbolu którym był. Widać go w promieniu 10km. Zaraz po wojnie jak tam była jeszcze niższa zabudowa musiał być dużo bardziej przytłaczający.
Potem po prawej stronie pojawia się Gruba Kaśka. Bardzo charakterystyczne ujęcie wody. Obiekt występuje w co drugim filmie o tym mieście.
Cały czas lekko siąpi, momentami wieje mocniejszy wiatr. Dużo chłodniej niż przez ostatnie dni.

Muszę lawirować między pogłębiarkami bo wokół Kaśki cały czas krążą przynajmniej dwie. A i tak przy dopływie jakieś rzeczki czy kanału pakuję się na pływający piaskociąg. Na szczęście gładki więc jakoś kajak przepycham metodą 'na ruchańca".

Pół godziny później otwiera się panorama miasta stołecznego. Na prawym brzegu nieużytki, na lewym brzegu syf. Może trochę przesadzam, ale na lewym brzegu trwają jakieś roboty umocnieniowe. Koparki, betoniarki. Wydaje mi się że remontują deptak.

Z pomysłu żeby przybić i pozwiedzać nic nie będzie. Nie ma po prostu gdzie. Jest niedziela ale poza mną na wodzie żadnych amatorów, nawet nie ma do kogo zagadać.

Płynę dalej. Wygody o tyle że szlak jest porządnie wytyczony. Nie muszę szukać głębokiej wody, tylko płynę między bojami.
Korzystając z okazji że i tak płynę wolniej bo oglądam, zjadam przedostatni MRE.

Potem znowu do wioseł. O 17 docieram na ostatni miejski most na Wiśle. Mam za sobą jakieś 57 km. Po całym dniu pod pochmurnym, ponurym niebem jestem zmęczony, znużony i zniechęcony. Warszawę to akurat chciałem zobaczyć z bliska. Zawsze jestem w niej tylko przejazdem, a za dzieciaka ominęła mnie wyprawa do PKiN.

Deszcz się dopasował do mojego nastroju - pada mocniej. Pomimo tego że idzie wieczór wiatr się nie uspokaja. Kurtka nieprzemakalna, ale po tylu godzinach i tak się zapociła od środka.

Już się miałem zbierać na nocleg ale zobaczyłem prom - za blisko cywilizacji. Dopiero chwilę po szóstej znajduje niewielką wyspę z kawałkiem plaży. Wiatr porywisty, więc kajak przywiązuje do dwóch drzew, a namiot osadzam na śledziach piaskowych. Zjadam ostatni podgrzany MRE. Leżę w namiocie w niewesołym nastroju. Zostały mi dwa dni. Do Torunia, nie dopłynę a bardzo tego chciałem. Realny wydaje się Płock, którego wogóle nie planowałem odwiedzać.
W nocy leje jak z cebra, błyska, huczy, wiatr rzuca namiotem, słyszę że nawet kajak się trochę przesuwa.
Śpię z przerwami. Bardziej to się wiercę w śpiworze niż wypoczywam.

Obrazek zwinięty kliknij aby rozwinąć ▼

Wyprawa życia część 8
14

Budzę się prawie równo ze świtem, kilka minut przed piątą. Nie tak wypoczęty żeby mnie wyrywało ze śpiwora, ale już ciągnie na wodę. Mam za sobą 360km i siedem dni. Średnia prędość jest mniejsza niż się spodziewałem. Chce trochę podgonić bo mi urlopu nie starczy.
Nie planuje gnać na maksa. Gdzie dopłynę tam dopłynę. Mam przewidziane jedenaście pełnych dni i zobaczymy co z tego wyjdzie. Na dziś nie planuje zwiedznia miast.

Śniadanie klasyczne, z konserwą. Zwiajam manele, pompuje kajak i na wodę. Dzisiaj startuje szósta trzydzieści. Rozpędzam gumowego bolida i jadę.
Ostatni rzut oka na Kazimierz. Miałem przed wypłynięciem chwilę zawahania czy nie zobaczyć miasta nad ranem. Ale nie. Wczoraj wieczorem było magiczne, chce żeby takie zostało. Pewnie jakbym poszedł tam dziś, to wyglądałoby bardziej prozaicznie. Jest wekend, rano. Pewnie tylko służby miejskie są na chodzie.
Mam nadzieje że jeszcze kiedyś tu wróce. Ale gdyby nie, to chce popsuć sobie wspomnienia.

