56
Tragiczny los polskiego okrętu podwodnego ORP ,,Jastrząb" z 2 maja 1942 roku
W listopadzie 1941 roku Polska Marynarka Wojenna przejęła w amerykańskiej bazie w New London okręt podwodny typu „S”. Jednostka ta, mimo przeprowadzonego remontu, była w fatalnym stanie technicznym po wieloletniej służbie w US Navy. Polscy marynarze żartowali, że największym atutem nowego nabytku była… lodówka. Okręt nazwano „Jastrząb”, a jego dowódcą został kapitan Bolesław Romanowski – przyszły as polskich sił podwodnych.

W kwietniu 1942 roku ORP „Jastrząb” otrzymał swoje pierwsze zadanie bojowe: miał osłaniać konwój PQ-15 płynący z Reykjaviku do Murmańska. Konwój składał się z 25 statków i 14 okrętów eskorty. Dodatkowo w jego zabezpieczeniu brały udział dwa brytyjskie krążowniki i siły główne brytyjskiej floty wspierane przez eskadrę amerykańską. Głównym zadaniem „Jastrzębia” i trzech innych alianckich okrętów podwodnych było ostrzeganie przed ewentualnym wyjściem z fiordów niemieckich pancerników, w tym groźnego „Tirpitza”. Polski okręt miał patrolować sektor około 200 mil na południowy zachód od Tromsø. Wypłynął na morze 25 kwietnia, jednak podróż odbywała się w wyjątkowo trudnych warunkach – sztorm i śnieżyca skutecznie utrudniały nawigację.
Tragiczny los polskiego okrętu podwodnego ORP ,,Jastrząb" z 2 maja 1942 roku
Po dotarciu na pozycję sytuacja nie uległa poprawie – pogoda nadal była fatalna, a okręt zaczęły nękać poważne awarie techniczne. Uszkodzony ster dziobowy uniemożliwiał utrzymanie właściwej głębokości. Kapitan Romanowski zwołał naradę z oficerami, rozważając przerwanie misji. Choć stan okrętu to uzasadniał, podjęto decyzję o kontynuowaniu zadania.

Niestety, pech nie opuszczał załogi. Piątego dnia sztorm zerwał część pokładu, co zmusiło „Jastrzębia” do zejścia głębiej – niestety kosztem możliwości prowadzenia obserwacji. Dlatego Romanowski zarządził wynurzanie się co pół godziny na głębokość peryskopową.

2 maja około godziny 14.00 polscy hydroakustycy zarejestrowali dźwięk śrub – po wynurzeniu Romanowski dostrzegł niemieckiego U-boota w odległości zaledwie 400 metrów. Warunki do ataku były idealne, ale niesprawny ster sprawił, że okręt nagle zszedł na większą głębokość. Gdy znów wynurzył się na peryskopową, niemieckiej jednostki już nie było. Wydarzenie to wspominał tak wspominał w liście "Niedokończony patrol" jeden z członków załogi pan Andrzej Guzowski:
"O trzeciej buczek alarmu bojowego poderwał wszystkich na nogi. Dowódca w ‘sudwestce’ na głowie dla ochrony przed kapiącą z dławnic peryskopu wodą, podaje mi dane na kalkulator torpedowy. Jest niemiecka łódź podwodna, wynurzyła się właśnie z naszej lewej burty. Robimy zwrot do strzału torpedowego… Brak jeszcze pięćdziesięciu stopni… Cholera, zanurzyła się! Wzięli prawdopodobnie obserwację słońca, które na chwilę pokazało się przez chmury i schowali się.
Podsłuch tylko przez kilka sekund słyszał ich śruby, potem stracił kontakt.
– Taki pech – narzekał dowódca. – Że też nie mogli na tę chwilę wynurzyć się przed naszym dziobem zamiast z burty!"
Tragiczny los polskiego okrętu podwodnego ORP ,,Jastrząb" z 2 maja 1942 roku
Tymczasem pogarszające się warunki dały się we znaki również konwojowi – na jego trasie pojawił się lód, a ryzyko kolizji z górą lodową stało się realne. Dlatego trasę przesunięto bardziej na południe – przypadkowo przez sektor patrolowany przez „Jastrzębia”. Co gorsza, nie przekazano tej informacji dowódcom eskorty, więc każda niezidentyfikowana jednostka była traktowana jak wróg.

