Wyprawa kajakiem wokół komina - vol 1
3

Pobudka wczesna ale już za widoku. Początek kwietnia, słońce wstaje w miarę wcześnie. Kajak i klamoty spakowane od wczoraj. Paczka skromna, bo tylko jeden nocleg. Namiot, mata, śpiwór, kartusz 100gram, metalowy kubek zamiast menażki. Tym razem wózek zostaje w domu. Dryptam 500m na autobus. Przejazd-przesiadka-przejazd i jestem w Błędowie. Znowu krótki spacer z kajakiem na plecach, do mostu w środku lasu.
Mostek na Białej Przmszy. Poniżej rozlewisko. Szerokie na osiem metrów, głębokie do kolan, czysty piasek na dnie i dziki las wokół. Pompuje kajaka, wrzucam do środka klamoty i siebie. W chwili kiedy ruszam, na start podjeżdza auto i następni kajakrze ściągają z dachu Draggery.
Sztywny kajak, nie moja bajka. Ruszam swoim ku przygodzie.
Po 50m rzeka się rozdwaja. Mapa mówi żeby płynąć w prawo co czynię.
I 100m dalej utykam tak że kajak przeciągam spowrotem po brzegu, bo rzeka zamienia się w bagno.
Płynę lewą odnogą. Trafiam na drzewo zwalone w poprzek nurtu. Wskakuje do zimnej wody, przepycham kajaka górą. W tym miejscu rzeka ma 3m szerokości ale jest do pasa głęboka.
Po kilkunastu metrach dalej, sytuacja się powtarza.
I znowu , i znowu i znowu.
Pierwszy kilometr pokonuję w godzinę. Co ciekawe ci co się wodowali jeszcze mnie nie dogonili.
Trafiam na kawałek czystego nurtu. Jest wprawdzie tak wąsko że non stop zahaczam wiosłami o tataraki po obu stronach, ale przynajmniej płynę.
Jest pięknie, słońce świeci, drzewa zielone ptaki spiewają.
Po kilometrze trafiam na rozelwisko i powalone w nurcie drzewa. Przeciągam kajak nad, pod i bokiem. Między zwałkami nawet nie wiosłuję, bo odcinki są tak krótkie że nie ma sensu do kajaka wsiadać. Odpycham się nogą od dna po prostu.
Mozolnie leci kilometr za kilometrem. Ten odcinek to jakiś rezerwat i nikt zwałek nie wycina. Srednio trafiaja sie co 50-100m.
Pokonuję pierwszą, rachityczną bobrową tamę. Po prostu przeciągam kajak po niej i płynę dalej.
Rzeka zorbiła się szersza, ma tak ze cztery-pieć metrów. Ale jednocześnie plytsza więc co i rusz osiadam na mieliźnie. Mordęga.
Po jakichś czterech kilometrach takiego wariactwa, nagle robi się głębiej, zwałki znikają i generalnie rzeka wygląda sielsko.
Oho, taki penis.
Po kilkuset metrach okazuje się że przybór wody spowodowała wielka bobrowa tama. Teraz muszę przetargać kajak po tym zwałowisku drewna. Przy okazji sam się pocharatałem.
BTW: to bujda co piszą o bobrach. Tama nie jest z dużych drzew. W większości składa się z wplecionych w nią gałęzi.
Ruszam dalej. Teraz jest płytko, ale płynąć się da. Z dnia zrobiło się popołudnie. Mijam most w Rudach. Lawiruje miedzy palami w wodzie. Potem jeszcze kilka zakrętów i od lewej wpada rzeka Biała. Teraz jest galantno. Głęboko na metr. Szeroko na dziesięć. Płyniemy.
Zakręt, zakręt, miajm kilka opon od traktora. i.. jeb.
W ostatniej chwili padam płasko na kajak, bo jakiś chujek rozciągnął stalówkę pół metra nad wodą. Kurwa mać.
Dopływam do młyna w Okradzionowie. Potężna przenoska, bo muszę kajak wciągnąć dwa metry po kamiennej ścianie, a potem przenieść go o jeden most za daleko i zwodować.
Pikawa mi klekocze jak w starym dieslu.
Cyk bekasa na posesje,.. to znaczy kajaka na wodę.
Piękny odcinek. Rzeka ma naście metrów szerokości, brak zwałek, płyniemy.
Taki uj.
Po pół godzinie lenistwa obnoska na drugim młynie. Trudniejsza bo trzeba się lewą stroną przez chaszcze przeciskac.
Kolejny kawałek to znowu sielanka. Długie odcinki, lekkie łuki. Drzewa tutaj są poprzycinane pod komercyjnych, więc wystarczy schylić głowę by pod zwałką się przedostać.
Mijam most z przystanią, potem kładkę nad wodą. Spływam symboliczny próg o który kajak uderza skegiem.
Prosta, zakręt i postój po lewej stronie. Zaskakujące, ale jest tu pole namiotowe.
Jest godzina 18. Na upartego mógłbym wrócić do domu, i rano tu przyjechać. Ale jestem skonany. Od 9 do 18 zrobiłem jakieś 12km..
Namiot, śpiworek, mycie wodą z beczki i w kimono.

0.034337997436523