4
Na wstępie zaznaczam to nie mój tekst. Był tutaj w okolicy 2020 i długo mi zajęło żeby go odnaleźć.

Będę go normalnie po kawałku wrzucał bo jest bardzo długi.
Piątego dnia budzi mnie woń fiuta hej.
To ode mnie tak capi. cztery ostatnie dni bez kąpieli. Higienę ograniczałem do mycia zębów. Problem w tym że na zewnątrz czają się komary. Pakuje się bez śniadania, na biegu zrzucam kajak na wodę, Nawet namiot jest po prostu zwinięty w kłąb w siatce.
I po prostu spierdalam na wodę. Kilkanaście metrów od brzegu komary odpuszczają.
Znowu widać że rzeki ubyło. Na środku nurtu pojawiają się już nie tylko krzaki ze szczytów wysepek ale i kawałki piaszczystych łach.
Jakby ktoś płynął. Większość wysp na Wiśle wygląda tak samo. Od przodu (czyli tam skąd nadpływa woda) są krzeczory, drzewa i niedostępny brzeg. Od tyłu z kolei jest plaża.
Ląduje na pierwszej wyspie która ma choć kawałek takiej plaży. Piach to niestety nie jest piach, tylko mieszanina piachu, mułu i drobnego żwiru. Klei się do nóg, kłuje, włazi do klapków. No i ten jeszcze jest wilgotny więc klei się jeszcze bardziej.
Nic to. Rozbieram się do rosołu, biere mydło na sznurku i wykonuje kąpiel. Przy okazji przepieram gacie i koszulkę. Doschną na kajaku. Nie chce mi się robić herbaty. Na śniadanie idzie resztka konserwy, bułka i izotonik.
Jest nadal dość wcześnie. Biorę się za wiosłowanie.
Rzeka stopniowo zmienia charakter. Brzegi się wypłaszczyły, wałów nie widać. Widocznosć na boki jednak zmalała. Brzeg rzeki jest mocno porośnięty drzewami. Jak płynę po lewej stronie to po prawej coś tam widać nad czubkami drzew, ale to głównie niebo.
Mija godzina za godziną. Wiosłowanie jest bardzo monotonne. Kilka minut machania i kilka minut odpoczynku. Zmiana pozycji żeby plecy odpoczęły. Dobrze że przynajmniej już nie bolą.
Słońce operuje więc powtarzam rytuał moczenia podkoszulki.
Ptaki jakies se latają. Czaple, orzeły, myszolopy.
Na tafli pusto. Największa rzeka w Polsce a tu po horyzont nie ma nic. Chwilę przed południem dostrzegam w oddali most. Normalnie most to nic ciekawego, ale w obliczu monotonii rzeki to jest atrakcja dnia.
Z locji wynika że to most na 193 km. Myślałem że choć przy moście to będą jakie zabudowania albo zejście do wody. Nie ma. Brzegi jak były zarośnięte tak są. Zaraz przed nim po lewej zauważam nabrzeże dla barek. Nie da rady wyleźć, jest za wysokie jak dla mnie.
No i przez to że podpłynołem po lewo, to jak mijam most to zauważam że jest przystań po prawej. Nurt jest za szybki, nie da rady podpłynąć.
Nie za bardzo jest jak wylądować i zjeść bo komary. Na obiad mam MRE z Arpola - spaghetti. Na zimno.
No i znowu rutyna. Machnięcie, machnięcie, odpoczynek.
Na brzegu nic poza drzewami. Nawet trochę kombinuje żeby schować się w ich cieniu. Słonce jednak stoi tak wysoko, że musiałbym prawie po brzegu szorować żeby załapać się na osłonę.
Mijajną kolejne godziny. Dziwnie się o tym pisze siedząc przy kompie, ale wiosłowanie to pewnego rodzaju trans. Mózg się wyłącza od monotonii. Kilometry gdzieś znikają choć rzeka coraz bardziej zwalnia.
Mijam wyspę tym razem na tyle dużą że zatrzymuje się na rozprostowanie kości.
Zaczynam liczyć bazgrząc na piachu. Wyspa jest na 220km. Rano startowałem na dwieście sześćdziesiętym którymś. Czyli przynajmniej pięć dych zrobione. Za kilka kilometrów czeka mnie Połaniec i ogarnięcie progu przy elektrowni. Stwierdzam że zostawię sobie to na jutro. Nie chce płynąć w potencjalnie ryzykowne miejsce jak już jestem zmęczony.
Zamiast tego rozstawiam namiot żeby wysechł, przemywam kajak, ogarniam kolacje. Do jedzenia znowu pół konserwy - tym razem mielonka. Do smaku połówka cebuli. Cebuli wziąłem dwie małe i miałem je zjeść do pomidorów ale se zapomniałem. Dopełnieniem posiłku jest ostatnia, mocno czerstwa bułka.
Na jutro musze zaplanować jakieś zakupy. Po ostatnich upałach zostały mi dwie ostatnie butelki mieralnej.
Nie ma komarów więc na razie ukladam się na macie przed namiotem a śpiwór daje pod głowę. No i odpływam. Budzę się późno w nocy bo wieje chłodem od wody. Wpełzam do namiotu i wciskam w namoknięty od rosy śpiwór.
* * *
Obrazek zwinięty kliknij aby rozwinąć ▼
1
Na wstępie zaznaczam to nie mój tekst. Był tutaj w okolicy 2020 i długo mi zajęło żeby go odnaleźć.