Tego samego dnia, około godziny 19:40, załoga „Jastrzębia” znów usłyszała dźwięki śrub. Po wynurzeniu Romanowski rozpoznał amerykański niszczyciel i brytyjski trałowiec. Wkrótce polski okręt ponownie zanurkował, a potem znów wyszedł na peryskopową – wtedy dało się już słyszeć sonarowe „pingi”, oznaczające, że został wykryty.

Polska załoga miała wybór – albo zejść na dużą głębokość, albo wynurzyć się i zidentyfikować jako sojusznicy. Romanowski wybrał drugą opcję i dał sygnał rozpoznawczy w postaci żółtej flary. Mimo to niszczyciel zaatakował bombami głębinowymi. Kolejna flara wywołała drugą serię. Później do akcji przystąpił trałowiec, ale i tym razem udało się uniknąć bezpośrednich trafień. Niestety, bliskie wybuchy poważnie uszkodziły okręt: zgasło światło, silniki przestały działać, akumulatory zaczęły wydzielać trujący chlor, a kadłub przeciekał.
Tragiczny los polskiego okrętu podwodnego ORP ,,Jastrząb" z 2 maja 1942 roku
Romanowski zarządził wynurzenie. Gdy „Jastrząb” pojawił się między alianckimi jednostkami, obie otworzyły ogień. Jako pierwszy na pokład wyskoczył sygnalista Thomas Beard – zginął natychmiast. Romanowski został ranny w nogi. Widząc, że niszczyciel próbuje staranować okręt, rozkazał otworzyć włazy i wyprowadzić załogę na pokład. Radiotelegrafista Martin Dowd nadał znaki rozpoznawcze i trałowiec natychmiast przerwał ogień. Niszczyciel jednak ponownie otworzył ogień z bliska, doszło do prawdziwej masakry. Romanowski uniósł zakrwawioną polską banderę. Dopiero wtedy ogień ustał. Z niszczyciela padło pytanie:

– Are you German?
– We are Polish submarine “Jastrząb”! Can’t you see “P-551”? Bloody fool! – odpowiedział kapitan.

Jak się okazało, ataku dokonały norweski niszczyciel „St. Albans” i brytyjski trałowiec HMS „Seagull”. Obie jednostki przystąpiły do ratowania załogi. „Jastrząb” był jednak zbyt mocno uszkodzony i musiał zostać dobity ogniem artylerii.

A tak pisał o tym pan Andrzej Guzowski:
Obudził mnie wzmożony ruch. Wylazłem z koi i usłyszałem rozkaz:
– Odpalić świecę rozpoznawczą!
W tej samej chwili, tuż przy burcie, trzasnęła przeraźliwie bomba. Z lampy spadła żarówka i rozbiła się u moich stóp. W centrali dowódca mówi spokojnie:
– To nic, to tylko pierwsza bomba… Po chwili peryskop idzie w górę i….
– Zejść głęboko! Czy świeca rozpoznawcza odpalona?
– Tak!
Wybuchają cztery bomby, jedna po drugiej. Urywają się manometry głębokości i szkło z jednego wali mi się na łeb.
– Dyziu, niech pan idzie na dziób i podaje głębokości stamtąd przez telefon – mówi mi dowódca.
Strzelamy jeszcze dwie świece rozpoznawcze. Przecież to nasi nas atakują. Dostajemy jeszcze pięć serii bomb. Bardzo bliskich. Pęka przewód sprężonego powietrza do aparatów torpedowych. Gwizd jak diabli… W maszynowni dwie blachy kadłuba ścięły nity i woda trysnęła do wewnątrz. Rozwalony i pęknięty twornik prądnicy straszy poplątanymi kablami i szczerzy błyszczące jak złote zęby segmenty. Brudne, żółtozielone kłęby gazu wydobywają się z rufowej baterii…
Otwarto szas. Powietrze wysokiego ciśnienia wyrzuciło okręt na powierzchnię. Po chwili doszły do moich uszu stuki strzałów z broni automatycznej. Okręt nasz powoli pochylił się na rufę, nabierając wody…

