Następny powód to Twoje zdrowie.
Szczwane bydlaki z piekarni, nawet lokalnych, tną koszty bezczelnie. Po pierwsze – dodają trociny. Mówiąc dokładniej, są to związki celulozy, czyli składnika drewna, którego my, ludzie, nie trawimy. Mąka pszenna chlebowa jest w stanie związać 70% wody względem swojej masy, zaś celuloza – nawet 800–1500% swojej masy. Choć celuloza zatrzymuje wodę, opóźniając czerstwienie, to jednak płacisz za nią, a nie za mąkę. Celuloza również pozwala oszukać wzrok klienta, bo ma zdolność zwiększania objętości i poprawy struktury bez konieczności odstawiania ciasta do dojrzewania.
Drożdże, zamiast pracować kilka godzin w cieple, „pracują” miesiącami w zamrożonych ciastach. Tak, to dlatego marketowe pieczywo szybko pleśnieje – mąka w nim jest stara, często wielomiesięczna, drożdże tak samo, a do tego mamy masę wody związaną celulozą.
Jedząc taki chleb, co rusz będziesz głodny – więc znów go zjesz i znów zgłodniejesz. A jak będziesz sobie fundował takie częste skoki glukozy, to prędzej czy później wykształcisz sobie własną, osobistą insulinoodporność, czyli tzw. cukrzycę.
Kolejna sprawa – fałszywe „grahamki”.
Piekarze dodają do białej mąki pszennej karmel, czyli cukier w płynie, by sprzedawać to jako pieczywo ciemne. No i znów – autostrada do cukrzycy. Karmel ma wysoki indeks glikemiczny i powoduje duże skoki insuliny we krwi.
No i sól.
Skoro gigant taki jak Lubella wpadł przed laty na pomysł dodawania do makaronów soli drogowej, to czy takie cwaniaki z niemieckiego Lidla się powstrzymają? Odpowiedz sobie sam.
I wreszcie – satysfakcja.
Nie tylko można takim bochenem sprawić prezent bliskim, miłej pani stomatolog czy zrobić dobre wrażenie na komorniku (żeby łatwiej ogarnąć lepsze warunki spłaty), ale to też fajny sposób na zwrócenie na siebie uwagi płci przeciwnej albo nawet na spędzenie czasu podczas randki.
No bo wiecie – chleb się piecze ponad godzinę, a potem kolejną stygnie, więc nim przystąpicie do konsumpcji, można się zająć… konsumowaniem chleba z innego pieca. 😏
Wystarczy tego pitu-pitu – zabieramy się za robotę. Oto, co potrzeba:
Sprzęty:
Piekarnik. Niestety, tosterem chleba nie upieczesz. Sprzęty są różne, ale nam potrzebny najprostszy, w którym można nastawić temperaturę. Bez termoobiegu, termometra ani innych udogodnień.
Miska do mieszania ciasta, w której później odstawimy je, by drożdże zrobiły swoją specjalność. Pod ten przepis nada się micha nie większa niż 5 litrów. Ja mam akurat plastikową, odrobinę mniejszą – łatwo się myje i chwyta, a wyrośnięte ciasto sięga akurat jej brzegów.
Szpatułka. Ja używam prostej, drewnianej, za 2 złote. Służy do mieszania ciasta i jego wykładania. Jak nie masz, użyj łyżki stołowej (choć drewno jest lepsze – do posmarowanej olejem szpatułki ciasto się nie klei, a z łyżki olej momentalnie spływa).
Naczynie z pokrywką. Używam naczyń ze szkła żaroodpornego, ale mała gęślarka (taki jajowaty gar) też się nada. Szkło ma tę przewagę, że pozwala obserwować chleb podczas pieczenia bez otwierania piekarnika (czyli bez jego chłodzenia).
Waga lub naczynie z podziałkami pomiarowymi, ewentualnie wymiarowe szklanki. Jeśli nie masz wagi, a masz zwykłą szklankę 200 lub 250 ml i nie wiesz, jak odmierzać, to googluj: ile waży szklanka mąki.
