Wiedza
1 m
3
„Musimy ponownie zakorzenić się w przodkach i wnukach, w tym wiecznym łańcuchu i wiecznym szeregu.”
- Heinrich Himmler, 9 czerwca 1942 r.
źródło: Heinrich Himmler über Religion und Christentum (9. Juni 1942.
- Heinrich Himmler, 9 czerwca 1942 r.
źródło: Heinrich Himmler über Religion und Christentum (9. Juni 1942.
I. Towarzystwo Thule
Towarzystwo Thule było jednym z najbardziej charakterystycznych środowisk niemieckiego okultyzmu po I wojnie światowej. Późniejsza popkultura znacznie wyolbrzymiła jednak jego rolę, przedstawiając je jako tajny zakon kierujący narodzinami narodowego socjalizmu. Powstało w Monachium pod koniec wojny jako bawarska odnoga Germanenorden [1]. Nazwa Thule odwoływała się do znanej ze starożytnych źródeł mitycznej krainy położonej daleko na północy. Część późniejszych ezoteryków zaczęła przedstawiać jako legendarną praojczyznę ludów nordyckich. Członkowie stowarzyszenia fascynowali się genealogią, mitami, teoriami rasowymi oraz koncepcją odrodzenia Niemiec poprzez powrót do przedchrześcijańskiej przeszłości. W jego otoczeniu działał Rudolf von Sebottendorff, zainteresowany astrologią, mistyką i praktykami ezoterycznymi. Towarzystwo posługiwało się również swastyką, zanim stała się ona oficjalnym symbolem NSDAP. Thule było miejscem, w którym polityczny ekstremizm spotykał się z mitologią, romantycznym kultem przodków oraz przekonaniem o wyjątkowym pochodzeniu Germanów.
[1] Tajna organizacja völkisch łącząca niemiecki nacjonalizm, rasizm, i zainteresowanie symboliką germańską.
Towarzystwo Thule było jednym z najbardziej charakterystycznych środowisk niemieckiego okultyzmu po I wojnie światowej. Późniejsza popkultura znacznie wyolbrzymiła jednak jego rolę, przedstawiając je jako tajny zakon kierujący narodzinami narodowego socjalizmu. Powstało w Monachium pod koniec wojny jako bawarska odnoga Germanenorden [1]. Nazwa Thule odwoływała się do znanej ze starożytnych źródeł mitycznej krainy położonej daleko na północy. Część późniejszych ezoteryków zaczęła przedstawiać jako legendarną praojczyznę ludów nordyckich. Członkowie stowarzyszenia fascynowali się genealogią, mitami, teoriami rasowymi oraz koncepcją odrodzenia Niemiec poprzez powrót do przedchrześcijańskiej przeszłości. W jego otoczeniu działał Rudolf von Sebottendorff, zainteresowany astrologią, mistyką i praktykami ezoterycznymi. Towarzystwo posługiwało się również swastyką, zanim stała się ona oficjalnym symbolem NSDAP. Thule było miejscem, w którym polityczny ekstremizm spotykał się z mitologią, romantycznym kultem przodków oraz przekonaniem o wyjątkowym pochodzeniu Germanów.
[1] Tajna organizacja völkisch łącząca niemiecki nacjonalizm, rasizm, i zainteresowanie symboliką germańską.
Znaczenie Thule dla narodzin nazizmu było realne, choć miało przede wszystkim charakter pośredni. Członkowie stowarzyszenia uczestniczyli w finansowaniu i organizowaniu działalności antykomunistycznej w Bawarii. Utrzymywali związki z prasą nacjonalistyczną oraz wspierali Deutsche Arbeiterpartei, z której później wyłoniła się NSDAP. Nie oznacza to jednak, że Hitler został wtajemniczony przez Towarzystwo ani że partia nazistowska była politycznym ramieniem ezoterycznego zakonu. Tego rodzaju opowieści zaczęły rozpowszechniać się głównie po II wojnie światowej, gdy literatura sensacyjna połączyła w jeden obraz Thule, Atlantydę, Tybet i tajemne rytuały. W rzeczywistości organizacja była przede wszystkim radykalnym stowarzyszeniem völkisch, którego członkowie wierzyli w rasową nierówność ludzi i konieczność narodowego odrodzenia. Okultyzm stanowił ważny element tego środowiska, ale nie był jego jedyną treścią.
