Neony migały chaotycznie, jakby same bały się nadchodzącego.
Zawodzące syreny, błyskające reklamy wszczepów, deszcz z kwaśną nutą – klasyczny wieczór w sektorze Gamma-7.
Wszyscy staliśmy w milczeniu pod ruinami dawnego hipermarketu, gdy pojawił się on.
Nosił zdezelowaną kurtkę z syntoskóry, cyberoko pulsowało na czerwono, a z plecaka wystawała lufa karabinu plazmowego.
Ale to nie broń budziła lęk.
To był Mentos.
Wyciągnął go z opancerzonej kapsuły, jakby to był ostatni artefakt sprzed Upadku.
– To czysty, niefiltrowany miętowy. – mruknął, a jego głos zgrzytnął jak stara taśma magnetyczna.
Ludzie cofnęli się instynktownie. Nawet Łysy, który kiedyś golą ręką zatrzymał drona egzekucyjnego, zaczął się modlić do Algorytmu.
On włożył Mentosa do ust.
Świat zadrżał.
Z naprzeciwka spadł billboard korpoKoli, a automatyczne wieżyczki same się rozbroiły.
A potem… on wyjął puszkę coli. Nie tej syntetycznej, tylko oryginalnej, z czasów przed Radiacyjnym Czyszczeniem.
Ktoś szepnął:
– To samobójstwo…
Nie zareagował. Odkręcił.
Dźwięk był jak piorun w próżni.
Łyk.
Cisza.
Potem wybuch.
Całe osiedle zniknęło w kuli mięty i cukrowego ognia.
Został tylko hologram, który zapętlał się w nieskończoność:
„Mentos – the Freshmaker.”
I zapach… zapach starego świata.
Dla niektórych – nadzieja.
Dla innych – legenda.
Dla niego – poniedziałek.