15
Czy Polska powinna mieć okręty podwodne i jak to wygląda z perspektywy dotychczasowych działań na Bałtyku?
Od kilku lat z krótkimi przerwami podnoszona jest sprawa zakupienia przez Polskę okrętów podwodnych w ramach programu „Orka”. Dzieje się tak, ponieważ z roku na rok Dywizjon Okrętów Podwodnych był stale uszczuplany o kolejne jednostki, które z powodu swojego złego stanu technicznego i przestarzałych systemów były skreślane z listy floty. W ostatnich latach wycofano kilka jednostek typu „Kobben” (jednym z nich jest wyeksponowany w Muzeum Marynarki wojennej i lada dzień udostępniony do zwiedzania ORP „Sokół”), a ostatnią jednostką która podtrzymuje jeszcze podwodną tradycję w Polskiej Marynarce Wojennej (a raczej skansenem lat 80, którą nikt nie zdecydował się zmodernizować) jest ORP „Orzeł” – jednostka typu Kilo. Problem zakupienia nowych okrętów nie jest jednak żadną nowością, ponieważ ciągnie się nieprzerwanie od lat 90 XX w., kiedy to zdano sobie sprawę z konieczności zmodernizowania sypiącej się marynarki, zwłaszcza, gdy Polska przystępowała do NATO. I tak, wymienione wyżej małe okręty typu „Kobben” (produkcji niemieckiej mające wyporność zaledwie ok. 450 t) zostały zakupione w 2002 r. przez PMW w celu zastąpienia przestarzałych radzieckich jednostek typu „Foxtrot”, co miało być tylko działaniem tymczasowym, które jednak zamiast max 5 lat trwało 20.

Za każdym razem gdy podnoszony jest temat zakupu tego typu jednostek, to automatycznie zaczyna się wielka narodowa dyskusja o zasadności posiadania takich okrętów. Wśród wielu słów sprzeciwu z narodowych gardeł „fachowców” sprzed telewizora pada argument o bezsensowności posiadania takowej broni na takiej „kałuży” jaką według ludzi jest Bałtyk. Ci bardziej zacięci przytaczają jako przykład losy polskich okrętów podwodnych w trakcie Kampanii Polskiej z 1939 r. nie mając jednak przy tym żadnego pojęcia i wiedzy, oprócz przyjętej i zakorzenionej w latach PRL-u oceny działań i skutków. No właśnie – wiedza. Nie będę ukrywał, że jest ona istotna i chodzi tu o tą taktyczną i tą historyczną, by zrozumieć zasadność posiadania przez Polskę okrętów podwodnych. Opierając się na tej drugiej postaram się zaprezentować skuteczność owej broni na akwenie do którego mamy dostęp.
Czy Polska powinna mieć okręty podwodne i jak to wygląda z perspektywy dotychczasowych działań na Bałtyku?
Żeby dogłębniej zrozumieć istotę zasadności okrętów podwodnych (dalej OP) na Bałtyku, zapoznać się trzeba z pierwszymi większymi jej działaniami, które miały miejsce podczas I wojny światowej (opieram się przy tym na wiedzy jaką nabyłem podczas zapoznawania się z działaniami minowymi na tym akwenie podczas tej wojny). W latach 1914-1918 Bałtyk stał się istotnym terenem działań frontu wschodniego, gdzie starła się Flota Bałtycka Carskiej Rosji i Kaiserliche Marine Niemiec, a także pojedyncze jednostki podwodne Royal Navy. Wydarzenia te oparły się przy tym na działaniach minowych i okrętach podwodnych, gdzie te dwa rodzaje broni skutecznie paraliżowały ruch na praktycznie całym akwenie doprowadzając do dużych strat po jednej i drugiej stronie (gdzie jednak Kaiserliche Marine poniosło większe). Już w pierwszym roku wojny OP zaczęły ukazywać swoją skuteczność posyłając na dno lub ciężko uszkadzając kolejne jednostki jednej i drugiej strony, jednak to w kolejnych latach począwszy od 1915 ten typ jednostek stał się istną zmorą. Niemieckie u-booty skutecznie zatapiały kolejne jednostki rosyjskie (a także pojedyncze neutralnych państw), jednak to działalność rosyjskich, a zwłaszcza brytyjskich OP pokazała prawdziwy potencjał tej broni, gdzie na masową skalę zatapiane były transportowce z rudą żelaza ze Szwecji, a którą tak bardzo potrzebowały Niemcy. Liczne sukcesy oparte były przy tym na dobrym skierowywaniu jednostek do konkretnych sektorów dozorowania i na odpowiednim ich dowodzeniu.