II. Nowa religia
Najbardziej konsekwentną próbę stworzenia czegoś przypominającego nową religię podjął Heinrich Himmler. Reichsführer SS nie chciał widzieć w swojej organizacji jedynie policji politycznej czy formacji wojskowej. W jego wizji SS miało stać się elitarnym zakonem, którego członkowie byliby biologicznymi i duchowymi spadkobiercami wspólnoty germańskiej. Himmler coraz częściej postrzegał chrześcijaństwo jako religię obcą pierwotnemu duchowi Germanów. W obrębie SS próbowano więc tworzyć alternatywne obrzędy związane z narodzinami, małżeństwem, śmiercią oraz przesileniami słonecznymi. Tradycyjne święta chrześcijańskie starano się zastępować lub przekształcać poprzez elementy Julfest [2]. Małżeństwo stawało się rytuałem służącym nie tylko parze, ale także przyszłości narodu, natomiast genealogia zyskiwała znaczenie niemal sakralne. Kandydaci do SS musieli dokumentować swoje pochodzenie, a zawierane przez nich małżeństwa podlegały kontroli organizacji. Krew nie była jedynie metaforą wspólnoty. Traktowano ją jako rzeczywisty nośnik dziedziczonych cech.
[2] Święto przesilenia zimowego, wykorzystywane przez SS jako germańska alternatywa dla chrześcijańskiego Bożego Narodzenia.
Najbardziej konsekwentną próbę stworzenia czegoś przypominającego nową religię podjął Heinrich Himmler. Reichsführer SS nie chciał widzieć w swojej organizacji jedynie policji politycznej czy formacji wojskowej. W jego wizji SS miało stać się elitarnym zakonem, którego członkowie byliby biologicznymi i duchowymi spadkobiercami wspólnoty germańskiej. Himmler coraz częściej postrzegał chrześcijaństwo jako religię obcą pierwotnemu duchowi Germanów. W obrębie SS próbowano więc tworzyć alternatywne obrzędy związane z narodzinami, małżeństwem, śmiercią oraz przesileniami słonecznymi. Tradycyjne święta chrześcijańskie starano się zastępować lub przekształcać poprzez elementy Julfest [2]. Małżeństwo stawało się rytuałem służącym nie tylko parze, ale także przyszłości narodu, natomiast genealogia zyskiwała znaczenie niemal sakralne. Kandydaci do SS musieli dokumentować swoje pochodzenie, a zawierane przez nich małżeństwa podlegały kontroli organizacji. Krew nie była jedynie metaforą wspólnoty. Traktowano ją jako rzeczywisty nośnik dziedziczonych cech.
[2] Święto przesilenia zimowego, wykorzystywane przez SS jako germańska alternatywa dla chrześcijańskiego Bożego Narodzenia.
Szczególnie istotną rolę w kształtowaniu tej symboliki odegrał Karl Maria Wiligut, austriacki mistyk i oficer SS. Twierdził on, że posiada odziedziczoną po przodkach wiedzę o pradawnej religii Germanów. Rozwijał własny system wierzeń określany jako irminizm [3] i przedstawiał Himmlerowi fantastyczną historię rzekomo starożytnej tradycji religijnej. Jego wpływy można dostrzec w części symboliki i ceremoniału SS, a także w projektowaniu Totenkopfringu [4]. Centralnym miejscem tej nowej mitologii miał stać się zamek Wewelsburg, planowany jako ośrodek najwyższej elity SS. W jego północnej wieży powstały pomieszczenia o wyraźnie ceremonialnym charakterze, choć nie istnieją wiarygodne dowody, że odprawiano tam rytuały magiczne. Himmler próbował stworzyć raczej świecko-pogański kult przodków, rodu, śmierci oraz bezwarunkowej służby organizacji.
[3] Ezoteryczny system Wiliguta, przedstawiany przez niego jako ocalała tradycja pradawnej religii germańskiej.
[4] Honorowy pierścień SS z symbolem trupiej czaszki, nadawany przez Himmlera wybranym członkom organizacji.
[3] Ezoteryczny system Wiliguta, przedstawiany przez niego jako ocalała tradycja pradawnej religii germańskiej.
[4] Honorowy pierścień SS z symbolem trupiej czaszki, nadawany przez Himmlera wybranym członkom organizacji.
