45
Uzbekistan #6 - koniec
Siema, dzidki!

To ostatnia część serii o podróży po krajach Azji Środkowej. Linki do poprzednich w komentarzu.

Taszkent (stolica Uzbekistanu, 3 miliony mieszkańców). Około ósmej rano wyszedłem z mieszkania. Napisałem właścicielowi, że kluczyk już leży w umówionym miejscu. Do kosza przed blokiem wyrzuciłem resztki arbuza, który stanowił wczorajszą kolację i dzisiejsze śniadanie.
W Uzbekistanie i Kazachstanie arbuzy są tanie i ogromne. Dwunastokilowe bydle kosztuje 15 złotych, a w środku jest tak słodkie, soczyste i pachnące, że arbuzy sprzedawane w Europie wydają się, jakby były tanimi podróbkami. Tylko, że za kilka razy wyższą cenę. Ryż też mają lepszy.
Minusy? Nie da się kupić kawałka arbuza, jak dobrze trafisz, to ktoś na straganie będzie miał nóż i przetnie ci go na pół. Dwa razy zdarzyło mi się, że poprosiłem o ćwiartkę arbuza - w obu przypadkach pani popatrzyła na mnie tak, jakbym zapytał czy mogę kupić tylko pół jabłka.

W metrze panował ogromny tłok. Nic dziwnego, o tej porze wszyscy jadą do pracy albo szkoły. I tak rzadko jest miejsce siedzące, ale tym razem nawet nie byłem pewny czy na stojące się załapię.
Obowiązuje ustępowanie miejsc i wszyscy stojący to młodzi mężczyźni albo chłopcy. Przez kilka dni roglądałem się i patrzyłem na szyby innych pociągów, aby dostrzec choćby jeden wyjątek. Ale nie zdarzyło się.

Metrem dojechałem do centrum, tuż obok głównego bazaru. Potem krótki spacer na pętlę autobusową. W autobusie mogłem się rozsiąść jak sułtan - był prawie pusty. Jechał z centrum na dalekie obrzeża, w porze, o której wszyscy zmierzają w przeciwnym kierunku. Mógłbym nim dojechać do samego przejścia granicznego, ale celowo wysiadłem półtora kilometra wcześniej.
Jako były busiarz musiałem nacieszyć oko i ucho gwarem pogranicza. Strefą, gdzie kantory, tanie jadłodajnie, taksówki, salony operatorów komórkowych, punkty drobnych napraw - występują w większym zagęszczeniu niż gdziekolwiek indziej.

(Nie dotyczy przejść granicznych wewnątrz UE, te są nudne jak historia feminizmu)
Uzbekistan #6 - koniec
Przed granicą wstąpiłem na herbatę w jednej z kafoszek. Wybrałem tę, przed którą na rozgrzanych węglach stał spory kociołek z plovem. Pachniał tak, że nie mogłem przejść obojętnie.
Uzbekistan #6 - koniec
Starsza pani zagadała skąd jestem i co tu robię. Słyszałem za granicą różne skojarzenia z Polską, ale to był mój faworyt - babuszka powiedziała, że w Polsce mamy dobre sery. Wnuk jej koleżanki jakiś czas pracował w Polsce, w mleczarni. Przywiózł trochę serów, które tam powstają i kto spróbował, temu smakowały.
W sumie, dwa razy dostałem w hotelach do śniadania trochę miejscowego sera i rzeczywiście - polskie są wyraźnie lepsze.

Potem przeprawa pieszo przez granicę. Po drugiej stronie złapałem marszrutkę do Szymkentu. Kazachskie marszrutki są większe od uzbeckich. Tą konkretną był Mercedes Vito. Przejazd kosztował coś około 20 zł za 135 kilometrów.

Ostatnim przystankiem był dworzec autobusowy na obrzeżach Szymkentu. Gdy wysiadałem, akurat odjeżdżał autobus do Astrachania. 2500 kilometrów i pewnie ze dwie doby jazdy. Jeśli miejsca na nogi mają tyle, co w nieboszczyku Polskim Busie... Z dworca do hotelu miałem 9 kilometrów. Mógłbym iść, ale to była dobra okazja, aby sprawdzić tutejszy transport publiczny.