Kajak idzie równo. O tej porze nie ma wiatru ani fali. Specjalnie ustawiam się na środku nurtu tam gdzie jest najszybszy. Wiosłuję równo, tym razem bez odpoczynku.
Mija godzina, mózg wpada w trans i się wyłącza. Ten odcinek to chyba najsłabiej pamiętam.

Rzeka coraz szersza. Na oko ponad pół kilometra. Brzegi się minimalnie zmieniły. Najpierw są przez dłuższy czas płaskie, dopiero po kilkuset metrach idą w górę.
Nie widzę pól uprawnych. Jak sobie wyobrażałem ten rejs to myślałem że pola będą najczęściej. A one wszystkie są za wzgórzami. Ma to sens, bo czasem powódź robi brrrr... ;)
Niecałą godzinę później mijam Puławy. Nawet nie zwalniam. Kojarzą mi się z przemysłem i niczym więcej. Mijam jeden most, drugi, trzeci.
Nie pisałem o tym, ale one są ogromne. Gigantyczne. Kilka pięter nad wodą. Wiem że widzę tylko ich środkową część, a boczne segmenty są skryte w drzewach. Filary na których stoją mają po 4-5m szerokości i dwa -trzy piętra wysokości. Wisła potrafi gigantycznie wylać. Potrafi się gigantycznie podnieść. Między najwyższym a najniższym stanem jest kilkanaście metrów.
Pierwsze trzydzieści kilometrów robię w trzy i pół godziny. Uznaje że kajak wart był wydanych na niego pieniędzy. Jak na dmuchanca jest szybki. Albo to ja już ogarnąłem jak na nim wiosłować.

Dziesiąta pięć - przystanek twierdza Dęblin.
Ląduje, rozciągam grzbiet i idę zwiedzać.
Taki uj jak słonia nos - zamknięte. Łażę trochę wokół. Nie robi jakiegoś oszałamiającego wrażenia. Kiedyś byłem w Boyen na Mazurach i teraz te wszystkie cytadele jakieś takie małe.
Korzystając z przerwy zjadam kupionego wczoraj pączka - ot taka nagroda.
Potem już tylko izotonik i wiosła.

Mijam stojący przy brzegu prom. Ten wygląda na gigantyczny w porównaniu z tym w Tarnobrzegu. Ciekawe z czego wynika wielkość promu?
Docieram do 426km - Elektrociepłownia Kozienice. Ta jest chyba jeszcze większa niż Połaniec. Coś tu budują w wodzie, wszędzie porozrzucane hałdy żwiru, więc przenoska brzegiem. Tylko 70-80m na szczęście. I znowu wiosła.
I izotonik.
O piętnastej wciągam MRE na zimno ( spaghetti) ale za to robię sobie herbatę. Ze wszystkich MRE ten smak mi najbardziej odpowiada.
Wpół do szóstej wieczorem mam za sobą 85km i obłęd w głowie jak koń co się zerwał postronka.
Mijam ujście Pilicy (to miejsce znam z innego spływu)
Punkt 20.00 mijam 101 kilometr dzisiaj.
Ląduje na następnej wyspie która się nawinęła. Tu wyspy są gigantyczne. I plaża jest nie tylko z tyłu ale i z boku.
Wysiadam na chwiejnych nogach. Trafiam w muł. Niestety dodatkowa plaża okupiona jest większą ilością mułu.

Wciągam kajak najwyżej jak się da. Rozbijam namiot, przepłukuje zęby (jeden jedyny raz jak ich nie umyłem), kajak przywiązuje do drzewa. Z dala od ludzi nie chce mi się go pakować do namiotu. Do kolacji nawet się nie zabieram. Po całodniowym katorżniczym wysiłku żołądek mam związany na supeł.