W wyniku tragicznej pomyłki zginęło trzech Polaków i dwóch Brytyjczyków, a 16 członków załogi, w tym kapitan, zostało rannych. Komisja Admiralicji uznała, że doszło do nieszczęśliwego splotu okoliczności: złych warunków pogodowych, awarii technicznych oraz błędów w komunikacji. Choć działania alianckich jednostek uznano za usprawiedliwione, doceniono bohaterską postawę załogi „Jastrzębia” i dowódcy. Niezrozumiałe jednak jest to, dlaczego Admiralicja od tak "machnęła ręką" na karygonde zachowanie załóg okrętów, a bardziej dowodzących, którzy nie zwracali uwagi na żółte race sygnałowe identyfikujące sojuszniczą jednostkę, za co dostali tylko nagany...

W ramach rekompensaty Polsce przekazano nowoczesny okręt podwodny – ORP „Dzik”, bliźniaka słynnego „Sokoła”. Dowództwo objął ponownie kpt. Romanowski, a jego załogę stanowili w dużej części ocaleni z „Jastrzębia”. Niestety, życia tych, którzy zginęli, nic już nie mogło przywrócić.

Źródła:
Borowiak M., Mała flota bez mitów, Warszawa 2010.
Borowiak M., Stalowe drapieżniki. Polskie okręty podwodne 1926-1947, Warszawa 2013.
Jarski A., ORP Jastrząb. Przejęcie okrętu, „Morze, Statki i Okręty”, 2018, nr 7-8.
Romanowski B., Torpeda w celu, Warszawa 1985.
Obrazek zwinięty kliknij aby rozwinąć ▼
3
Polska Marynarka Wojenna w II RP – powstanie, plany rozbudowy floty, doktryna morska i to czy miała ona sens.
Szanowne dzidki, przychodzę tu do was by spróbować w nie naukowy sposób wytłumaczyć to, jak powstała nasza Marynarka Wojenna (pomijając na razie tą z czasów I RP, o której na pewno kiedyś coś napiszę), a dokładniej jaki był ogólnie proces, założenia oraz czy w ogóle miała ona sens.
W 1918 r. gdy Polska odzyskała niepodległość, cały kraj był rozbity i podzielony po trzech zaborach, a sytuacja gospodarcza była w tragicznym punkcie. Trzeba było wszystko zszywać w jeden spójny organizm państwowy, nie zapominając przy tym o wojsku. Od samego początku nie mieliśmy jeszcze dostępu do morza, który został nam przydzielony na mocy Traktatu Wersalskiego podpisanego 28 czerwca 1919 r., ale już Polacy zaczęli coś pod jego kontem robić. Morze było bowiem wyjątkowo istotne dla Polski pod względem rozwoju gospodarczego, ale również od strony militarnej. I tak 28 listopada 1918 r. na mocy dekretu nr 155 Józef Piłsudski powołał Polską Marynarkę Wojenną, której sprawami zajął się Departament dla Spraw Morskich (późniejsze Kierownictwo Marynarki Wojennej), utworzony przy Ministerstwie Spraw Wojskowych.
Polska Marynarka Wojenna w II RP – powstanie, plany rozbudowy floty, doktryna morska i to czy miała ona sens.
Na początku do świeżej PMW zaczęli napływać oficerowie, którzy służyli w marynarkach trzech zaborczych państw. Nieśli oni ze sobą nie tylko doświadczenie, ale również poglądy na to jak ona ma wyglądać. Nim jednak przejdę do planów, często bardzo karkołomnych to skupię się na geopolityce i samej geografii.