W Yandex Maps dało się sprawdzić która linia najlepiej pasuje. Płatność za przejazd tak samo, jak w Astanie - nie da się ani kartą, ani gotówką. Trzeba mieć specjalną aplikację. Nadal ją miałem zainstalowaną, z jakimiś drobniakami na koncie. Pojedynczy przejazd kosztuje 70 tenge (56 groszy).
Uzbekistan #6 - koniec
Uzbekistan #6 - koniec
Centrum Szymkentu, statua Matki Ziemi
Uzbekistan #6 - koniec
Szymkent, widok na miasto z cytadeli
Uzbekistan #6 - koniec
to samo miejsce.

Następnego dnia o szóstej rano miałem pociąg do Aralska. 1100 kilometrów. Miałem sprytny plan - całą noc siedzieć w necie, sortować zdjęcia w telefonach i robić inne pierdoły, byle tylko nie spać. A potem przespać podróż jak dziecko. I rzeczywiście, przespałem jakieś sześć, może siedem z siedemnastu godzin podróży.
Uzbekistan #6 - koniec
Aralsk oficjalnie ma ponad 30 tysięcy mieszkańców. Ale na miejscu wyglądał, jakby nie miał nawet połowy tej liczby. Około północy dotarłem do hotelu. Pieszo, z trudnościami. W Google Maps obiekt nie istnieje, a z zewnątrz wygląda jak zwykły dom. Dobrze, że obok była jakaś impreza na świeżym powietrzu i było kogo zapytać.

Obudziłem się po 9:00 i jak się okazało, przespałem jedyną okazję, aby zobaczyć resztki Morza (Jeziora) Aralskiego. W okolicy ktoś prowadzi firmę, która o siódmej rano zabiera turystów samochodami terenowymi nad brzeg wody. Potem nikt i nic tam nie kursuje. Nawet nie ma taksówek pod stacją kolejową.
Probowałem dotrzeć tam pieszo. Bo długim marszu w czterdziestostopniowym upale doszedłem tam, gdzie według Map Google'a jest już brzeg morza. Ale w rzeczywistości była tam tylko sucha ziemia, a po horyzont nie widać było jakiejkolwiek wody. Zdecydowałem, że dalej już nie idę, bo został mi mniej niż litr wody. W tych warunkach to nie za wiele.
Uzbekistan #6 - koniec
Uzbekistan #6 - koniec
(muzeum odwołujące się do czasów carskiej Rosji)

Wieczorem kolejny pociąg. Czekając na stacji, trafiłem na małżeństwo w wieku moich rodziców, którzy byli bardzo ciekawi jak się żyje w Polsce.
Uzbekistan #6 - koniec
Kandyagasz to kolejne miasto, które oficjalnie ma ponad 30 tysięcy mieszkańców, ale ni cholery na tyle nie wygląda. Wysiadłem przed ósmą rano, kolejny pociąg około 17:00. Liczyłem, że będzie dokąd pójść i co zobaczyć, bo to w końcu punkt przecięcia dwóch magistrali kolejowych.

Ale nie było tam nic wartego obejrzenia.
Uzbekistan #6 - koniec
Uzbekistan #6 - koniec
799 kilometrów do Astrachania.

Jeszcze nigdy nie wyczekiwałem na pociąg z takim utęsknieniem jak wtedy. Następnego dnia rano dotarłem do Atyrau.
Uzbekistan #6 - koniec
Uzbekistan #6 - koniec
Rzeka Ural. Po drugiej stronie już Europa. Miasto Atyrau leży po obu stronach rzeki (jest wielkości Lublina).

Autobusy opłaca się tą samą aplikacją, co w Astanie i Szymkencie. 56 groszy za jeden przejazd.