Układam się do spania i ...cięcie - ktoś zgasił światło ;)

Obrazek zwinięty kliknij aby rozwinąć ▼

Przygoda życia cześć 7
12

Nie dane mi było doczekać poranka dnia siódmego. Przed świtem zbudziła mie Rewolucja Październikowa w kiszkach. Kebab i MRE toczyły swój odwieczny bój. Smykłem z namiotu zanim Aurora zdążyła oddać pierwszy strzał. Po wszystkim czułem się całkiem pusty a świt właśnie się rozpoczynał.
No cóż, skoro już wstałem to nie ma sensu się kłaść. Na śniadanie tym razem owsianka, dwie porcje. Nie ryzykowałem konserwy z cebulą.
Dzięki temu wyjątkowo już o szóstej byłem na wodzie.

Nad taflą w wielu miejscach unoszą się opary mgły. Wiosłuję równo ale bez szaleństw. Spałem w końcu sześć godzin, na śniadanie nie było konserwy.
Słonko świeci. Chmur brak.
Brzegi się przesuwają. Znowu drzew, drzew i drzewa. Lewa strona robi się wyraźnie wyższa. Nie wygląda to na wał, tylko tak jakby rzeka od tej strony była ograniczona górą. Z prawej płasko. Potem na odwrót. Mijam odsłoniety kamienny stok - wygląda zupełnie jak w górach. Kilka dochodzących dopływów albo kanałów.
Albo płynę środkiem i nie widzę szczegółów po obu stronach, albo płynę po którejś stronie i wtedy nie widzę szczegółów tej drugiej.
Od czasu do czasu jakieś domki w między drzewami, albo wystająca w górę kościelna wieża.

To jest naprawdę najdziksza rzeka Europy. Wcześniej mi się wydawało że to tylko takie gadanie bo widziałem Wisłę w Krakowie czy w Warszawie. I tam choć duża to jest elegancko opakowana. A tutaj się patrzy na brzegi których przez dziesiatki kilometrów nie odwiedza nikt. Nie ma wydeptanych ścieżek, nie ma rozległych ludnych plaż. Z rzadka trafi się zakotwiczona pychówka.

Po dziesiątej przystanek na łasze piachu w nurcie. Widać że od czasu początkowych deszczy poziom wody opadł o kilka metrów. Łachy w nurcie wystające 10cm nad wodę są całkiem częste. Na nocowanie się nie nadają . Ale na odgrzanie MRE i zrobienie herbaty są idealne.
Te MRE są całkiem spoko. Opakowanie jak na karmę dla psów. Posiłek w środku gotowy i doprawiony. Grzejesz w opakowaniu, jesz prosto z niego, myć nie trzeba.
Trzy godziny później docieram do Miećmierza - planowałem go odwiedzić. Miejsce łatwo rozpoznać po charakterystycznym wiatraku.
Troche gryzmolę na piasku. Jeśli czegoś nie pomieszałem w tłumaczeniu.. w obliczeniach znaczy się, to znaczy że płynąłem 8km/h. A wysiłku jakoś nie czułem.
Obchodzę wioskę. To taki skansen w którym mieszkają ludzie. Do najbliższego miasta mają trzy kilometry. Wygląda na to że żyją tu sobie na pełnym czilu. W trakcie łażenia uświadamiam sobie że kajak zostawiłem samopas na brzegu. Ale z jakiegoś powodu mam na to wywalone. To nie jest zatłoczone miasto gdzie miejscowy pijaczek spienięży wszystko co znalazł i zakupi pryte. Łłażę tu przez godzinę i jest to znacznie ciekawsza godzina niż ta w Sandomierzu.
Gdyby nie auta to spokojnie można by uznać że się jest w XVIII wieku.
Koło trzeciej ruszam dalej. Mijam ruiny zamku. Są niestety położone spory kawałek od wody i nie widzę opcji żeby się do nich dostać przez zarośla.
Dosłownie pół godziny później dopływam do Kazimierza - 359 kilometr rzeki.