Polska znalazła się ówcześnie miedzy dwoma państwami, które ewidentnie miały zapędy mocarstwowe. Co prawda były one mocno wyczerpane Wielką Wojną, jednak to wszystko było do czasu. Polska miała szansę się o tym przekonać już w 1919, kiedy wybuchła wojna z Bolszewicką Rosją, z której o mały włos nie wyszliśmy przegrani. Niemcy również nie byli przyjaźnie nastawieni. Tym samym od początku zdawano sobie sprawę, że w przypadku stałości wojna z jednym z tych państw będzie nieunikniona, a może nawet i z dwoma jednocześnie. Kolejną sprawą był sam Bałtyk, morze zamknięte, do którego prowadziła głównie droga przez duńskie cieśniny. Był i jest to akwen: nieprzyjemny do żeglugi, z licznymi rynnami, rzekami morskimi, niesprzyjającymi prądami, którego linia brzegowa nie jest jednakowo urozmaicona, z wieloma mieliznami, płytkimi wodami jak i głębiami, na którym można z powodzeniem się ukryć, ale i które można skutecznie zaminować (pokazały to działania podczas Wielkiej Wojny). Bałtyk był swego rodzajem dosłownie oknem na świat, które w razie konfliktu było istotne pod względem dostaw.
Polska Marynarka Wojenna w II RP – powstanie, plany rozbudowy floty, doktryna morska i to czy miała ona sens.
Kierując się tym na początku opracowywano plany, które zakładały budowę potężnej floty, która mogłaby z powodzeniem walczyć z którymś z wymienionych państw. Pierwszy plan stworzony przez w tedy jeszcze pułkownika Jerzego Świrskiego był stosunkowo nie duży bo zakładał budowę lub zakup: 1 krążownika, 3-4 niszczycieli, 2 okrętów podwodnych, 6 trałowców i 4 ścigaczy artyleryjskich. Nie było to w cale wygórowane, więc i dobrze to przyjęto. Zachęceni tym w DSM stworzyli nowy plan... trochę większy, który zakładał: 2 pancerniki, 6 krążowników, 28 niszczycieli, 45 okrętów podwodnych, 28 trałowców, 54 kutry torpedowe oraz 14 jednostek pomocniczych. Komuś ewidentnie trochę w tedy się odleciało. Spowodowane było to również nadzieją na przyznanie dużej ilości okrętów z dzielonych flot przegranych państw, z czego na skutek głównie sprzeciwu Brytyjczyków (którzy nie chcieli zbytniego wzrostu siły Polski, która była oddanym sojusznikiem Francji), przydzielono nam tylko 6 starych poniemieckich torpedowców. Nie powiodła się także wstępna umowa na odstąpienie przez brytyjską Admiralicję kilku jednostek. To wszystko brutalnie przekreśliło większe plany, tym samym pokazało Polakom, że nie ma co marzyć o byciu znaczną siłą na Bałtyku, która będzie w stanie blokować porty przeciwnika i być hegemonem. W obliczu tego, trzeba było skupić się na obronie 140 km linii wybrzeża.
Polska Marynarka Wojenna w II RP – powstanie, plany rozbudowy floty, doktryna morska i to czy miała ona sens.
Powstał w niedługim czasie przez to kolejny plan, zbliżony wielkością do pierwszego, a także istotne było podpisanie sojuszu z Francją, który był istotnym zapalnikiem do budowy portu w Gdyni, a także do kolejnych planów rozbudowy floty. Mimo ogromnych problemów finansowych, często nieprzychylnej polityki w państwie udało się opierając o ten sojusz zbudować 3 podwodne stawiacze min typu ,,Wilk" i dwa kontrtorpedowce typu ,,Wicher". Jeden i drugi typ jednostek miał sens. Kontrtorpedowce mogły działać przy ochronie sojuszniczych konwojów transportujących zaopatrzenie dla polskiej armii, które były mocno brane pod uwagę, bowiem zdawano sobie sprawę z tego, że lądem dostawy trwają dłużej i mogą być zablokowane na granicy innego państwa (doświadczenie z wojny 1919-1920 roku na przykładzie Czechów). Jeśli chodzi o podwodne stawiacze min, to one oprócz normalnego działania przeciw potencjalnym wrogim jednostkom za pomocą torped, mogły również stawiać małe zapory i pola minowe, czym można było doprowadzić do częściowego paraliżu działań przeciwnika. Przy tym wszystkim istotnym elementem, był aktywny udział sojuszniczej marynarki na co liczono, bowiem bez niej przy sile własnej nie widziano szans na dłuższą walkę. To wszystko jednak było w oparciu o potencjalną wojnę z Rosją, ponieważ przy wojnie z Niemcami te założenia nie miałyby większego sensu.
