Niektórzy z was mogą kojarzyć taką książkę o nazwie „Władca much” (nie mylić z polską kreskówką dla dorosłych o podobnym tytule). Powieść ta została spisana przez Williama Goldinga i wydana w 1954 roku przez wydawnictwo Faber i Faber. Fabuła opowiada o grupie chłopców, którzy przeżyli katastrofę samolotu, jednak pech chciał, że znaleźli się na bezludnej wyspie. Wszelakie próby zorganizowania jakiejkolwiek hierarchii poszły w pizdu, przez co dochodzi do istnego chaosu. Dzieciaki zdziczały, kilku zmarło, a jak znalazł ich kapitan okrętu marynarki, to opierdolił jednego z nich za to, że pozwolił na takie coś.
Czemu o tym mówię? Bo jak się okazuje, to jest ten przypadek, gdzie życie imituje sztukę. Zaledwie dekadę po wydaniu tej książki, w 1965 roku, podobna sytuacja miała miejsce w prawdziwym życiu.
Czemu o tym mówię? Bo jak się okazuje, to jest ten przypadek, gdzie życie imituje sztukę. Zaledwie dekadę po wydaniu tej książki, w 1965 roku, podobna sytuacja miała miejsce w prawdziwym życiu.
6 nastolatków – Luke Veikoso, "Stephen" Tevita Fatai Latu, Sione Fataua, "David" Tevita Siolaʻa, Kolo Fekitoa, i "Mano" Sione Filipe Totau (na zdjęciu widnieje też facet o imieniu Peter Warner, ale o nim później) – chodziło do anglikańskiej szkoły z internatem im. Św. Andrewsa (St. Andrews Anglican boarding school) znajdującej się w mieścinie Nukuʻalofa na wyspie Tonga. Ta szkoła musiała ich naprawdę strasznie wkurwiać, ponieważ w czerwcu 1965 roku zdecydowali spierdolić z niej. Zupełnie spontanicznie, bez żadnego przygotowania poszli do portu, gdzie zajebali łódź o długości 7.3 metrów. Hulaj dusza, piekła nie ma. Jednakże Bóg szybko zdecydował się odpłacić im pięknem za nadobne – kiedy wypuścili kotwicę na noc jakieś 10 kilometrów od wyspy, w środku nocy rozpętał się sztorm. Lina kotwicy pękła, a maszt oraz ster zostały zniszczone przez wiatr. Innymi słowy, mieli przejebane.
Dryfowali tak przez jakieś 8 dni, przy czym przebyli jakieś 320 kilometrów na południowy zachód od wyspy. Prowiant im się powoli kończył, więc wszystko wydawało się zmierzać ku końcowi. Wtedy jednak zauważyli powyższą wyspę o nazwie Ata. Ponieważ ni chuja nie dało się sterować łodzią, musieli ją opuścić, no i przy użyciu desek, udało im się dopłynąć wpław do brzegu (co tak w ogóle zajęło im 36 godzin).
Grupka nastolatków na opuszczonej wyspie… Jeśli „Władca much” jest jakimś przykładem, to zapewne lepszym rozwiązaniem byłoby już zacząć kopać własne groby i się w nich położyć, czekając na koniec, a nie bawić się w ocalałych.
Grupka nastolatków na opuszczonej wyspie… Jeśli „Władca much” jest jakimś przykładem, to zapewne lepszym rozwiązaniem byłoby już zacząć kopać własne groby i się w nich położyć, czekając na koniec, a nie bawić się w ocalałych.
Ta kurwa, wolne żarty. Oni nigdy nie mieli szans na porażkę.
Nie wiem, czy wynika to z faktu, że ci goście byli znacznie starsi niż chłopcy z „Władcy much” (Ci z prawdziwego zdarzenia mieli przedział wiekowy 13-16 lat, podczas gdy najstarszy chłopiec z władcy much miał 12 lat), czy może z tego, że William Golding był nadzwyczaj pesymistycznym człowiekiem, ale chłopaki z wyspy Tonga radzili sobie znacznie lepiej.