Wbrew powielanym bzdurom Bałtyk jest dobrym akwenem dla tego typu broni. Jest to morze, które można łatwo skontrolować, ale daje ono mnóstwo możliwości jak np.: słaba przejrzystość wody, liczne głębie, rowy morskie i stosunkowo mała powierzchnia. No ale chwila, czy to ostatnie co wymieniłem jest atutem? Odpowiedź brzmi – tak. Mała powierzchnia umożliwia łatwiejsze kontrolowanie ruchów statków i okrętów po akwenie dla jednej, ale i dla drugiej strony. Dzięki temu szybko informowane OP mogą w miarę szybko przejść do innego sektora dozorowania, gdzie wykryty został np. ruch jednostek przeciwnika, i tak przy mniejszej ilości tej broni można skutecznie na danym morzu zagrażać stronie przeciwnej, a nawet w razie wykrycia wymienione wyżej uwarunkowania mogą zostać wykorzystane do skutecznego umknięcia. Mała powierzchnia przekłada się także na bądź co bądź małe odległości do własnych baz i portów neutralnych, gdzie można uzupełnić zapasy i dokonać potrzebnych napraw. To wszystko było z powodzeniem wykorzystane właśnie podczas I wojny światowej.
Czy Polska powinna mieć okręty podwodne i jak to wygląda z perspektywy dotychczasowych działań na Bałtyku?
W czasie dwudziestolecia międzywojennego opierając się o ówcześnie funkcjonujące doktryny morskie, a także o doświadczenia Wielkiej Wojny Odrodzona Polska również skłoniła się do budowy OP, które przez pewien czas były jednostkami priorytetowymi do posiadania, doceniając ich możliwości i potencjał jaki dawał im właśnie Bałtyk. W II RP powstało 5 jednostek tego typu: OORP „Ryś”, „Wilk” (o którym już pisałem), „Żbik”, „Orzeł” (także o nim było) i „Sęp” (dwie kolejne nie zostały ukończone do wybuchu wojny, a planowana była budowa następnych), które nie zostały jednak właściwie wykorzystane po wybuchu II wojny światowej mimo ich dużego potencjału. Ukazał się przy tym rozwój, który nastąpił w trakcie 20 lat, a mianowicie to, że OP może i mogą na głębszym morzu działać w pojedynkę, ale nie znajduje to zastosowania do działań przybrzeżnych, gdzie doskwierał brak odpowiednio rozwiniętego lotnictwa morskiego i posiadania odpowiedniego sprzętu hydrograficznego (brak aparatów nasłuchowych), w obliczu wzrostu znaczenia lotnictwa, co zostało wykorzystane przez Niemców. Polskie OP, które umknęły na głębsze wody były jednak ciężkie do zlokalizowania, co dawało dobre warunki do polowań na jednostki przeciwnika, ale tu przeszkodził nikły ruch niemieckich okrętów na głębszym morzu i liczne uszkodzenia, których te doznały w rejonie Półwyspu Helskiego (beznadziejne decyzje dowodzących zawsze doprowadzą do porażki choćby posiadano dobry sprzęt i wykwalifikowanych ludzi). Działania czasu Kampanii Polskiej nie były jednak finałem walk na Bałtyku podczas II wojny światowej. Ubootwafe w pierwszych latach skutecznie działało, jednak po zmianie sytuacji na lądzie i po przejęciu inicjatywy przez Rosjan to właśnie ich OP zaczęły siać istne spustoszenie w składzie Kriegsmarine i Handelsmarine, co kolejny raz pokazało skuteczność tej broni na tej naszej bałtyckiej „kałuży”, co jednak było możliwe w obliczu zmniejszonej aktywności niemieckiego lotnictwa.