III. Ahnenerbe
Ahnenerbe było jednym z najważniejszych narzędzi, za pomocą których Himmler próbował nadać nazistowskim mitom pozory naukowej wiarygodności. Organizacja powstała w 1935 roku z inicjatywy Himmlera, Hermanna Wirtha i Richarda Walthera Darré. Jej nazwa oznaczała w przybliżeniu Dziedzictwo Przodków. Oficjalnie zajmowała się badaniem historii, archeologii, folkloru, języków, muzyki ludowej, obyczajów oraz materialnego dziedzictwa dawnych ludów Europy. W praktyce część jej projektów rozpoczynała się jednak od z góry przyjętej tezy ideologicznej. Należało udowodnić, że ludy nordyckie i germańskie stworzyły pradawną cywilizację o szczególnym znaczeniu dla rozwoju Europy. Badacze związani z Ahnenerbe interesowali się runami, rytami naskalnymi, stanowiskami archeologicznymi, dawnymi miejscami kultu oraz przekazami folklorystycznymi. Wśród najbardziej znanych miejsc znalazły się Externsteine [5]. Poszukiwano więc nie tylko przedmiotów, lecz także symbolicznej geografii, miejsc, które miały rzekomo przechowywać pamięć o utraconym świecie przodków.
[5] Formacja skalna w Westfalii, uznawana przez część środowisk völkisch za pradawne germańskie miejsce kultu.
Ahnenerbe było jednym z najważniejszych narzędzi, za pomocą których Himmler próbował nadać nazistowskim mitom pozory naukowej wiarygodności. Organizacja powstała w 1935 roku z inicjatywy Himmlera, Hermanna Wirtha i Richarda Walthera Darré. Jej nazwa oznaczała w przybliżeniu Dziedzictwo Przodków. Oficjalnie zajmowała się badaniem historii, archeologii, folkloru, języków, muzyki ludowej, obyczajów oraz materialnego dziedzictwa dawnych ludów Europy. W praktyce część jej projektów rozpoczynała się jednak od z góry przyjętej tezy ideologicznej. Należało udowodnić, że ludy nordyckie i germańskie stworzyły pradawną cywilizację o szczególnym znaczeniu dla rozwoju Europy. Badacze związani z Ahnenerbe interesowali się runami, rytami naskalnymi, stanowiskami archeologicznymi, dawnymi miejscami kultu oraz przekazami folklorystycznymi. Wśród najbardziej znanych miejsc znalazły się Externsteine [5]. Poszukiwano więc nie tylko przedmiotów, lecz także symbolicznej geografii, miejsc, które miały rzekomo przechowywać pamięć o utraconym świecie przodków.
[5] Formacja skalna w Westfalii, uznawana przez część środowisk völkisch za pradawne germańskie miejsce kultu.
Ahnenerbe nie było jednak wyłącznie klubem ekscentrycznych archeologów i poszukiwaczy pradawnych tradycji. Wraz z rozwojem III Rzeszy organizacja coraz silniej włączała się w państwowy aparat ideologiczny. Prowadziła badania na terenach okupowanych i uczestniczyła w grabieży dóbr kultury. Niektóre związane z nią struktury zostały powiązane z eksperymentami przeprowadzanymi na więźniach obozów koncentracyjnych. Najbardziej znanym przykładem był projekt stworzenia antropologicznej kolekcji szkieletów więźniów, który zakończył się zamordowaniem wytypowanych ofiar. Pseudonaukowa fascynacja bardzo szybko mogła więc przejść od wykopalisk, folkloru i badań nad przeszłością do bezpośredniej zbrodni. Jednocześnie Ahnenerbe nigdy nie było jednolitą organizacją okultystyczną. Pracowali w niej zarówno ideologiczni fanatycy i pseudonaukowcy, jak i osoby prowadzące badania metodami bliższymi tradycyjnej nauce. Ostatecznie jednak działalność całej instytucji została podporządkowana potrzebom ideologicznym państwa nazistowskiego.