Po prawej stronie jest port do którego zawijam. Targają mną dylematy. Zostać tutaj na noc czy płynąć dalej. Wygrywa ciekawość. Płacę, rozbijam namiot. Kajak chowam do namiotu, żeby nie kusiło.
Odbicie w lustrze mówi - menel. Ogolony i umyty ruszam w miasto.
Kurde jest ładne. Dużo ładniejsze niż Sandomierz czy Kraków. Nieduże ale urokliwe. Miejscami stare. Mam wrażenie że to tutaj kręcili Samych Swoich. Nadchodzi wieczór. Siedzę na murku.

W reszcie poczułem że jestem na Wielkiej Włóczędze. Podróży o której marzyłem. Wreszcie udało mi się dowiedzieć "dokąd biegną niknące w mroku tory". Wiem że dziś tu siedzę jutro będę gdzie indziej i prawdopodobnie nigdy więcej tu nie wrócę. Uczucie jest niesamowite. Chłonę panoramę miasta, staram się zapisać ją jak najbardziej w pamięci. Nawet przyciskam dłoń do murka na którym siedzę, żeby zapamiętać jego fakturę.

Moment absolutnej perfekcji.

Na przystań wracam długo po zachodzi słońca.

Obrazek zwinięty kliknij aby rozwinąć ▼

Przygoda życia część 6.
7

Szóstego dnia budzę się wyspany i wypoczęty. Gnaty przestały bolec. Pogoda słoneczna z niewielkimi chmurami.
Słońce jeszcze nisko, jest przed szosta. Na śniadanie wciągam mielonke, cebulę i herbatę.
Wody zostało mało. Butelka i kawalek. Muszę uzupełnić. Sprawdzam mapę w telefonie. Do sklepu daleko ale da się dostac.

O siódmej jestm na wodzie. Płynę jakieś dwa kilometry. Ląduje przy przeprawie promowej. Wyciągam kajak z dala od wody i biegiem lecę do sklepu.
To znaczy chyzo ide. Google pokazuje dwa kilometry do sklepu. Pierwszy zamknięty, drugi też. W końcu trafiam na alkoholowo całodobowy.
Dwie zgrzewki wody (18 litrów) bułki, cebula, pomidory. Obladowany ide spowrotem. Staram się szybko, bo z tyłu głowy mam że zostawiłem dobytek na brzegu bez opieki.
Docieram po pół godzinie i wszystko jest.
Ulga.

Ruszam dalej trzymając się prawego brzegu. Mijam most. Po lewej widzę elektrownie Polaniec. Olbrzymie bydlę.

Na wprost elektrowni jest pneumatyczny próg spiętrzający. Po hałasie wody uznaje ze jest podniesiony. Ładuje na prawym brzegu jakieś 50m wcześniej i idę się rozejrzeć.

Próg wygląda na mały, może ze 30-40cm. Woda się nie kotłuje za bardzo. Decyduje że go spłynę.

Odbijam, ustawiam się z nurtem i maks power na wioslach. Kajak jest smukły i na testach rozpędzałem go do 8-10km/h.

Wiec teraz ile matka natura dała, przelatuje przez prog.
Kajak w sumie lekko podskoczył i już byłem po drugiej stronie.

nie wiem czemu niektórzy to obnoszą. Może przy niższym stanie wody jest gorzej.
Nadal jest wcześnie rano. Ciagne więc na wioslach zeby nadrobić dystans zanim zacznie prażyć.

Mieśnie już się przyzwyczaiły więc idzie to nieźle. Tabliczki pokazuja ze z pomocą nurtu płynę ponad 7km/h.

Trzy godziny później mijam kolejny prom. Akurat go ładują więc mogę swobodnie oplynac.

Rzeka ma tutaj konkretną szerokość. 300-400m. Poziom wody jest nadal w miarę, nie trzeba kluczyć między poyciznami.
Brzegi zmieniły charakter. Pojawiły się piaszczyste łachy po obu stronach.
Za łachami nadal dziki gąszcz.

Mapa pokazuję że za tymi krzaczorami są miejscowosci. Jednak ich nie widać.

Mój wniosek jest taki że Polska stoi dupą do Wisły. Jest to jest i tyle.
Nie ma barek ani Białej floty. Od czasu do czasu mijam tylko lodzie z wedkarzami.