Po zakończeniu II wojny światowej, mimo wzrostu znaczenia lotnictwa, które pokazało swoją skuteczność w trakcie działań wojennych, a także rozwinięcia się urządzeń przeciw broni podwodnej i stałego jej modernizowania dalej widziano potrzebę posiadania w składach flot jednostek podwodnych. Prawdą jest, że rozwinęły się przeróżne sonary i szumonamierniki, jednak modernizowanie jednostek podwodnych nie zostawało w tyle. Okres tzw. Zimnej Wojny znacząco wpłynął no rozwinięcie napędu OP, ich niewykrywalności, itd. dostosowując je do potrzeb aktualnych czasów, a tym samym unowocześnione OP dalej zachowały swoją zasadność działania na Morzu Bałtyckim, uwzględniając przy nich jednak wsparcie innych rodzajów sił – zwłaszcza lotnictwa morskiego.

Podsumowując. Czy Polsce potrzebne są okręty podwodne? Odpowiedź brzmi – TAK, jednak nie zapominając o tym, by były to jednostki nowoczesne, odpowiednie na bałtyckie warunki (tu muszą się wykazać fachowcy oceniający projekty, dla których nie ważna będzie polityka, ale dobro państwa), a także odpowiednio wsparte przez również rozwijane pozostałe rodzaje uzbrojenia lotniczego i morskiego.
Obrazek zwinięty kliknij aby rozwinąć ▼
10
Pewnie wielu z was kojarzy ze szkolnego podręcznika historii charakterystyczne czarno-białe zdjęcie, na którym grupka francuskich wojskowych pozuje przy wagonie kolejowym. Albo i nie kojarzycie jeśli zaliczacie się do „szczęśliwców” jak wielu polskich uczniów, którzy na lekcji historii w każdej kolejnej szkole poszerzali wiedzę z zakresu starożytności i średniowiecza, ewentualnie na szybko renesansu bo tak jakoś się zdarzyło, że na najnowszą historię zawsze brakowało czasu XD
Na omawianej fotografii uwieczniono delegację przedstawicieli mających doprowadzić do zakończenia największego  (jak na owe czasy) konfliktu zbrojnego w dotychczasowej historii ludzkości, który ogarnął praktycznie cały świat, a zyskał miano Wielkiej Wojny.
Historia pewnego wagonu
Cały ten cyrk rozpoczął się w 1914 roku i trwał przez cztery długie lata, podczas których życie straciło ok. 15 milionów ludzi, z czego 1/3 stanowili cywile. W działaniach wojennych po raz pierwszy wykorzystane zostały samoloty oraz czołgi, na szeroką skalę zaczęto również używać gazów bojowych, które stały się przekleństwem żołnierzy często doprowadzając ich do kalectwa i śmierci. Na zachodnim froncie, gdzie walki prowadziły ze sobą wojska niemieckie z francuskimi trwał impas w postaci wojny okopowej. Pomimo ogromnych nakładów sił żadnej ze stron nie udawało się w znaczący sposób przezwyciężyć oporu przeciwnika. W takich warunkach żołnierze toczyli ze sobą ciągłe walki, nie zmieniając frontowej linii. Cztery lata wojennej zawieruchy, zapaść gospodarcza, a także brak widma zwycięstwa spowodowały, że w Cesarstwie Niemieckim rozpoczęto rozmyślać o rozejmie. 11 listopada 1918 roku do małego miasta Compiègne, położonego niecałe 100 km od Paryża przybyła delegacja niemiecka, która miała negocjować warunki zawieszenia broni. I tutaj zaczyna się historia chyba najsławniejszego w dziejach wagonu kolejowego, który stał się symbolem tego, że historia kołem się toczy (kolejowym hehe). Pierwotnie tabor ten miał spełniać jedynie funkcje restauracyjne, jednakże w październiku 1918 władze francuskie postanowiły o jego przebudowie na wagon salonkę, czyli taki apartament/gabinet dowódcy Ferdinanda Focha. 11 listopada w jego wnętrzu delegacja niemiecka pod kierownictwem Matthiasa Erzbergera o godz. 5:20 podpisała ze stroną francuską zawieszenie broni. Na wniosek marszałka Focha jako godzinę złożenia podpisów przyjęto 5:00 (możliwe, że gość lubił wszystkie czynności rozpoczynać jak Adaś Miauczyński o równych godzinach). Moment składania podpisów w wagonie traktowany jest jako symboliczny koniec I wojny światowej. Poniżej ilustracja wyobrażająca to wydarzenie.