IV. Ekspedycje i artefakty
Najbardziej znaną wyprawą związaną z SS była ekspedycja Ernsta Schäfera do Tybetu w latach 1938–1939. Schäfer był zoologiem i podróżnikiem. Wyprawa rzeczywiście otrzymała wsparcie struktur SS i znalazła się w orbicie zainteresowań Ahnenerbe. Jej uczestnicy wykonywali fotografie, zbierali okazy zoologiczne i botaniczne, prowadzili obserwacje etnograficzne oraz dokonywali pomiarów antropologicznych. W późniejszych dekadach ekspedycja została jednak obudowana legendą, według której SS miało poszukiwać w Himalajach Shambhali i Agarthy [6]. Rzeczywistość była mniej fantastyczna, choć nadal niepokojąca. W badaniach antropologicznych uczestników wyprawy widoczne były bowiem rasowe obsesje oraz próby odnajdywania fizycznych śladów domniemanego pokrewieństwa między ludami Azji i pradawnymi Aryjczykami. Podobnie wyglądały inne ekspedycje i badania prowadzone przez Ahnenerbe w Skandynawii, Karelii oraz na terenach Europy. Dokumentowano ryty naskalne, pieśni, obrzędy i stanowiska archeologiczne w poszukiwaniu śladów cywilizacji nordyckiej.
[6] Legendarne ukryte krainy duchowej wiedzy, spopularyzowane w zachodnim ezoteryzmie XIX i XX wieku.
Najbardziej znaną wyprawą związaną z SS była ekspedycja Ernsta Schäfera do Tybetu w latach 1938–1939. Schäfer był zoologiem i podróżnikiem. Wyprawa rzeczywiście otrzymała wsparcie struktur SS i znalazła się w orbicie zainteresowań Ahnenerbe. Jej uczestnicy wykonywali fotografie, zbierali okazy zoologiczne i botaniczne, prowadzili obserwacje etnograficzne oraz dokonywali pomiarów antropologicznych. W późniejszych dekadach ekspedycja została jednak obudowana legendą, według której SS miało poszukiwać w Himalajach Shambhali i Agarthy [6]. Rzeczywistość była mniej fantastyczna, choć nadal niepokojąca. W badaniach antropologicznych uczestników wyprawy widoczne były bowiem rasowe obsesje oraz próby odnajdywania fizycznych śladów domniemanego pokrewieństwa między ludami Azji i pradawnymi Aryjczykami. Podobnie wyglądały inne ekspedycje i badania prowadzone przez Ahnenerbe w Skandynawii, Karelii oraz na terenach Europy. Dokumentowano ryty naskalne, pieśni, obrzędy i stanowiska archeologiczne w poszukiwaniu śladów cywilizacji nordyckiej.
[6] Legendarne ukryte krainy duchowej wiedzy, spopularyzowane w zachodnim ezoteryzmie XIX i XX wieku.
Innym symbolem nazistowskich poszukiwań tajemniczych artefaktów stał się Święty Graal. Otto Rahn był niemieckim pisarzem zafascynowanym średniowieczną literaturą o Graalu, katarami oraz twierdzą Montségur w południowej Francji. W książce Kreuzzug gegen den Gral próbował wykazać związki pomiędzy legendą Graala a katarską tradycją religijną. Przedstawiając prześladowanych katarów jako spadkobierców alternatywnej duchowości europejskiej. Jego poglądy zainteresowały Himmlera, a sam Rahn został członkiem SS. Z jego historii wyrosła późniejsza legenda o nazistowskich ekspedycjach poszukujących Świętego Graala. Miał on gwarantować władzę, niezwykłą moc lub nawet nieśmiertelność. Znacznie bardziej prawdopodobne jest jednak to, że Graal fascynował część tego środowiska przede wszystkim jako symbol utraconej, przedchrześcijańskiej tradycji duchowej. W podobny sposób interpretowano runy, pradawne sanktuaria, legendarne miejsca kultu czy mity o Atlantydzie.
V. Konkluzje
Ostatecznie prawdziwa historia okazuje się bardziej złowroga niż legendy o demonach, tajnych rytuałach i nadprzyrodzonych artefaktach. Demonów nie trzeba było przywoływać. Wystarczyło przekonać ludzi, że ich krew pochodzi od lepszych przodków, że należą do wspólnoty stojącej ponad innymi i że ziemia należy im się na mocy rzekomego pradawnego prawa. Runy, mity, rytuały i wyobrażone sanktuaria nie zabijały same. Mogły jednak stworzyć język, dzięki któremu przemoc zaczynała wyglądać jak przeznaczenie, podbój jak odzyskiwanie dziedzictwa, a zbrodnia jak obowiązek wobec przodków i przyszłych pokoleń.