Będę go normalnie po kawałku wrzucał bo jest bardzo długi.


__________
Dzien drugi
Drugiego dnia budzi mnie deszcz bębniący o namiot. Nie napawa to optymizmem, ale cóż głupio by było poddawać się już teraz. Na szczęście Wiejski Dom Kultury postawił na polu zadaszenie na ogniska. Więc mam jak zjeść śniadanie nie moknąc przy tym. Pompuje kajak, zwijam manele. 7.30 jestem na wodzie. Przede mną kilkanaście kilometrów kanału.
Wraz z porankiem budzi się wiatr. Niestety w przeciwną stronę. Dmuchane kajaki stawiają niestety duży opór na wiatr więc przyłożyć się do wioseł musze solidnie.
Zauważam bardzo zaskakującą rzecz. Ten kanał nie biegnie w ziemi tylko między dwoma usypanymi wałami. Słyszę przejeżdżające za wałami pociągi ale jestem wyżej niż one więc ich nie widze. Glowę mam niewiele niżej niż końce słupów trakcyjnych.
Godzinę później dzwonie na śluzę żeby spytać czy mnie obsłużą. Tak, nie ma problemu. Fala ostrzegawcza już przeszła, wiec pracują normalnie. Mniej więcej o dziewiątej wpływam do komory śluzy Borek Szlachecki. Podobno najwyższa w Polsce. Płacę 4.2 pln i kilka tysięcy ton wody idzie w pizdu żebym tylko mógł wygodnie zjechać o pięć metrów.
Potem jeszcze kawałek kanału do pokonania z wysiłkiem aż w końcu kanał łączy się ze starorzeczem i nurt zaczyna nieść. Mija godzina i dostrzegam klasztor. Bardziej doświadczeni mówią że można coś zjeść w nadbrzeżnej knajpie. Skoro knajpa blisko i będę mógł mieć oko na sprzęt - warto przyoszczędzić zapasów.
Mimo wczesnej pory ludzi jest sporo. Ceny w knajpie sprowadzają mnie na ziemię. No tak - miejsce oblegane przez turystów i i ceny jak w Zakopanem.
Płynę dalej. Do kolejnej śluzy jest niedaleko. Dzwonie z wyprzedzeniem żeby naszykowali wysoką wodę.
Komora jest ogromna 126 metrów długości, 15 szerokości. Choć stan wody jest wysoki, do krawędzi komory nadal jest ponad metr. Za to sterownia wygląda nieprawdopodobnie. Kiosk okrętu podwodnego na wysokiej stopie, i pancerne drzwi z ryglami.
Na zdjęciach z powodzi w 97 można zobaczyć dlaczego tak to wygląda. Podobno obsługa tam utknęła na kilka dni i nikt nie odważył się ich ewakuować ze względu na prędkość nurtu.
Znowu kilka tysięcy ton wody idzie na zmarnowanie ku mojej wygodzie.
Teraz zaczyna się spokojna ale nie nudna część wiosłowania. Początki Krakowa z perspektywy żaby. Mosty, przystanie kajakowe, trochę turystycznych stateczków. Koło czternastej docieram pod Wawel. Na brzegach tłumy w koncu jest wolne. Włącza mi się próżnosć więc staram się wyglądać profesjonalnie na moim kajaku. Że niby wielki podróżnik zajęty tylko swoją podróżą.
W swoim zadęciu zapominam zadzwonić na kolejną śluzę i muszę obnosić. Znowu namachałem zbędnych kilometrów.
Płynę, wiosłuję i oglądam. Rzeka wyraźnie zwalnia. Widać że największa fala już przeszła i teraz będzie coraz trudniej posuwać się do przodu. Chwilami mam wrażenie że już wypłynąłem z Krakowa, ale jak tylko wychodze na brzeg poszukać miejsca na nocleg to okazuje się że zaraz obok są ogródki dzialkowe albo jakieś osiedla.
Cisnę dalej. Popołudnie przechodzi w wieczór a miejsca na nocleg nie widać. Po ćmoku znajduję miejscówkę, wychodzę na brzeg a tam stacja benzynowa. Spanie w mieście to proszenie się o kłopoty więc zakładam czołówkę i płynę dalej.
Noc wygląda magicznie. Tu ciemno, tam dalekie głosy miasta, zbudzone ptaki w koronach drzew, do tego światła miasta i poł księżyca.
Chwilę przed północą umęczony setnie docieram do śluzy Przewóz. Wyciągam kajak na brzeg i idę zagadać na sterownie. Operator wybudzony ze snu patrzy na mnie jak na wariata, ale zgadza się żebym rozbił namiot na obiekcie. Teren jest ogrodzony więc nie chowam kajaka tylko przywiązuję go linką do drzewa, rozstawiam namiot i idę spać.
Wyraźnie się przemęczyłem bo sen nie nadchodzi. Turlam się w te i wewte starając znaleźć pozycję w której nie bolą plecy.
W końcu zasypiam.
Obrazek zwinięty kliknij aby rozwinąć ▼
0.072003126144409