Pierwsza pięć mijam prom w Tarnobrzegu. Taka mała popierdulka na trzy auta.

Stwierdzam że poza miastami, mosty na Wiśle to rzadkość. Są może co trzydzieści kilometrów.

Nie warto zawiązywać znajomości przez rzekę. Najeździł by się czlowiek.

O piętnastej jestem w Sandomierzu. Tu jest wypasiony port. Cumuje, place, idę na miasto.
Do rynku blisko. Rynek jak rynek.
Księdza Mateusza nie było. Wizualnie niewiele się to różni od innych miast.

Stwierdzam że moglem rano nie latać jak pojebany tylko zrobić zakupy tutaj.

Z łaziłem jakąś godzinę, nie było więcej co oglądać. Tyle że zjadłem kebsa więc objad z głowy.
Czuje zawód. Sandomierz miał być jednym z TYCH miast do zwiedzania.

Od 16 z minutami płynę dalej. Płynę i płynę i płynę.
Monotonia rzeki znów wchodzi do głowy. Staram się trzymać tempo. Rozlozylem baniaki z wodą tak żeby dziób kajaka się nie unosił. Może to minimalnie zmniejszy opór wiatru.

Stopniowo się ściemnia. Mimo to cisnę dalej. Chcę przeskoczyć 300km rzeki.
Udaje mi się to dopiero po dziewiątej wieczór.
To płyniecie po zmroku to nie jest malowniczy nocny Kraków.
Płynę w samym środku niczego. Po bokach czarne drzewa, pod spodem czarna Woda. Na niebie lichy księżyc.

Za to dwieki niosą się obłędnie daleko. Samochody na mostach słychać z odległości 5-7 km.
Czasem dochodzą odgłosy traktorów. Kto u licha orze w nocy. Kto orze w maju? Tyle pytam a tak mało odpowiedzi.

Po cmoku szukam miejsca na nocleg. Ląduje ze dwa, trzy razy zanim znajduje kawałek piasku wolny od kamieni i mułu. Nawet nie wiem czy to wyspa czy brzeg.

Kolacją na wypasie - MRE Bogracz i świeża bułka i herbaty w opór.

Finalnie do śpiwora wpelzam kilka minut przed jedenastą.

Obrazek zwinięty kliknij aby rozwinąć ▼

Wyprawa życia część 5
14

Piątego dnia budzi mnie woń fiuta hej.
To ode mnie tak capi. cztery ostatnie dni bez kąpieli. Higienę ograniczałem do mycia zębów. Problem w tym że na zewnątrz czają się komary. Pakuje się bez śniadania, na biegu zrzucam kajak na wodę, Nawet namiot jest po prostu zwinięty w kłąb w siatce.
I po prostu spierdalam na wodę. Kilkanaście metrów od brzegu komary odpuszczają.
Znowu widać że rzeki ubyło. Na środku nurtu pojawiają się już nie tylko krzaki ze szczytów wysepek ale i kawałki piaszczystych łach.

Jakby ktoś płynął. Większość wysp na Wiśle wygląda tak samo. Od przodu (czyli tam skąd nadpływa woda) są krzeczory, drzewa i niedostępny brzeg. Od tyłu z kolei jest plaża.

Ląduje na pierwszej wyspie która ma choć kawałek takiej plaży. Piach to niestety nie jest piach, tylko mieszanina piachu, mułu i drobnego żwiru. Klei się do nóg, kłuje, włazi do klapków. No i ten jeszcze jest wilgotny więc klei się jeszcze bardziej.

Nic to. Rozbieram się do rosołu, biere mydło na sznurku i wykonuje kąpiel. Przy okazji przepieram gacie i koszulkę. Doschną na kajaku. Nie chce mi się robić herbaty. Na śniadanie idzie resztka konserwy, bułka i izotonik.

Jest nadal dość wcześnie. Biorę się za wiosłowanie.

Rzeka stopniowo zmienia charakter. Brzegi się wypłaszczyły, wałów nie widać. Widocznosć na boki jednak zmalała. Brzeg rzeki jest mocno porośnięty drzewami. Jak płynę po lewej stronie to po prawej coś tam widać nad czubkami drzew, ale to głównie niebo.

