19
PKO BP sprawiało wrażenie, jakby każdy wniosek analizował jeden człowiek siedzący w piwnicy z kalkulatorem Casio i segregatorem pamiętającym denominację złotówki. Tempo działania było dostojne. Wręcz majestatyczne. Człowiek składał dokumenty i miał wrażenie, że szybciej doczeka się premiery Half-Life 3 niż decyzji kredytowej. Trzeba jednak oddać sprawiedliwość. Nie szukali problemów tam, gdzie ich nie było i nie próbowali udowodnić, że jestem tajnym agentem posiadającym ukryte zadłużenie na Seszelach. Po prostu robili swoje. Powoli. Bardzo powoli.

I wtedy na scenę wchodzi Alior. Cały na biało. Biały rycerz kredytów hipotecznych. Pośrednicy mówili o nim z takim błyskiem w oku, jakby opisywali nowego Mercedesa. Największa zdolność, najszybsze decyzje, najlepsze warunki. Przez chwilę zacząłem podejrzewać, że coś tu jest nie tak. I oczywiście miałem rację.

Bo po wszystkich zachwytach pojawiło się magiczne słowo.

Ale.

Alior chciał 9500 zł za ubezpieczenie płatne z góry na pięć lat. Za coś, czego nie mogłem dotknąć, postawić w salonie ani pochwalić się znajomym. I właśnie wtedy człowiek zaczyna rozumieć różnicę między hasłem „bez wkładu własnego” a rzeczywistością. Bank nie chce twojego wkładu własnego. Bank chce po prostu inne pieniądze.

Mimo wszystko sytuacja wyglądała obiecująco. Dokumenty wysłane. Wnioski złożone. Pozostało czekać. A jak każdy, kto kupował mieszkanie wie, moment w którym myślisz, że masz dużo czasu, jest dokładnie tym momentem, kiedy wszechświat postanawia sprawdzić twoją odporność psychiczną.

Zaczął się okres oczekiwania. Stan zawieszenia. Chodzisz do pracy, robisz zakupy, płacisz rachunki, ale gdzieś z tyłu głowy cały czas siedzi kredyt. Każdy telefon podnosi tętno, każdy mail brzmi jak potencjalna decyzja banku. I właśnie wtedy odkrywasz, że kupno mieszkania nie polega na znalezieniu mieszkania. Nie polega nawet na uzyskaniu kredytu. Polega na dostarczaniu dokumentów. Dokumentów do dokumentów. Zaświadczeń do zaświadczeń. Oświadczeń potwierdzających wcześniejsze oświadczenia. Mam teorię, że gdyby bank mógł, poprosiłby jeszcze o świadectwo chrztu chomika i potwierdzenie oddania książki do biblioteki w trzeciej klasie podstawówki.

Mija pierwszy tydzień. BENG. Mail z BIK-u. Ktoś sprawdzał moją historię. Myślę sobie: dobry znak, przynajmniej nie wyjebali mnie na starcie. A przypominam, moja historia kredytowa była tak pusta, że można by kwestionowac moje istnienie. Nigdy kredytu, nigdy pożyczki, nigdy rat. Dla banku byłem człowiekiem, który pojawia się znikąd i mówi: „Dzień dobry, poproszę kilkaset tysięcy złotych”.

Mija kolejny tydzień. SMS z PKO BP. Otwieram.

„Pański wniosek utracił ważność z powodu niedostarczenia wymaganych dokumentów”.

W tym momencie świat się skończył. Dosłownie. Myślę: no i chuj, już po wszystkim. Nie będzie mieszkania, nie będzie kredytu, nie będzie niczego. Za chwilę jeszcze deweloper zabierze mieszkanie, zaliczka wyparuje, a ja wrócę do przeglądania kawalerek za cenę raty kredytu. Jebał to pies i jebała cała wieś.

Dzwonię do Huberta.

– Panie Hubercie, co jest grane?!

Po drugiej stronie cisza. NAGLE

– Panie piwniczaku, spokojnie. To był wniosek chuj-dupa poza RKM.

I tyle. Cała katastrofa, którą właśnie rozpisałem sobie w głowie na trzy akty i dwa sezony serialu Netflixa, okazała się kompletnie nieistotna.

Wracamy do czekania.

Drugi tydzień. Trzeci tydzień. Czwarty tydzień.

Telefon.

– Panie z piwnicy, prawdopodobnie dzisiaj będzie decyzja.

Myślę sobie: to po chuj dzwonisz bez decyzji? To dokładnie ten sam poziom psychicznego terroryzmu co wiadomość „musimy pogadać”.

Decyzja będzie.

Prawdopodobnie.

Dzisiaj.

Może.

No zajebiście.

Wypierdalam pisac dalej cz 6. 
0.035515069961548