Historia pewnego wagonu
Po następnych sześciu godzinach jego ustalenia weszły w życie. Początkowo miał obowiązywać przez 36 dni, później jednakże trzykrotnie go przedłużano. Postanowienia w nim zawarte zostały potwierdzone podczas traktatu wersalskiego 28 czerwca 1919 roku. Zawarcie pokoju w Niemczech niektóre środowiska zaczęły postrzegać jako swego rodzaju „nóż w plecy” zadany państwu przez socjalistów i Żydów. Opinie takie zyskiwały na wiarygodności w społeczeństwie za sprawą propagandy jakoby zwycięstwo było na wyciągnięcie ręki (padając na szczególnie żyzny grunt w kręgach niespełnionych akwarelistów). W Niemczech pogłębiał się kryzys, kraj został okrojony, a całkowitą winą za wybuch wojny zwycięskie mocarstwa obarczyły państwo niemieckie. We Francji akt zakończenia wojny stał się tak popularny, że słynny wagon postanowiono przekazać do muzeum.  W latach 20-tych można go było zwiedzać na placu inwalidów w Paryżu, gdzie tłumnie odwiedzany i podziwiany przez turystów wystawiony był do 1927 roku.
Historia pewnego wagonu
Wtedy to zadecydowano o poddaniu go renowacji, by zachować go dla pokoleń w jak najlepszym stanie. Po jej przeprowadzeniu ponownie znalazł się w miejscu, które zdecydowało o jego sławie. W mieście Compiègne w specjalnie przygotowanym do tego budynku muzealnym był wystawiony do połowy 1940 roku.
Po rozpoczęciu kolejnej wojny wagon znów odegrać miał ważną rolę. Po zwycięskiej dla III Rzeszy kampanii wrześniowej w 1939 roku, Hitler postanowił zaatakować Francję, do czego doszło w następnym roku. Po szybkim rozbiciu wojsk francuskich oraz zajęciu neutralnych państw Beneluksu, wojska niemieckie triumfowały. W celu jeszcze większego upokorzenia Francuzów władze niemieckie (najprawdopodobniej po sugestii Goebbelsa) postanowiły zmusić swoich pokonanych przeciwników do podpisania nowego rozejmu w pamiętnym dla nich wagonie. Specjalnie na to wydarzenie wojska niemieckie przetransportowały wagon dokładnie w to samo miejsce, w którym 22 lata wcześniej rozgrywała się podobna akcja.
Historia pewnego wagonu
21 czerwca 1940 roku do lasu niedaleko Compiègne przybyli Niemiecy pod przewodnictwem samego Hitlera, by odwrócić w symboliczny sposób wydarzenia z końca poprzedniej wojny. Następnie udali się do pamiętnego wagonu, w którym Hitler zasiadł w fotelu zajmowanym ongiś przez marszałka Focha i rozpoczęto rozmowy negocjacyjne z francuską delegacją wojskową.
Historia pewnego wagonu
Kolejnego dnia o godzinie 18:50 Wilhelm Keitel przyjął dokument kapitulacyjny podpisany przez francuskiego delegata Charlesa Huntzigera, na mocy którego Francja została podzielona na dwie części: okupowaną przez Niemcy oraz marionetkowe państwo Vichy. Po tych wydarzeniach wagon został przetransportowany do Berlina i wystawiony na widok publiczny jako zdobycz wojenna.
Historia pewnego wagonu
W końcowej fazie wojny, gdy wojska alianckie zbliżały się do niemieckiej stolicy, postanowiono wywieźć go z miasta. Oryginalny wagon nigdy nie wrócił już do Francji, prawdopodobnie został zniszczony w trakcie brytyjskich nalotów lub zniszczony przez samych Niemców. Przetrwać miała tylko rama wagonu, która po wojnie posłużyła do zbudowania wagonu roboczego. Ostatecznie pojazd w 1986 roku został całkowicie zezłowany, po tym jak uczestniczył w wypadku. W latach powojennych władze francuskie postanowiły stworzyć replikę tego sławnego wehikułu i w 1950 roku umieściły ją w tym samym miejscu.
Los nie okazał się również łaskawy dla przedstawicieli pokonanych delegacji (zarówno niemieckiej jak i francuskiej). Matthias Erzberger został zamordowany 26 sierpnia 1921 przez członów prawicowej organizacji Consul, którzy widzieli w nim zdrajcę ojczyzny. Natomiast Charles Huntziger zginął 12 listopada 1941 roku w katastrofie lotniczej, wracając z inspekcji wojskowej w Afryce północnej.