Ostatecznie prawdziwa historia okazuje się bardziej złowroga niż legendy o demonach, tajnych rytuałach i nadprzyrodzonych artefaktach. Demonów nie trzeba było przywoływać. Wystarczyło przekonać ludzi, że ich krew pochodzi od lepszych przodków, że należą do wspólnoty stojącej ponad innymi i że ziemia należy im się na mocy rzekomego pradawnego prawa. Runy, mity, rytuały i wyobrażone sanktuaria nie zabijały same. Mogły jednak stworzyć język, dzięki któremu przemoc zaczynała wyglądać jak przeznaczenie, podbój jak odzyskiwanie dziedzictwa, a zbrodnia jak obowiązek wobec przodków i przyszłych pokoleń.
Wiedza
3 l
9
Obrazek zwinięty kliknij aby rozwinąć ▼
Wiedza
3 l
100
Ostatnimi czasy sporo natrafiam na wypowiedzi osób samotnych, które sprowokowały mój mózg do pewnych przemyśleń z którymi chciałem się z Wami podzielić. Wszystko to co tutaj napiszę wywodzi się z instytutu chłopskiego rozumu, także nie bierzcie tego za jakiś pewnik.
Moim celem jest dodanie otuchy i hmm.. pewne zapalenie do działania osób dotkniętych samotnością. Mam nadzieję, że komuś będzie się chciało to przeczytać. Zapraszam do rozmowy w komentarzach, czy nawet na privie jeśli masz taką potrzebę (chętnie porozmawiam, ale nie jestem terapeutą, więc prosiłbym o nie przesadzanie)
Jesteś samotny? Jesteś typem człowieka, który woli spokojniejsze zajęcia i kameralne towarzystwo z dala od centrum uwagi? Cóż, pewnie niejeden z Was tak się czuje, włącznie ze mną. Przez wiele lat czułem się w miarę w porządku. Mój wolny czas spędzałem w piwnicy, grając lub oglądając zjebane filmiki w internecie. Myślę, że szkoła dawała mi pewną niewielką dozę w pewnym sensie wymuszonego towarzystwa, która zakrywała problem, którego nie byłem wtedy świadomy. Z czasem zacząłem czuć pustkę, która z czasem się powiększała. Kiedy problem w końcu wyszedł na jaw byłem pełnym fobii znerwicowanym kasztanem z zerowymi umiejętnościami społecznymi. Na szczęście na swojej drodze spotkałem kilku ludzi, którzy pomogli mi stoczyć walkę z demonami i teraz mogę siebie uznać za człowieka, który czuje się dobrze sam ze sobą i ma wystarczające umiejętności społeczne (zdaję sobie sprawę, że samo to dla niektórych czyni mnie wygrywem i macie rację). Niby zwycięstwo, prawda? Otóź nie do końca. Na swojej drodze spotykam sporo ludzi, jednak czuję, że w pewnym sensie do nich nie pasuje, przez co raczej nie buduje z nimi głębokich relacji. Moje życie miłosne również nie istnieje. Fizycznie nie potrafię znaleźć kobiety z którą mógłbym swobodnie rozmawiać (albo ja nudzę je, albo one mnie). Gdzie leży problem? Jestem zjebany? No raczej nie, a już na pewno nie na tyle gdzie mógłbym siebie uznawać za jakiegoś giga dziwaka. A może ludzie/baby to kurwy? Tutaj też muszę was zaskoczyć, ale również nie, choć moje myśli też wędrowały w takie rejony (wszystkie "pigułki" możecie sobie wsadzić w dupe). To gdzie leży problem? Tutaj zaczyna się ciekawa część (przynajmniej dla mnie).
Według mnie ludzi można z grubsza podzielić na dwa typy. Pierwszy typ - społeczny, drugi - aspołeczny. Specjalnie nie podzieliłem ich na introwertyków/ekstrawertyków, bo niestety ludzie nie wiedzą co to określenia w ogóle znaczą, także dla większego zrozumienia będe się trzymał moich typów, które są "czystą kartą". Obie grupy od zawsze żyły razem i się uzupełniały. Społeczni jak sama nazwa wskazuje, zajmowali się głównie relacjami z innymi ludźmi. Aspołeczni byli bardziej zamknięci w sobie (oczywiście nie do końca). Obie grupy miały swoje wady i zalety. Wraz z rozwojem technologii ludzie zaczęli przechylać ten balans. Ostateczny cios przyniosła rzecz, która spowodowała zupełnie odwrotne skutki od zamierzonych. Mówię tu o internecie. To, co miało ostatecznie zjednoczyć ludzi spowodowało ostatecznie ogromną epidemię samotności.