Podczas dwóch i pół dnia w Atyrau parę razy odpaliłem Tindera. Wpadły mi cztery dopasowania. Tyle samo, co przez cały czas spędzony w Uzbekistanie. Ale to tylko jedno, niespecjalnie duże miasto i mniej niż trzy dni.
Z tej czwórki jedna dziewczyna miała kolorowe włosy i lekką nadwagę, u drugiej na zdjęciach było widać, że ma tatuaże i najprawdopodobniej prowadzi rozrywkowy tryb życia. Dwie pozostałe wydały się normalne.
Z każdą wymieniłem kilka-kilkanaście wiadomości. Co każdemu polecam - jeśli dziewczyna nie do końca ci się podoba, ale chce z tobą rozmawiać, to rozmawiaj. Zawsze to jakiś trening umiejętności społecznych.
W każdym razie, pod każdą poprzednią dzidą z tej serii było pytanie czy ruchałem jakąś Kazaszkę/Uzbeczkę i prawie zawsze komentarz z tym pytaniem miał najwięcej plusów. Tak, jakby to was najbardziej interesowało. Więc odpowiadam, że pozostałem dzidowcem, ale gdybym został w Atyrau kilka dni dłużej, to kto wie. Na pewno szanse byłyby większe niż w Uzbekistanie.

Zmierzając ku końcowi, na zdjęciu poniżej pomnik Chiuaz Dospanowej. Jedynej kazachskiej kobiety, która służyła w lotnictwie ZSRR podczas wojny z Niemcami.
Uzbekistan #6 - koniec
Pochodziła z okolic Atyrau. W 1942 miała 20 lat. Podczas wojny wykonała ponad 300 lotów bojowych (na bombowcach). Służyła na różnych frontach, również w Polsce. Zmarła w 2008 roku.

Pomnik stoi przed wejściem na lotnisko w Atyrau. Stamtąd odleciałem do Kutaisi (Gruzja) tanimi liniami Fly Arystan. Nie polecam tego przewoźnika.

Wylądowałem około 17:00 czasu miejscowego. Zdecydowałem, że nie będę sobie ogarniał tutejszej karty SIM, bo następny lot mam rano, a na lotnisku i tak jest wifi.
Przed lotniskiem stoją autobusy, które za 5 lari (około 7 złotych) podwożą do centrum miasta. Jakieś 20 kilometrów. Nie było za dużo czasu na zwiedzanie, ale wrażenie odniosłem takie, że gdyby Nałęczów miał 140 tysięcy mieszkańców, to by wyglądał jak Kutaisi.

Na bazarze większość sprzedawców to ludzie w wieku 40 - 80 lat. Normalnie dało się z nimi dogadać po rosyjsku. I na przykład zapytać dziadka sprzedającego pamiątki czy te magnesy ze Stalinem to tak na poważnie. (Stalina nie pamiętał, ale był święcie przekonany, że za jego czasów ludziom dobrze się żyło. No i Stalin pokonał faszyzm...)
O to samo zapytałem panią, która trochę dalej też sprzedawała pamiątki. Mogła jeszcze nie mieć 50 lat.
- A z Gorbaczowem pani nie ma? - zapytałem wskazując palcem magnes z twarzą Stalina.
- Nie, jest tylko Stalin. - wzruszyła ramionami
- Albo Matka Boska... - zauważyłem trochę na uboczu coś jakby miniaturową ikonę z cerkwii. Pogadaliśmy jeszcze chwilę, zapytałem jak to jest z tym Stalinem, aż przyznała
- Gruzja to mały kraj. Gdyby nie kojarzyła się ze Stalinem, to turystom nie kojarzyłaby się z niczym.
- Córki gruzińskich królów zostawały żonami cesarzy Bizancjum - rzuciłem obojętnie.
- Poważnie? Pierwsze słyszę.

(córka Bagrata IV była żoną dwóch kolejnych cesarzy)

Dla tych, którzy pytają o miejscową kuchnię, wrzucam zdjęcie z restauracji w Kutaisi
Uzbekistan #6 - koniec
Po lewej chinkali (gruzińskie pierogi - najczęściej z mięsem, ale te były z grzybami). Zjada się je w nietypowy sposób - łapiesz palcami za to miejsce, gdzie ciasto się skleja, nadgryzasz i wypijasz bulion, który jest w środku (właściwie, to go wysysasz). A potem normalnie zjadasz resztę.
Po prawej chaczapuri, czyli pieczony placek, ciasto trochę podobne do pizzy, ale delikatniejsze. Są różne odmiany, to konkretne jest adżarskie, czyli z jajkiem i serem.