Gołymi rękami wykopali sobie jaskinię, żeby mieć gdzie przenocować, po czym polowali na wszelakiego typu ptactwo, żeby zdobyć jaja, mięso oraz pić ich krew (jakkolwiek metalowo lub dziko by to nie brzmiało, umożliwiło im to przetrwanie przez dosyć spory czas). Przesiedzieli tak jakieś 3 miesiące. Następnie, wybrali się na dwudniową wędrówkę na wzgórze wulkanu (który tak w ogóle jest nieaktywny od czasów prehistorycznych), gdzie szczęście się do nich uśmiechnęło, ponieważ znaleźli pozostałości po wiosce „Kolomaile”. Jak kogoś ciekawi, co na opuszczonej wyspie robi wioska, odpowiedź brzmi taka, że za dawnych lat jacyś ludzie spierdolili na tę wyspę, bo jebnięty król chciał ich zabić, później przypłynęli tam handlarze niewolników, no i kilka innych rzeczy się wydarzyło, ale to nie ma związku z dzisiejszym tematem. W każdym razie chłopaki znaleźli pozostałości tej wioski, no i znaleźli też… Dzikie kury. Jak się okazało, wcześniejsi mieszkańcy tej wyspy zostawili tam kury, kiedy musieli opuścić tę wyspę, no i te kury jakoś przetrwały, przez lata się tam rozmnażały i wychowywały, zdziczały, takie tam. Dla chłopców to było zajebiste, bo mieli dostęp do jajek oraz mięsa. Używali sobie pozostałości tej wioski jako nowego domu, żyli ze złapanego ptactwa, żółwi, ryb, znaleźli banany, dziką fasolę oraz taro (takie śmieszne warzywo). Zrobili sobie takie miski z drewna, żeby mogli pić deszczówkę, a jak nie starczyło deszczówki, to albo pili wodę z kokosów, albo powracali do ptasiej krwi.
Nie wiem, czy wynika to z faktu, że ci goście byli znacznie starsi niż chłopcy z „Władcy much” (Ci z prawdziwego zdarzenia mieli przedział wiekowy 13-16 lat, podczas gdy najstarszy chłopiec z władcy much miał 12 lat), czy może z tego, że William Golding był nadzwyczaj pesymistycznym człowiekiem, ale chłopaki z wyspy Tonga radzili sobie znacznie lepiej.
Gołymi rękami wykopali sobie jaskinię, żeby mieć gdzie przenocować, po czym polowali na wszelakiego typu ptactwo, żeby zdobyć jaja, mięso oraz pić ich krew (jakkolwiek metalowo lub dziko by to nie brzmiało, umożliwiło im to przetrwanie przez dosyć spory czas). Przesiedzieli tak jakieś 3 miesiące. Następnie, wybrali się na dwudniową wędrówkę na wzgórze wulkanu (który tak w ogóle jest nieaktywny od czasów prehistorycznych), gdzie szczęście się do nich uśmiechnęło, ponieważ znaleźli pozostałości po wiosce „Kolomaile”. Jak kogoś ciekawi, co na opuszczonej wyspie robi wioska, odpowiedź brzmi taka, że za dawnych lat jacyś ludzie spierdolili na tę wyspę, bo jebnięty król chciał ich zabić, później przypłynęli tam handlarze niewolników, no i kilka innych rzeczy się wydarzyło, ale to nie ma związku z dzisiejszym tematem. W każdym razie chłopaki znaleźli pozostałości tej wioski, no i znaleźli też… Dzikie kury. Jak się okazało, wcześniejsi mieszkańcy tej wyspy zostawili tam kury, kiedy musieli opuścić tę wyspę, no i te kury jakoś przetrwały, przez lata się tam rozmnażały i wychowywały, zdziczały, takie tam. Dla chłopców to było zajebiste, bo mieli dostęp do jajek oraz mięsa. Używali sobie pozostałości tej wioski jako nowego domu, żyli ze złapanego ptactwa, żółwi, ryb, znaleźli banany, dziką fasolę oraz taro (takie śmieszne warzywo). Zrobili sobie takie miski z drewna, żeby mogli pić deszczówkę, a jak nie starczyło deszczówki, to albo pili wodę z kokosów, albo powracali do ptasiej krwi.
W przeciwieństwie do „Władcy much” udało im się zachować spokój i rozum, ale przede wszystkim byli w stanie wykonywać powierzone im zadania – tego dnia taki i taki odpowiadał za polowania, następnie taki i taki pełnił funkcję kucharza, i tak dalej. Dwóch najstarszych odgrywało rolę lidera, więc jak były jakieś wątpliwości, to oni podejmowali decyzje. Udało im się też zachować wiarę – zawsze przed posiłkiem modlili się do Boga, dziękując mu za to, że pozwolił im żyć. Starali się też zachować higienę – zrobili sobie kibelek polowy, ale też oddzielali wodę, aby mieć czym myć ręce, żeby nie musieli jeść brudnymi łapami, oraz żeby nie wdały się jakieś infekcje czy straszne choroby. Skończyło się na tym, że chłopcy nie byli już chłopcami, tylko mężczyznami z wielkimi jajami.