Mija godzina za godziną. Wiosłowanie jest bardzo monotonne. Kilka minut machania i kilka minut odpoczynku. Zmiana pozycji żeby plecy odpoczęły. Dobrze że przynajmniej już nie bolą.
Słońce operuje więc powtarzam rytuał moczenia podkoszulki.
Ptaki jakies se latają. Czaple, orzeły, myszolopy.

Na tafli pusto. Największa rzeka w Polsce a tu po horyzont nie ma nic. Chwilę przed południem dostrzegam w oddali most. Normalnie most to nic ciekawego, ale w obliczu monotonii rzeki to jest atrakcja dnia.
Z locji wynika że to most na 193 km. Myślałem że choć przy moście to będą jakie zabudowania albo zejście do wody. Nie ma. Brzegi jak były zarośnięte tak są. Zaraz przed nim po lewej zauważam nabrzeże dla barek. Nie da rady wyleźć, jest za wysokie jak dla mnie.
No i przez to że podpłynołem po lewo, to jak mijam most to zauważam że jest przystań po prawej. Nurt jest za szybki, nie da rady podpłynąć.
Nie za bardzo jest jak wylądować i zjeść bo komary. Na obiad mam MRE z Arpola - spaghetti. Na zimno.
No i znowu rutyna. Machnięcie, machnięcie, odpoczynek.
Na brzegu nic poza drzewami. Nawet trochę kombinuje żeby schować się w ich cieniu. Słonce jednak stoi tak wysoko, że musiałbym prawie po brzegu szorować żeby załapać się na osłonę.
Mijajną kolejne godziny. Dziwnie się o tym pisze siedząc przy kompie, ale wiosłowanie to pewnego rodzaju trans. Mózg się wyłącza od monotonii. Kilometry gdzieś znikają choć rzeka coraz bardziej zwalnia.
Mijam wyspę tym razem na tyle dużą że zatrzymuje się na rozprostowanie kości.
Zaczynam liczyć bazgrząc na piachu. Wyspa jest na 220km. Rano startowałem na dwieście sześćdziesiętym którymś. Czyli przynajmniej pięć dych zrobione. Za kilka kilometrów czeka mnie Połaniec i ogarnięcie progu przy elektrowni. Stwierdzam że zostawię sobie to na jutro. Nie chce płynąć w potencjalnie ryzykowne miejsce jak już jestem zmęczony.

Zamiast tego rozstawiam namiot żeby wysechł, przemywam kajak, ogarniam kolacje. Do jedzenia znowu pół konserwy - tym razem mielonka. Do smaku połówka cebuli. Cebuli wziąłem dwie małe i miałem je zjeść do pomidorów ale se zapomniałem. Dopełnieniem posiłku jest ostatnia, mocno czerstwa bułka.
Na jutro musze zaplanować jakieś zakupy. Po ostatnich upałach zostały mi dwie ostatnie butelki mieralnej.

Nie ma komarów więc na razie ukladam się na macie przed namiotem a śpiwór daje pod głowę. No i odpływam. Budzę się póxno w nocy bo wieje chłodem od wody. Wpełzam do namiotu i wciskam w namoknięty od rosy śpiwór.