Historia pewnego wagonu
To moja pierwsza dzida więc proszę o wyrozumiałość ;)
Obrazek zwinięty kliknij aby rozwinąć ▼
4
Jeden z ubranych w wojskowy strój mężczyzn biegł dzielnie przed siebie wciąż trzymając piłkę przy swojej nodze. Wyczyn ten był tym bardziej imponujący nie dlatego, że robił to w ciężkich butach, ale dlatego, że teren boiska był wyboisty i pełny naprędce zasypanych lejów po pociskach artyleryjskich. Do tego wszechobecny śnieg zmieszany z błotem. Łatwo nie było. Może właśnie dlatego, gdy zawodnik w końcu postanowił uderzyć na bramkę zrobił to wyjątkowo niefortunnie. Piłka poszybkowała z dala od dwóch kupek mundurów pełniących rolę słupków i wpadła w zwój drutu kolczastego. Jęk zawodu wszystkich był doskonałym zamiennikiem gwizdka sędziego na zakończenie spotkania. 

Trzy do dwóch dla Niemców.
24 Grudnia 1914 Roku
Ale to nie wynik był najważniejszy w tym niezwykłym meczu. Wynik szybko stał się tylko dodatkową okazją do rozmów i uśmiechów, zawodnicy uścisnęli sobie dłonie, wrócili do rozmowy. Nawet jeśli nie każdy potrafił się dogadać, nawet jeśli na ciężki, twardy niemiecki akcent odpowiadały angielskie słowa. Nawet jeśli Brytyjczyk widział po drugiej stronie kogoś w pikielhaubie to nie sięgał po broń. 
To był święty dzień, 25 Grudnia 1914 roku. Boże Narodzenie.
24 Grudnia 1914 Roku
Okolice Ypres w drugiej połowie 1914 roku były intensywnym miejscem, gdzie wykuwał się charakter wojny okopowej mający być tradycyjnym krajobrazem działań bojowych przez najbliższe cztery lata. Mnóstwo niemieckich rekrutów rzucanych w masowych atakach nie przeżyło brutalnej siły ognia okopanych stanowisk karabinów maszynowych i piechoty. Ale wcale nie lepiej było, gdy atakowały połączone siły Brytyjczyków, Francuzów i Belgów. W październiku i listopadzie na belgijskich terenach życie straciło ponad dwieście tysięcy ludzi, podczas gdy sukcesy terytorialne albo strategiczne obydwu stron konfliktu były znikome. Zapanował impas, brakowało amunicji, środków do prowadzenia wojny w zbliżającej się zimie. Brakowało też przede wszystkim chęci...
Niegdyś zwykli ludzie siedzący teraz w okopach po podstawowym treningu, ale nawet i starsi, bardziej doświadczeni żołnierze, nie czuli żadnej motywacji do kolejnego bezsensownego ataku. Linie fortyfikacji, artyleria i karabiny maszynowe były zaporą, która wydawała się niemożliwa do przekroczenia. Ale najtrudniejsza była motywacja, by nakłonić ludzi do walki w imię wojny, która zaczęła się właściwie od śmierci jednego możnego w zamachu. Wojna jeszcze nie zdążyła odrzeć żołnierzy siedzących w okopach pod Ypres z człowieczeństwa i nierzadko dochodziło do nieformalnych, umownych przerw w działaniach wojennych oraz ostrzałach, by można było bezpiecznie zebrać ciała z obszaru ziemi niczyjej. Nierzadko dochodziło do bezpośrednich dialogów albo nawet pojedynczych spotkań między żołnierzami z obydwu stron konfliktu. Po prostu każdy chciał żyć i dać żyć innym. Niemniej to była niewielka skala uprzejmości, obecna ale tylko umownie.
24 Grudnia 1914 Roku
Ale 24 Grudnia 1914 roku stało się coś wyjątkowego. Nawet papież parę tygodni wcześniej zabiegał o to, by na ten wyjątkowy dzień przerwać działania wojenne. Oczywiście nie spotkał się ze zrozumieniem przywódców państw, które przecież nie po to wprawiły machinę w ruch, by ktoś teraz wymyślał pokój. Ale tam gdzie zawiść i chore ambicje "tych u góry" rozkazują swoje, tam w Wigilię Bożego Narodzenia zwyczajna ludzka przyzwoitość i człowieczeństwo wzięły górę. 