Ciepło oczywiście też nie było problemem. Jeden z nich, "Stephen" Tevita Fatai Latu, interesował się starymi metodami rozpalania ognia (czytaj: tarcie patykami i sucha trawa), więc zdecydował się sprawdzić swoją wiedzę w praktyce. Zajęło mu to co prawda kilka godzin, ale udało mu się rozpalić ognisko, po czym przez ponad rok utrzymywali ten ogień przy życiu, ani razu nie zgasł.
Ciepło oczywiście też nie było problemem. Jeden z nich, "Stephen" Tevita Fatai Latu, interesował się starymi metodami rozpalania ognia (czytaj: tarcie patykami i sucha trawa), więc zdecydował się sprawdzić swoją wiedzę w praktyce. Zajęło mu to co prawda kilka godzin, ale udało mu się rozpalić ognisko, po czym przez ponad rok utrzymywali ten ogień przy życiu, ani razu nie zgasł.
Oczywiście, nie wszystko szło po myśli. Ogniem zainteresowały się szczury, przez co musieli sobie z nimi jakoś radzić. Innego dnia, drzewo się przewaliło i prawie rozjebało jeden z ich szałasów.
Najgorsza rzecz przytrafiła się jednak Stephenowi. Kiedy on i Mano polowali na ptaki, to pech chciał, że ześlizgnął się z jednej skały i spadł z wysokości 12 metrów. To mogło się skończyć tragicznie, ale chyba z łaski Bożej przeżył, jednak miał złamaną nogę. Oczywiście, przyjaciele nie zostawili go w potrzebie – Mano pobiegł do obozowiska, po czym wrócił z innymi, aby zorganizować akcję ratunkową. Udało im się go wydobyć, po czym zanieśli go z powrotem szałasu, gdzie używali łupin po kokosach, aby jakoś ustabilizować mu tę nogę. Przez 4 miesiące musiał siedzieć na dupie, ale podziałało. Noga się zrosła, mógł chodzić na nowo. Co prawda miał po tym gigantyczną bliznę, ale szczerze, to pikuś w porównaniu z tym, co mogło się stać.
Tam co prawda próbowali się jakoś wydostać z tej wyspy o własnych siłach – wybudowali tratwę, po czym chcieli pożeglować do domu, jednak całe szczęście, tratwa rozleciała się 1.4 kilometra od wyspy. Dlaczego całe szczęście? A to dlatego, że myśleli, że byli na wyspie Samoa, przez co chcieli płynąć na południe… Czyli na otwarty ocean.
Bali się tam, że spędzą na tej wyspie resztę życia, ale w takiej sytuacji nie można tracić ducha. Trzeba coś zrobić, żeby morale jakoś się trzymały. Chcąc się jakoś pocieszyć… Zrobili sobie taką małą gitarę, no i śpiewali sobie obok ogniska czasami.
Najgorsza rzecz przytrafiła się jednak Stephenowi. Kiedy on i Mano polowali na ptaki, to pech chciał, że ześlizgnął się z jednej skały i spadł z wysokości 12 metrów. To mogło się skończyć tragicznie, ale chyba z łaski Bożej przeżył, jednak miał złamaną nogę. Oczywiście, przyjaciele nie zostawili go w potrzebie – Mano pobiegł do obozowiska, po czym wrócił z innymi, aby zorganizować akcję ratunkową. Udało im się go wydobyć, po czym zanieśli go z powrotem szałasu, gdzie używali łupin po kokosach, aby jakoś ustabilizować mu tę nogę. Przez 4 miesiące musiał siedzieć na dupie, ale podziałało. Noga się zrosła, mógł chodzić na nowo. Co prawda miał po tym gigantyczną bliznę, ale szczerze, to pikuś w porównaniu z tym, co mogło się stać.
Tam co prawda próbowali się jakoś wydostać z tej wyspy o własnych siłach – wybudowali tratwę, po czym chcieli pożeglować do domu, jednak całe szczęście, tratwa rozleciała się 1.4 kilometra od wyspy. Dlaczego całe szczęście? A to dlatego, że myśleli, że byli na wyspie Samoa, przez co chcieli płynąć na południe… Czyli na otwarty ocean.