Obrazek zwinięty kliknij aby rozwinąć ▼

Wyprawa życia część 4
6

Czwartego dnia budzi mnie zaduch w namiocie. Słońce świeci w końcu z bezchmurnego nieba i namiot błyskawicznie się rozgrzewa. Wychodzę bardziej energicznie niż wczoraj, mięśnie trochę odpuściły. Na śniadanie duża ilość herbaty i duża ilość owsianki. Organizm jest nadal w dziwacznym stanie jeśli chodzi o jedzenie. Biszkopty tak, owsianka tak, chleb od biedy ujdzie. Konserwa nie. Za to włączyła się gastro faza na cocacole. Na samą myśl o tym napoju mam ślinotok.
Wygląda na niedobór cukru. Tyle że cukru nie zabrałem wogóle. Mam go tyle co w gorzkiej czekoladzie i panzerfaflach. Czekolada musi styknąć.
Udaje mi się spakować i zebrać tak że jestem o ósmej trzydzieści na wodzie. Widać że rzeka straciła przez noc ze 20cm. W sumie spałem w głupim miejscu. Jakby puścili więcej wody na którymś jazie mogłoby mnie podtopić.
Wiosłuję oszczędnie bo robi się coraz bardziej gorąco. Słońce operuje jakby chciało sobie odbić ostatni tydzień. Na wszelki wypadek zakładam temokoszulkę z długim rękawem kierą wziąłem do spania, na łeb czapka z osłoną szyi a na kolanach ręcznik. No i krem do opalania.
Nurt jeszcze jest w miarę, ale prędkośc spada mi już do 6km/h.
Czytam wodę, patrzę gdzie się marszczy i głównie to staram się tych miejsc unikac. I tak leci godzina za godziną. Po obu stronach sa sielskie widoczki. Wzgórza, pagórki, krówki. Nawet kuń się przewinie. Z naczelnych to wędkarzy się pojawia coraz więcej.
Aha, i jakies laski co sobie robiły zdjęcia na insta z cyckami na wierzchu. Pełna profeska bo miały parasole i softboxy.

Jak jest gorąco to i pić się chce. Rozpuczam tabsy izotonika w jednej z flaszek i tak sobie sącze cały dzień. Dobre, niedobre. Lepsze niż surowa woda i podobno coś daje.

Chwilę po dziesiatej korzystam z wędkarskiej miejcówki i idę się rozejrzeć po okolicy. Tylek musi odpocząć. Wyłażę na to co myślałem że jest pagórkiem a okazuje się że to jest wał przeciwpowodziowy. Jebaniutki jest ogromny. Po jego drugiej stronie jest w dół z pięć pięter. Dalej zaczynają się pola. Ogromne pola uprawne.
Widziałem pola na Jurze K-C i tamte mi się wydawały wielkie, ale te są przeogromne. Gdzieś tam w dali widać dachy. Rozglądam się ale jakbym się chciał do tej wiochy wybrać to musiałbym się przedrzeć przez krzaczory, potem przez ugór, a potem bym dostał widłami w żyć że w szkodę lezę.
Taka myśl mię nachodzi: czy oni wogóle wiedzą że mieszkają nad największa rzeką w kraju? No chyba wiedzą bo stanowisko wędkarskie jest. Ale poza tym mają to w nosie.

Wracam do kajaka, przegryzam solonego pomidora i dalej.

Pyk pyk wiosełkiem jako tako i powoli do przodu.

Upał się robi nieznośny. Myślę czy by gdzieś w cieniu nie przeczekać ale drzewa rosą daleko od wody, więc nie ma na co liczyć. Poprzestaje na moczeniu koszulki i czapki.

Na 160km miały się zacząć łachy i piaszczyste wyspy, ale na razie wszystkie są zalane. Za to oglądam sobie jak działa przeprawa promowa. Śmieszne rozwiązanie prom na sznurku ale bez silnika. Ale działa. Lepsze niż to co widziałem na Odrze bo tam łapami prom ciągali.

Dojadam resztę pomidorów. Już się zaczęły marszczyć więc trzeba je dokończyć.

Dochodzi 18, czyli pora kiedy trzeba zacząć szukać miejsca na nocleg. Liczyłem na te 'piaszczyste wysepki" ale jak zwykle zły los zakpił z biedaka. Po pół godzinie szukania znajduje miejcówkę wędkarską bez wędkarza za to z chmarą komarów.

Zanim zdążyłem zrobić herbatę już mnie skurwle pocięły. Środek odstraszający działa jako tako. Znaczy ja czuję że śmierdzi a one nie.

Na kolacje pół konserwy i bułka - w końcu "normalne jedzenie".

Koło dwudziestej włączyłem telefon, żeby przejrzeć wiadomości i taki uj. Nie ma zasięgu. Zero kresek.

Więc poszedłem spac.

Obrazek zwinięty kliknij aby rozwinąć ▼
0.068691968917847