Wraz z rozwojem internetu wiele rzeczy przeniesiono w świat wirtualny. Nie trzeba teraz iść do biblioteki, żeby się czegoś dowiedzieć, nie trzeba się spotkać, żeby pograć w planszówki, nie trzeba wyjść do banku itd. Ludzie "społeczni" na tym zyskali, gdyż internet dla nich stał się narzędziem do rozszerzania siatki znajomych, więc ta "epidemia" ich pominęła. Problemem jest druga grupa. "Aspołeczni" zaczęli stopniowo zaczęli się wycofywać. Wszystko czego potrzebują jest w internecie na wyciągnięcie ręki, więc nie musieli robić czynności, które ich męczą (typu wyjście do biblioteki, na imprezę, do kółka szachowego itd.) Super prawda? Otóż nie. Bardzo chujowo. Z czasem ci ludzie zaczęli zatracać umiejętności społeczne, co już w samo w sobie jest złe. Za tym przyszło wycofanie i samotność.
Moim celem jest dodanie otuchy i hmm.. pewne zapalenie do działania osób dotkniętych samotnością. Mam nadzieję, że komuś będzie się chciało to przeczytać. Zapraszam do rozmowy w komentarzach, czy nawet na privie jeśli masz taką potrzebę (chętnie porozmawiam, ale nie jestem terapeutą, więc prosiłbym o nie przesadzanie)
Jesteś samotny? Jesteś typem człowieka, który woli spokojniejsze zajęcia i kameralne towarzystwo z dala od centrum uwagi? Cóż, pewnie niejeden z Was tak się czuje, włącznie ze mną. Przez wiele lat czułem się w miarę w porządku. Mój wolny czas spędzałem w piwnicy, grając lub oglądając zjebane filmiki w internecie. Myślę, że szkoła dawała mi pewną niewielką dozę w pewnym sensie wymuszonego towarzystwa, która zakrywała problem, którego nie byłem wtedy świadomy. Z czasem zacząłem czuć pustkę, która z czasem się powiększała. Kiedy problem w końcu wyszedł na jaw byłem pełnym fobii znerwicowanym kasztanem z zerowymi umiejętnościami społecznymi. Na szczęście na swojej drodze spotkałem kilku ludzi, którzy pomogli mi stoczyć walkę z demonami i teraz mogę siebie uznać za człowieka, który czuje się dobrze sam ze sobą i ma wystarczające umiejętności społeczne (zdaję sobie sprawę, że samo to dla niektórych czyni mnie wygrywem i macie rację). Niby zwycięstwo, prawda? Otóź nie do końca. Na swojej drodze spotykam sporo ludzi, jednak czuję, że w pewnym sensie do nich nie pasuje, przez co raczej nie buduje z nimi głębokich relacji. Moje życie miłosne również nie istnieje. Fizycznie nie potrafię znaleźć kobiety z którą mógłbym swobodnie rozmawiać (albo ja nudzę je, albo one mnie). Gdzie leży problem? Jestem zjebany? No raczej nie, a już na pewno nie na tyle gdzie mógłbym siebie uznawać za jakiegoś giga dziwaka. A może ludzie/baby to kurwy? Tutaj też muszę was zaskoczyć, ale również nie, choć moje myśli też wędrowały w takie rejony (wszystkie "pigułki" możecie sobie wsadzić w dupe). To gdzie leży problem? Tutaj zaczyna się ciekawa część (przynajmniej dla mnie).