Łyżka stołowa oraz łyżeczka do herbaty – czyli pozostałe miarki. Nie będziemy się bawić w bzdury typu "20 gramów soli", tylko podamy to na łyżki.
Nożyk o giętkim ostrzu.
Może się przydać, gdy gotowy chleb „przymarznie” do naczynia – wtedy trzeba będzie delikatnie wcisnąć nożyk między wyrób a szkło. Siłowe szarpanie może rozerwać skórkę chleba i efekt wow trafi szlag.
Ja używam najtańszego nożyka z bazaru, takiego 5 cm, co go zabieram też na grzyby – ale zwykły nóż obiadowy też da radę.
Szklanka lub kubek.
Nie wiem, jak to jest, ale zawsze, za każdym razem coś odjebię i potrzebuję szklanki. A to wysypie mi się za dużo mąki, a to nie mogę znaleźć naczynia z podziałką, raz padła mi bateria w wadze (teraz mam starą, analogową i jest git), albo rąbnę się w liczeniu proporcji.
Ty też wyjmij z kredensu szklankę. Serio.
Pieczenie
Procedura
Wersja beta early access 0.0.1.5
Wymieszaj wszystko, odstaw w ciepłe miejsce na kilka godzin pod przykryciem, przewal do naczynia, wstaw do piekarnika 200°C grzanie góra-dół bez wiatraka na godzinę, potem zdejmij wieko na 20 minut, wyjmij z naczynia, odstaw do wystygnięcia, voila!
Wersja pełna 1.0
Przygotowanie
Do miski dodaj składniki w kolejności: mąka, ciepła lub letnia woda, rozdrobnione lub rozpuszczone w wodzie drożdże, cukier, sól i olej, po czym wymieszaj kilkoma ruchami i nasyp nasiona tak, by równomiernie, możliwie najcieńszą warstwą, zakryć ciasto. Jak na przykład przesadzisz z czarnuszką, chleb będzie gorzki. Następnie mieszaj, aż uzyskasz jednorodną masę (robotem 5 minut, łyżką lub szpatułką około 10 minut albo aż się zmęczysz). Przyłóż się dobrze, bo jeśli zrobisz na odwal, to mogą się uchować grudki mąki, a to niemiły surprise na to trafić. Nie używaj gorącej wody, bo zrobią się w cieście kluski i nie będziesz miał jak ich usunąć, a za zimna woda upośledzi naszą drożdżową drużynę.
Ciasto ma być bardzo lepkie i ciągnące się, a gdy odwrócisz miskę do góry dnem, to ciasto ma tam zostać. Gotowy miks przykryj serwetką lub tak, jak ja, wsadź do reklamówki z Biedronki, by odciąć dopływ powietrza. Po co? Nie wiem, ale się domyślam. Odstaw w ciepłe miejsce na 4-5 godzin albo w chłodne na noc 10-12 godzin. W każdym razie ciasto ma nawet potroić swoją objętość po to, żeby gotowy chleb miał gąbczastą strukturę, a nie wyglądał jakby usiadła na nim stara chigchta.
Pieczenie
Ustaw piekarnik na 200°C i grzanie góra-dół bez termoobiegu (ikonka kwadratu z grubszą górną i dolną ścianką) i wstaw naczynie celem jego nagrzania. Zejdzie z tym 5-15 minut w zależności od technologii. Z podgrzanego naczynia chlebek powinien wypaść jak bękart z kołyski, ewentualnie będzie trzeba go podważyć nożykiem. Gdy pominiesz grzanie naczynia, będziesz kurwił, skrobał i podważał, by chleb oswobodzić.
Teraz lekko posmaruj olejem szpatułkę i włóż ciasto do naczynia. Staraj się to zrobić tak, żeby ciasto wpadło równo, a nie np. rozciągnęło się na pół metra, a potem wpadło i złożyło się na pół. Gdyby tak się stało, to skórka będzie mocno nieregularna, a miąższ miejscami napowietrzony, a gdzie indziej spłaszczony. Takie zdarzenie może sprawić, że to miejsce finalnie będzie bardziej wilgotne, bardziej aromatyczne, ale w zły sposób (charakterystyczny drożdżowy odorek), a w najgorszym wypadku - niedopieczone, czyli do wycięcia i wyjebania.