Autobusy powrotne na lotnisko odjeżdżają z centrum co dwie godziny. Przed północą byłem znowu na terminalu, a w południe - we własnym domu w Polsce.

Na koniec, z tej całej podróży mam jedno przemyślenie. Podróżowanie jest fajne, ale zamiast tego wolałbym siedzieć w domu, z żoną i dziećmi. I ewentualnie czasami gdzieś z nimi wyjeżdżać na weekend albo wakacje.

Dziękuję za doczytanie do końca i pozytywny odzew. Trzymajcie się.

Pozdrawiam i wypierdalam,
obywatelpiwnicy
Obrazek zwinięty kliknij aby rozwinąć ▼
50
Uzbekistan #5 - Samarkanda, Taszkent i randka z Uzbeczką
"Drugiej randki i tak by nie było, ale przynajmniej teraz wie, dlaczego w Polsce nie lubimy ruskich."

Siema, dzidki!

To przedostatnia część podróży dzidowca po Azji Środkowej. Poprzednia była o szybkiej wizycie w Tadżykistanie. Nie weszła na główną, dlatego zdecydowałem się streszczać i dokończyć.

Na zdjęciu powyżej - Samarkanda, jedna z trzech medres stojących przy Placu Registan. Czym są medresy napisałem dwie dzidy temu.

Miasto jest starsze od Maryli Rodowicz, bo wiadomo, że 2300 lat temu zdobył je Aleksander Wielki. Większość zabytków, które można w nim zobaczyć to rzeczy z czasów Tamerlana albo jego następców.

Tak, Tamerlan, czy jak kto woli, Timur Kulawy, o którym mogliście słyszeć jako o największym zbrodniarzu wojennym i psychopacie średniowiecza - w Samarkandzie ma swój pomnik. I grób.
Uzbekistan #5 - Samarkanda, Taszkent i randka z Uzbeczką
Raczej nie miał takiej korony, jak na pomniku. Panował w latach 1370 - 1405. Z jego rozkazu zbudowano na przykład Mauzoleum Ruhabad, w którym pochowano jakiegoś islamskiego mistyka żyjącego w czasach Timura. W budynku nie byłoby nic ciekawego, gdyby nie to, że to najstarsza budowla w Samarkandzie, która dotrwała do naszych czasów w niezmienionym kształcie.
Uzbekistan #5 - Samarkanda, Taszkent i randka z Uzbeczką
Samego Tamerlana pochowano kilkaset metrów dalej, w innym mauzoleum, bardziej okazałym. Tylko, że tamto na przestrzeni lat popadło w ruinę i odbudowano je w latach 70-tych.

Dla tych, którzy pytają o miejscową kuchnię, poniżej pokazuję plov. Czyli danie z ryżu i wołowiny, bardzo podobne do tego, co w Turcji i na Bałkanach funkcjonuje pod nazwą pilaw.
Parę dni później, przy innej okazji, dowiedziałem się, że zachowałem się jak kompletny burak, nalewając sobie herbaty do pełna. W Uzbekistanie sobie (i ewentualnym gościom) powinno się nalewać mniej niż połowę filiżanki. Aby jak najczęściej dolewać, aby nie dało się wypić za wiele na raz i spędzić przy herbacie jak najwięcej czasu. I w ten sposób okazać gościnność.

Przez cały ten czas, to jest, od dnia, w którym wjechałem do Uzbekistanu, pisałem na Tinderze z pewną Uzbeczką z Taszkentu. Nelya, lat 26, pracuje w jakiejś agencji marketingowej. Podobno zajmuje się głównie prowadzeniem mediów społecznościowych różnych marek, ale oprócz tego robi różne inne "projekty".
Jeszcze przed odjazdem z Buchary, napisałem do niej, że za parę dni znowu będę w Taszkencie. To może się spotkamy i porozmawiamy przy herbacie. Zgodziła się.