Polska Marynarka Wojenna w II RP – powstanie, plany rozbudowy floty, doktryna morska i to czy miała ona sens.
Polska Marynarka Wojenna w II RP – powstanie, plany rozbudowy floty, doktryna morska i to czy miała ona sens.
Po średnich doświadczeniach ze stroną francuską, Polska zwróciła się również w stronę innych państw, z czego tym najistotniejszym była Wielka Brytania. To w niej zamówiono 2 duże niszczyciele typu ,,Grom" (idealne do działań konwojowych i żeglugi po Bałtyku), a także miały być zbudowane kolejne jednostki tego rodzaju. Przy dalszym rozwoju i realizacji kolejnych planów postanowiono zbudować kolejne okręty podwodne, czyli te typu ,,Orzeł", które powstały w Holandii (jednostki oceaniczne bardo dobre do dłuższych działań z dala od swojego portu przez dłuższy czas), które również miały swoje uzasadnienie w działaniach w razie konfliktu z Rosją. Trzymając się dalej tej doktryny we Francji powstał Stawiacz min ,,Gryf" , którego rolą miało być zaminowanie wód przy Polskich wybrzeżu, ale i tych, w razie możliwości przy portach przeciwnika i na szlakach. W latach 30 powstało także 6 trałowców, które miały zaś mieć zadanie zlikwidowania min, które mogła postawić flota Radziecka.
Polska Marynarka Wojenna w II RP – powstanie, plany rozbudowy floty, doktryna morska i to czy miała ona sens.
Polska Marynarka Wojenna w II RP – powstanie, plany rozbudowy floty, doktryna morska i to czy miała ona sens.
Polska Marynarka Wojenna w II RP – powstanie, plany rozbudowy floty, doktryna morska i to czy miała ona sens.
Sytuacja jednak uległa zmianie, kiedy to nie Rosja, a Niemcy okazali się tymi, z którymi przyszło walczyć. Tu plany i prawie dwadzieścia lat starań nie na wiele się zdało, bowiem potrzebne dostawy i wsparcie zostało uniemożliwione przez lokalizację wroga, który stał na drodze z cieśnin duńskich do Polski. Zamykając tą bramę, polska flota była zdana na siebie, bez szansy ukrycia się, gdzie siły sojusznicze też nie zamierzały nadstawiać karku i narażać się na niepotrzebne straty. Nie pomogła by wtedy nawet większa liczebność. Jedynym wyjściem było więc wycofanie własnych sił, dając im szansę na dalsze działanie, lub obrona wybrzeża bez szansy jego utrzymania, starając się zadać przeciwnikowi jak największe straty. 
Na koniec nasuwa się jedno pytanie. Czy PMW w czasach II RP była w ogóle potrzebna, czy miała rację bytu? Odpowiedź brzmi TAK. Istotne jednak było to, z kim się walczy i jak własne siły zostaną wykorzystane. ,,Wojna z Rosją Radziecką? Jak najbardziej. Wojna z Niemcami? Też, ale rozsądnie je wykorzystując i starając się uratować chociaż część jednostek, by te mogły walczyć nie będąc bezsensownie zatopione w obronie własnego wybrzeża". Przy tym ostatnim po części ten zabieg się udał po staraniach tych co mieli o tym pojęcie. Po części, bo prawo decyzyjności mieli głównie ci, którzy nie kierowali się zdrowym rozsądkiem.
Polska Marynarka Wojenna w II RP – powstanie, plany rozbudowy floty, doktryna morska i to czy miała ona sens.
Obrazek zwinięty kliknij aby rozwinąć ▼
0.092875003814697