Teraz część artystyczna. Weź nóż z ostrym końcem i wytnij w cieście pęknięcia. Zrób to najlepiej długimi, pewnymi ruchami. Ciasto klei się do noża jak ostatnie spierdolenie do asfaltu, więc znowu możesz pomóc sobie olejem. Możesz zrobić X, mogą być równoległe pasy, ale nie masz psychy, żeby jebnąć swastykę.
To jest też odpowiednia chwila, by oprószyć ciasto szczyptą nasion.
Przykryj naczynie szczelnie pokrywką i wstaw do piekarnika na 60 minut (pamiętaj, żeby uruchomić minutnik!). Staraj się unikać otwierania drzwiczek podczas obróbki, żeby nie było skoków temperatury - wydłuży to wymagany czas pieczenia, więc taki amator jak ty czy ja nie będzie wiedział. Jeśli nie masz przezroczystego naczynia, to piecz dla pewności 70 minut, nim przystąpisz do kolejnego kroku.
W międzyczasie umyj tę miskę i szpatułkę. Mówię ci, jak ciasto zaschnie, to będziesz je skrobał, zrobisz to niedokładnie, bo się wkurwisz i matka, żona czy kochanka cię zgani. A jak robisz to z kobietą, to jej zaimponujesz wiedzą z jej domeny. Żeby ułatwić sobie robotę, użyj najgorętszej wody - wlej na dno, max pół litra i pozwól gorącej parze ogrzać ścianki, tym sposobem nie zmarnujesz 5 litrów ciepłej wody (znowu zaplusujesz). Ogarnij szpatułkę, potem miskę. Ważne, żebyś nie spuszczał do zlewu resztek ciasta, bo zatkasz odpływ i bez rozbierania syfonu nie ogarniesz - wyjeb to do kibla albo rzuć tym glutem w tego powalonego sąsiada. Upewnij się, że uprzątnąłeś torbę z Biedry czy serwetkę, którą przykrywałeś rosnące ciasto - będą one umorusane ciastem i mogą komuś nieświadomemu przyspożyć zawóu lub ataku kurwicy.
Ogarnąłeś, to teraz masz wolne jakieś 45 minut, rób co dusza zapragnie - tylko nie wal konia!!
Po upływie ustalonego czasu zdejmij pokrywkę i piecz 10-20 minut, łącznie ma być ~80 minut. Próbowałem kiedyś łącznie 60, jak w oryginalnym przepisie, ale wyszło mi za mokre i jakby niedopieczone. Czy była to wina tego, że zrobiłem bochen więcej ciasta, albo tego, że jedno było w szkle, a drugie w metalu, a może dlatego, że pomyliłem nastawy piekarnika – nie wiem, ale ekstra 20 minut rozwiązało problem. Skórka wchodziła gruba i chrupiąca, jakiej nie ma w sklepowych wyrobach, to lubię. A po co w ogóle odkrywać? A no, żeby taka właśnie się stała skórka oraz żeby uwolnić część wody przez parowanie. Gotowy chleb wyjmij i odczekaj, aż naczynie wystygnie, by bez ryzyka wyjąć zeń chleb. Jak wspominałem, może to chwilę potrwać (wyciąganie), więc cierpliwości, ale wcale nie musi, jak dobrze nagrzałeś naczynie.
Chleb połóż na otwartym powietrzu do ostygnięcia. Wiem, że pokusa, aby zjeść go gorącego, jest potężna, ale lepiej się powstrzymać. Biologicznie nie grozi to żadnym zatruciem ani niczym podobnym, ale możesz sobie poparzyć błony śluzowe układu pokarmowego, dostać wzdęć lub doznać uczucia niepokoju. Nie bądź łapczywy jak żymianin przy fontannie.
Gotowe. Oto twój własnoręcznie wykonany, kraftowy chleb pszenny fit na drożdżach.
Smacznego!