Dlatego z Samarkandy do Taszkentu odjeżdżałem nastawiony, że zobaczę nie tylko miasto. Podróż koleją dużych prędkości, o której wspominałem w poprzednich dzidach. Tak wygląda w środku wagon klasy biznes.
Uzbekistan #5 - Samarkanda, Taszkent i randka z Uzbeczką
Wyraźnie lepiej niż w zwykłych pociągach. Rezerwując bilet przez internet możesz sobie od razu kupić posiłek, który ci przyniosą, ale do wyboru są tylko fast foody. Za to raz po wagonach przechodził ktoś z obsługi i sprzedawał lody gałkowe po 30.000 somów za małą porcję (około 9,60 zł).
Drugim razem za darmo rozdawali pakowane w folię drożdżówki, które powstały raczej w fabryce niż w piekarni.

Nocleg w Taszkencie wykupiłem sobie w mieszkaniu na najem krótkoterminowy. Ciekawe, czy u nich to gówno zatruwa rynek nieruchomości w takim stopniu jak u nas. Nie miałem kogo zapytać, kto byłby zorientowany w temacie.
W każdym razie, za 3 noce zapłaciłem, w przeliczeniu, około 270 złotych. Taniej niż niektóre hotele. Normalnie kosztowałoby drożej, ale podobno ktoś w ostatniej chwili odwołal rezerwację i właściciel wystawił z dużym rabatem, żeby nie stało puste. Co wpasowuje się w moją tezę, że w podróżach mam więcej farta niż rozumu.

Właściciel, jak się dowiedział, że jestem z Polski, powiedział mi, że jego córka studiowała we Wrocławiu, a teraz pracuje w Warszawie.

Mieszkanie 20-kilka metrów kwadratowych - jeden spory pokój, maleńka kuchnia i maleńka łazienka. Pierwsze piętro. Jakieś 10 km od głównego dworca. Dzielnica Yunusobod, która najprawdopodobniej jest przeciętną dzielnicą, to znaczy - bez patologii, ale i bez bananów. Na parkingach nie stało nic drogiego.

Z dworca do mieszkania dojechałem metrem.
Uzbekistan #5 - Samarkanda, Taszkent i randka z Uzbeczką
Zdjęcie zrobione następnego dnia. Gdy dojechałem, była niedziela wieczór i humor... to znaczy metro, było wtedy puste. Na wejściu do stacji, jak w przypadku kolei - bramka i skaner. Oraz dwóch strażników.
Sporo jeździłem metrem i ze dwa razy zdarzyło się, że strażnik poprosił, abym otworzył plecak i pokazał zawartość. Po minięciu kontroli bezpieczeństwa, podchodzi się do bramek i płaci za wstęp zbliżając kartę do terminala.
Uzbekistan #5 - Samarkanda, Taszkent i randka z Uzbeczką
1700 somów (około 55 groszy) za wstęp. Niezależnie czy wyjdziesz na następnej stacji, czy na drugim końcu miasta. Są cztery linie, a przejść z jednej na drugą da się bez wychodzenia za bramki (czyli bez dodatkowej opłaty).

Schemat linii i przystanków jest na każdej stacji i w każdym wagonie. Zawsze z zaznaczeniem, gdzie się znajdujesz. Więc nawet będąc kompletnie obcym, w każdej chwili wiesz, gdzie jesteś.
W wagonach wyświetla się nazwa następnej stacji, a z głośnika lecą komunikaty po uzbecku, rosyjsku i angielsku. Napisy też w trzech językach. Dzięki temu zaczynałem już łapać niektóre uzbeckie słowa.
Uzbekistan #5 - Samarkanda, Taszkent i randka z Uzbeczką
(widok z wieży telewizyjnej)

A co do tej randki z Tindera - spotkałem się z Nelyą o umówionej godzinie na Placu Przyjaźni Narodów. Zaopatrzywszy się wcześniej w bukiet kwiatów (w krajach poradzieckich kwiaty mają większe znaczenie niż u nas. Nie wiem dlaczego, ale tak jest). Najpierw poszliśmy na herbatę, potem do "Magicznego Miasteczka" (taki park rozrywki, z atrakcjami dla rodzin z dziećmi, oceanarium itp.). Wszystko trwało łącznie około 4 godziny.