Bali się tam, że spędzą na tej wyspie resztę życia, ale w takiej sytuacji nie można tracić ducha. Trzeba coś zrobić, żeby morale jakoś się trzymały. Chcąc się jakoś pocieszyć… Zrobili sobie taką małą gitarę, no i śpiewali sobie obok ogniska czasami.
Oczywiście, chcieli zachować też sprawność fizyczną… Więc zrobili sobie siłownię.
Dobra, nie każde wakacje trwają wiecznie. 11 września 1966 roku, jeden z chłopców stał na czatach, kiedy to zauważył przepływającą łódź. Szybko poinformował o tym innych, po czym starali się zwrócić uwagę tego statku – wszelakiego typu krzyki, sygnały dymne, kilku się nawet ustawiło na plaży i skałach, wymachując gałęziami. Podziałało – łódź zbliżała się do wyspy.
Ta łódź była kutrem rybackim, którego kapitanem był Peter Werner. Jest to ciekawy facet – jego ojciec, Sir Arthur George Warner, był politykiem i biznesmenem, który to był właścicielem Astor, czyli największej firmy produkującej radia w Australii. Peter niby miał przejąć po nim całe to małe imperium, ale jego serce wolało czego innego. Chciał zostać żeglarzem, tak więc porzucił swoje jakże wygodne życie i został skromnym rybakiem, znajdując zatrudnienie na kutrze rybackim. Pomyśleć, że gdyby nie ta decyzja, to rozbitkowie mieliby przechlapane. Jeśli to nie jest przeznaczenie, to ja nie wiem, co nim jest.
Po wielu latach Peter w końcu uzbierał na własny kuter, który przechrzcił nazwą „Just David”. Udało mu się zwerbować załogę, po czym żeglowali po wodach, łowiąc ryby i owoce morza. Właśnie to doprowadziło go do wyspy Ata – łowił on kraby. Zdecydował się on przycumować koło wyspy, żeby dać załodze odpocząć. Wtedy to zobaczył, że wyspa wcale nie jest opuszczona.
Kuter się zbliżał, aczkolwiek w ślamazarnym tempie – Peter tłumaczył, że trochę się bał, że na wyspie jest jakiś zbiegły więzień. Nie chcąc ryzykować, że odpłyną bez nich, chłopcy wskoczyli do wody i wpław powędrowali do łodzi. Całe szczęście, złota rączka Stephen znał angielski, więc kiedy załoga pomogła grupce dostać się na pokład, to Stephen wytłumaczył im, kim on jest, kim są jego przyjaciele i co się z nimi stało. Tam oczywiście Peter musiał zweryfikować kilka rzeczy, więc skontaktował się przez radio z portem w mieścinie, w której znajdowała się szkoła chłopców — Nukuʻalofa. Po 20 minutach otrzymał odpowiedź, w której to radiooperator z niedowierzał, że Peterowi faktycznie udało się znaleźć zaginionych. Jak się okazało, chłopcy na tej wyspie spędzili jakieś 15 miesięcy, a do tego czasu uznano ich za zmarłych.
Ta łódź była kutrem rybackim, którego kapitanem był Peter Werner. Jest to ciekawy facet – jego ojciec, Sir Arthur George Warner, był politykiem i biznesmenem, który to był właścicielem Astor, czyli największej firmy produkującej radia w Australii. Peter niby miał przejąć po nim całe to małe imperium, ale jego serce wolało czego innego. Chciał zostać żeglarzem, tak więc porzucił swoje jakże wygodne życie i został skromnym rybakiem, znajdując zatrudnienie na kutrze rybackim. Pomyśleć, że gdyby nie ta decyzja, to rozbitkowie mieliby przechlapane. Jeśli to nie jest przeznaczenie, to ja nie wiem, co nim jest.
Po wielu latach Peter w końcu uzbierał na własny kuter, który przechrzcił nazwą „Just David”. Udało mu się zwerbować załogę, po czym żeglowali po wodach, łowiąc ryby i owoce morza. Właśnie to doprowadziło go do wyspy Ata – łowił on kraby. Zdecydował się on przycumować koło wyspy, żeby dać załodze odpocząć. Wtedy to zobaczył, że wyspa wcale nie jest opuszczona.