Według mnie ludzi można z grubsza podzielić na dwa typy. Pierwszy typ - społeczny, drugi - aspołeczny. Specjalnie nie podzieliłem ich na introwertyków/ekstrawertyków, bo niestety ludzie nie wiedzą co to określenia w ogóle znaczą, także dla większego zrozumienia będe się trzymał moich typów, które są "czystą kartą". Obie grupy od zawsze żyły razem i się uzupełniały. Społeczni jak sama nazwa wskazuje, zajmowali się głównie relacjami z innymi ludźmi. Aspołeczni byli bardziej zamknięci w sobie (oczywiście nie do końca). Obie grupy miały swoje wady i zalety. Wraz z rozwojem technologii ludzie zaczęli przechylać ten balans. Ostateczny cios przyniosła rzecz, która spowodowała zupełnie odwrotne skutki od zamierzonych. Mówię tu o internecie. To, co miało ostatecznie zjednoczyć ludzi spowodowało ostatecznie ogromną epidemię samotności.
Wraz z rozwojem internetu wiele rzeczy przeniesiono w świat wirtualny. Nie trzeba teraz iść do biblioteki, żeby się czegoś dowiedzieć, nie trzeba się spotkać, żeby pograć w planszówki, nie trzeba wyjść do banku itd. Ludzie "społeczni" na tym zyskali, gdyż internet dla nich stał się narzędziem do rozszerzania siatki znajomych, więc ta "epidemia" ich pominęła. Problemem jest druga grupa. "Aspołeczni" zaczęli stopniowo zaczęli się wycofywać. Wszystko czego potrzebują jest w internecie na wyciągnięcie ręki, więc nie musieli robić czynności, które ich męczą (typu wyjście do biblioteki, na imprezę, do kółka szachowego itd.) Super prawda? Otóż nie. Bardzo chujowo. Z czasem ci ludzie zaczęli zatracać umiejętności społeczne, co już w samo w sobie jest złe. Za tym przyszło wycofanie i samotność.
Według mnie mamy obecnie dwa światy - świat "zewnętrzny", ludzie w nim po prostu żyją, prowadzą interakcje, łączą się w grupy, pary itd. oraz "świat piwniczny", który składa się z tysięcy malutkich podświatów, w którym żyją zwykle nieszczęśliwi, samotni "aspołeczniacy", którzy tylko co jakiś czas wyskakują na moment do świata zewnętrznego, żeby załatwić sprawy niezbędne dla ich egzystencji, po czym wracają do swojego świata. Oczywiście to samo w sobie nie jest złe. W końcu lubimy spędzać część swojego czasu w samotności, prawda? Trudno się nie zgodzić, jednak nawet największy samotnik potrzebuje jakiejś formy kontaktu z innymi, w pewnych momentach ma dość bycia samemu i chce ostatecznie z kimś dzielić swój "podświat". Ta chęć często prowadzi do postanowienia wyjścia "na zewnątrz" celem znalezienia kogoś godnego tej "posady". Niestety to prowadzi do pewnego rodzaju błędnego koła, gdyż po prostu ludzie ze "świata zewnętrznego" nie zawsze są odpowiedni z racji innego podejścia do pewnych spraw. To wszystko prowadzi do pewnego "oszołomienia" i myśli w stylu "ja to jestem dziwny, oni mnie nie rozumieją, chyba wrócę do swojej piwnicy, bo nie mam szans". Gdzie leży problem? Otóż to samo pomyślało kilkaset tysięcy ludzi jednocześnie, a wśród nich jest mnóstwo ludzi, którzy by zrozumieli i chcieliby z wami prowadzić różnego rodzaju interakcje, ale niestety z racji tego, że się poddali nigdy się o sobie nie dowiedzą. Tu przechodzimy do sedna - spaliliśmy mosty między sobą i będziemy samotni dopóki nie zaczniemy ich odbudowywać. Dobrze jest mieć swój mały świat, ale musimy korzystać ze świata zewnętrznego, żeby mieć narzędzia do rozbudowy naszych światów. Twój/twoja wymarzony chłopak/dziewczyna/przyjaciel gdzieś istnieje i czuje to samo co ty, jednak bez mostu nie będziecie mieli szansy się spotkać. W czym to ma niby pomóc? Ja osobiście nie byłem tego świadomy, po prostu myślałem, że jestem dziwny i nie pasuje, więc myślę, że takich ludzi jak ja jest więcej. Co możemy z tym zrobić? Niestety to nie przyjdzie łatwo. Trzeba sobie to uświadomić i być chętnym na poprawę tego stanu. Na pewno będzie to wymagało wyjścia ze strefy komfortu, ale myślę, że naprawdę warto próbować. W końcu... co nam pozostało? Musimy wyjść i spotkać się w "świecie zewnętrznym", po prostu. Im więcej miejsc będziemy odwiedzać, im więcej ludzi poznawać, tym większa będzie nasza szansa na spotkanie kogoś, kto będzie dla nas odpowiedni. Niby banał, nie? Jednak jeśli nie będziemy tego robić to po prostu przepadniemy w zapomnieniu.