Pewnie ktoś chciałby zapytać, czy zabrałem ją do tego 20-metrowego apartamentu na Yunusobodzie i czy rano zrobiłem jej śniadanie. Otóż nie. W Uzbeckich warunkach (konserwatywny, muzułmański kraj) coś takiego na pierwszej randce prawdopodobnie się nie zdarza. A już na pewno nie zdarza się ludziom z moim ryjem, zakolami i nadwagą. I dziewczynom mieszkającym z rodzicami, którzy zapytają dlaczego wróciła z randki następnego dnia.

Przed spotkaniem najbardziej stresowałem się tym, jak wypadnę rozmawiając po rosyjsku. Mówię z błędami (uczyłem się z muzyki i filmów, a nie szkoły). Nelya jeszcze podczas pisania na Tinderze proponowała, że możemy rozmawiać po angielsku, ale przejście na ten język traktowałbym jak poddanie się. To tak jak gdy idziesz po chodniku i starasz się nie nadepnąć tam, gdzie płyty się stykają. Niby wiesz, że nic się nie stanie, jeśli to zrobisz, ale czasami wolisz tego unikać...
W każdym razie, jakoś podołałem. Tylko kilka razy wstawiałem angielskie słowo, gdy nie mogłem sobie przypomnieć ruskiego odpowiednika.

Podsumowując - drugiej randki i tak by nie było, ale przynajmniej teraz wie, dlaczego w Polsce nie lubimy ruskich.
Uzbekistan #5 - Samarkanda, Taszkent i randka z Uzbeczką
(ulica Islama Karimova, a za nią Plac Przyjaźni Narodów. Z wielkim masztem i flagą).
Uzbekistan #5 - Samarkanda, Taszkent i randka z Uzbeczką
Zupa z ciecierzycy. Taka sobie. Da się zjeść, ale mają ciekawsze rzeczy.
Uzbekistan #5 - Samarkanda, Taszkent i randka z Uzbeczką
Kutab - duży, płaski pieróg, smażony na patelni. W środku wołowina. A to białe, to jogurt.
Uzbekistan #5 - Samarkanda, Taszkent i randka z Uzbeczką
Czeburek - daleki krewny samsy, burka i kutaba. Ciasto z mięsem w środku. smażone w taki sposób, że w środku gromadzi się powietrze. Dlatego na początku wygląda na wielkie bydle, ale tak na prawdę jest wielkości kutaba. Czeburka da się zjeść też w innych krajach poradzieckich, zwłaszcza tam, gdzie mieszkają Tatarzy.

Muszę ostrzec, że w niektórych lokalach (w jednym przypadku na dziesięć) doliczają do rachunku "opłatę za obsługę". Tutaj wyniosła 15%. Ogólnie było tanio w porównaniu z gastronomią w Polsce i już miałem zamiar zostawić chłopakom okrągłe 200.000 somów. Ale jak zobaczyłem na paragonie, że sami sobie doliczyli napiwek, to dokładnie przejrzałem portfel i kiesznie, aby wyłożyć wyliczoną sumę i ani soma więcej.
Uzbekistan #5 - Samarkanda, Taszkent i randka z Uzbeczką
Gdy następnym razem spotkam się z czymś takim, koniecznie zapytam, czy gdybym sam sobie poprzynosił wszystko z kuchni do stolika, to miałbym rachunek bez tej opłaty.

W tym miejscu kończę przedostatnią część. Wrzucę jeszcze jedną, o dalszej podróży przez zachodni Kazachstan. Nawet, jeśli ta część nie wejdzie na główną.

W komentarzu dam linki do poprzednich części. Dziękuję za doczytanie do końca. Pozdrawiam i wypierdalam,

obywatelpiwnicy
Obrazek zwinięty kliknij aby rozwinąć ▼
0.090487003326416