Ciężko dociec gdzie dokładnie się to rozpoczęło, podobnie jak ciężko dociec na ile wspomniany na samym początku mecz miał naprawdę miejsce. Jest wiele relacji różnych żołnierzy z wielu odcinków frontu, które możnaby przytoczyć. Ale można też je podsumować i bezpiecznie założyć, że te wszystkie spotkania, gry, wymiany podarunkami miały miejsce spontanicznie w wielu sektorach pod Ypres. Nie było żadnego nadrzędnego hasła, nawet żadnego oficjalnego pokoju. To byli tylko zadowoleni żołnierze z obydwu stron, którzy przez te kilka dni nie widzieli siebie jako wrogów ale po prostu drugiego człowieka. By uczcić narodzenie Jezusa Chrystusa wybrali w te dni uściśnięcie dłoni, wspólne zapalenie papierosa albo wymianę jedzeniem. Brytyjczyk, Francuz, Belg, Niemiec. Nieważne było kim jesteś, jaki mundur nosisz. Ważne było to, że jesteś człowiekiem i widzisz kogoś jako człowieka.
24 Grudnia 1914 Roku
To były niesamowite dni, wyjątkowe w całej historii wojen ludzkości. Wyjątkowe, bo niestety jedyne. Możliwe tylko dzięki temu, że ludzie wtedy nie byli jeszcze wyniszczeni wojną, wyniszczeni okrucieństwem, wyprani propagandą... Wieści o tych nieoficjalnych rozejmach szybko się rozeszły i jeszcze szybciej rozwścieczyły dowództwo. Ludzi, którym przeszkadza, gdy pionek zamiast zbić wrogą figurę woli z nią zaśpiewać kolędę. Ludzi, którzy potrzebują pod swoimi rozkazami zwierzęta z instynktem zabijania, a nie człowieka. I dlatego zadbano o to, by w przyszłym roku już nikt nie świętował. Z jak największym powodzeniem. Gwoli ścisłości - nawet w okresie świątecznym te spontaniczne rozejmy nie obejmowały całego frontu, bowiem były miejsca gdzie dalej toczono krwowe wymiany ogniowe, gdzie dalej ginęli żołnierze. Ale przynajmniej w części okopów święta mogły być spędzone w wyjątkowym gronie, które zebrało się tak tylko raz na całą historię.



Dlatego w święta pamiętajmy przede wszystkim o sobie, ale też o drugim człowieku. Niekoniecznie musi to być ktoś z rodziny, ktoś z "przyjaciół" albo pracy. Kłótnie, fałszywość czy też niechęć do kontaktu z ludźmi. To wszystko jest jak najbardziej zrozumiałe, każdemu życzę by spędził święta tak jak mu najwygodniej. Ale nawet jeśli postanowisz samotnie zostać w domu i pograć w gry, to nie zapomnij ani w święta ani przez żaden dzień w roku - życzę Ci spokoju i pogody ducha z okazji świąt. Nawet w grze możesz po prostu złożyć życzenia komuś z kim przyjemnie Ci się akurat gra. A może być nawet lepsze niż soczyste obcowanie z matką tego irytującego kampera. Trzymajcie się Dzidki.
Obrazek zwinięty kliknij aby rozwinąć ▼
0

Krótka lekcja podboju Piotrkowa Trybunalskiego

30.07.1914 - w Piotrkowie ogłoszona jest powszechna mobilizacja.
13.08.1914 - po wyniszczających walkach Piotrków przejmują wojska niemieckie.
27.08.1914 - miasto zdobywają wojska rosyjskie
29.08.1914 - pruska armia wypiera wojska rosyjskie
10-29.10.1914 - do Piotrkowa wkraczają a następnie wykraczają Polscy strzelcy.
30.10.1914 - wojska rosyjskie wypierają Niemców
02.11.1914 - nalot Niemców i ewakuacja zawartości skarbca bankowego przez Rosjan
16.12.1914 - atak wojsk austriackich i ostateczne przejęcie miasta.
Pięć miesięcy totalnego rozpierdolu. Szkoda, że nie nakręcili o tym filmu
Kto jest zdobywcą kogo?
Obrazek zwinięty kliknij aby rozwinąć ▼
0.081751108169556