Nie wiem w sumie co to jest i miało być. Może jakiś apel, próba wsparcia na duchu? Może trochę samolubna próba krzyknięcia "halo, ja tu jestem, czekam, gdzie wy jesteście?" Nie mam pojęcia. Po prostu poczułem potrzebę, żeby to powiedzieć. Jedno jest pewne. Jeśli jesteś smutny, bo jesteś samotny, miej świadomość, że gdzieś jest taka sama osoba, która potrzebuje ciebie, tak jak ty jej. Może nawet mijasz ją na ulicy kilka razy w tygodniu. Nie jesteś sam. Staraj się pokazać światu zewnętrznemu i nie wstydź się swojej osoby, bo pokazanie prawdziwej twarzy pozwoli przyciągnąć odpowiednich dla siebie ludzi, wychodź ze strefy komfortu, a na pewno pozwoli ci to w końcu wybudować ten most, a im więcej osób sobie to uświadomi, tym prościej będzie dla wszystkich i może w końcu będziemy w stanie wrócić do pierwotnego balansu. Uwierzcie mi, to się opłaca.
Cóż, pojechałem bardzo ogólnikowo. Raz, że chce wywołać dyskusję, dwa, że rozszerzenie wymagałoby napisania jeszcze dłuższego wysrywu, a nie wiem czy w ogóle jest taka potrzeba. Mam jeszcze kilka pomysłów (np. umiejętności społeczne, płeć a samotność, a nawet mogę rozserzyć moją teorię "światów"). Ale to może innym razem, o ile będzie zainteresowanie, sam nie jestem pewny czy nie pierdolę głupot. Miłego dnia, smaczniej kawusi i WYPIERDALAM
Nie wiem w sumie co to jest i miało być. Może jakiś apel, próba wsparcia na duchu? Może trochę samolubna próba krzyknięcia "halo, ja tu jestem, czekam, gdzie wy jesteście?" Nie mam pojęcia. Po prostu poczułem potrzebę, żeby to powiedzieć. Jedno jest pewne. Jeśli jesteś smutny, bo jesteś samotny, miej świadomość, że gdzieś jest taka sama osoba, która potrzebuje ciebie, tak jak ty jej. Może nawet mijasz ją na ulicy kilka razy w tygodniu. Nie jesteś sam. Staraj się pokazać światu zewnętrznemu i nie wstydź się swojej osoby, bo pokazanie prawdziwej twarzy pozwoli przyciągnąć odpowiednich dla siebie ludzi, wychodź ze strefy komfortu, a na pewno pozwoli ci to w końcu wybudować ten most, a im więcej osób sobie to uświadomi, tym prościej będzie dla wszystkich i może w końcu będziemy w stanie wrócić do pierwotnego balansu. Uwierzcie mi, to się opłaca.
Cóż, pojechałem bardzo ogólnikowo. Raz, że chce wywołać dyskusję, dwa, że rozszerzenie wymagałoby napisania jeszcze dłuższego wysrywu, a nie wiem czy w ogóle jest taka potrzeba. Mam jeszcze kilka pomysłów (np. umiejętności społeczne, płeć a samotność, a nawet mogę rozserzyć moją teorię "światów"). Ale to może innym razem, o ile będzie zainteresowanie, sam nie jestem pewny czy nie pierdolę głupot. Miłego dnia, smaczniej kawusi i WYPIERDALAM
Wiedza
5 l
5
https://web.archive.org/web/20170723170418/https://www.fda.gov/downloads/aboutfda/whatwedo/history/oralhistories/selectedoralhistorytranscripts/ucm263958.pdf
Wilhelm Reich i akumulator orgonu
Dowiedz się o Wilhelmie Reichu i jego wynalazku akumulatora orgonowego. Dowiedz się, jak odkrycie energii orgonu przez Reicha ostatecznie doprowadziło go do więzienia.
https://www.greelane.com/pl/hu...