Kuter się zbliżał, aczkolwiek w ślamazarnym tempie – Peter tłumaczył, że trochę się bał, że na wyspie jest jakiś zbiegły więzień. Nie chcąc ryzykować, że odpłyną bez nich, chłopcy wskoczyli do wody i wpław powędrowali do łodzi. Całe szczęście, złota rączka Stephen znał angielski, więc kiedy załoga pomogła grupce dostać się na pokład, to Stephen wytłumaczył im, kim on jest, kim są jego przyjaciele i co się z nimi stało. Tam oczywiście Peter musiał zweryfikować kilka rzeczy, więc skontaktował się przez radio z portem w mieścinie, w której znajdowała się szkoła chłopców — Nukuʻalofa. Po 20 minutach otrzymał odpowiedź, w której to radiooperator z niedowierzał, że Peterowi faktycznie udało się znaleźć zaginionych. Jak się okazało, chłopcy na tej wyspie spędzili jakieś 15 miesięcy, a do tego czasu uznano ich za zmarłych.
Chłopcy płakali ze szczęścia, kiedy powrócili do domu, gdzie to po wyjściu na ląd… Zostali aresztowani. W ramach przypomnienia cały ten bazjel zaczął się, ponieważ oni ukradli łódkę z doków, no i nie dość, że w ogóle ją ukradli, to jeszcze łódź zatonęła. Mieli do wyboru albo oddać kasę właścicielowi w ramach zadośćuczynienia, albo spędzić czas w pierdlu, a skoro kasy nie mieli, to wybór był oczywisty… A tak się przynajmniej zdawało. Peterowi się chyba trochę żal chłopców zrobiło, więc zdecydował się im pomóc w dosyć oryginalny sposób. Zamiast normalnie zapłacić kaucje czy dać pieniądze właścicielowi z własnej kieszeni, to Peter skontaktował się ze stacją telewizyjną z siedzibą w Sydney o nazwie „Kanał 7”, no i zaproponował im nagranie dokumentu na temat tego, jak chłopcom udało się przetrwać na tej wyspie, po czym przeznaczyłby kasę ze sprzedaży praw do dokumentu, aby pokryć koszty zadośćuczynienia. Wszyscy się zgodzili na takie coś, więc chłopców wypuszczono, żeby znowu popłynęli na wyspę i pokazali ekipie z kanału 7 co i jak. Właśnie z tej reenakcji pochodzą zdjęcia, które dotychczas wstawiałem. Hajs się zgadzał, tak więc właściciel łodzi był zadowolony, a chłopcy uniknęli odsiadki.
Cała ta akcja ratunkowa miała też ciekawe skutki. Peter spotkał się z rodzinami rozbitków, które to nauczyły go jak łowić specyficzny rodzaj homara. Co więcej, zaprzyjaźnił on się też z królem Tongi, Tāufaʻāhau Tupou IV, który w ramach podziękowania za jego akcję ratunkową dał mu pozwolenie, aby łowić w wodach królewskich.
Jeśli chodzi o chłopców, to żyją po dziś dzień. Ukończyli szkoły, nawet się za nimi ta akcja nie ciągnęła, żyją normalne życia.
Peter Warner natomiast… 13 kwietnia 2021 roku, próbował przekroczyć rzekę Richmond niedaleko wybrzeża Południowej Walii. Niestety, pech chciał, że jego łódź wywróciła się, co doprowadziło do śmierci Petera.
Jeśli ktoś chce obejrzeć sobie ten dokument, jaki zrobił Kanał 7, jest on dostępny za darmo na YouTubie.
Cała ta akcja ratunkowa miała też ciekawe skutki. Peter spotkał się z rodzinami rozbitków, które to nauczyły go jak łowić specyficzny rodzaj homara. Co więcej, zaprzyjaźnił on się też z królem Tongi, Tāufaʻāhau Tupou IV, który w ramach podziękowania za jego akcję ratunkową dał mu pozwolenie, aby łowić w wodach królewskich.
Jeśli chodzi o chłopców, to żyją po dziś dzień. Ukończyli szkoły, nawet się za nimi ta akcja nie ciągnęła, żyją normalne życia.
Peter Warner natomiast… 13 kwietnia 2021 roku, próbował przekroczyć rzekę Richmond niedaleko wybrzeża Południowej Walii. Niestety, pech chciał, że jego łódź wywróciła się, co doprowadziło do śmierci Petera.
Jeśli ktoś chce obejrzeć sobie ten dokument, jaki zrobił Kanał 7, jest on dostępny za darmo na YouTubie.