Siema, dzidki!
To ostatnia część serii o podróży po krajach Azji Środkowej. Linki do poprzednich w komentarzu.
Taszkent (stolica Uzbekistanu, 3 miliony mieszkańców). Około ósmej rano wyszedłem z mieszkania. Napisałem właścicielowi, że kluczyk już leży w umówionym miejscu. Do kosza przed blokiem wyrzuciłem resztki arbuza, który stanowił wczorajszą kolację i dzisiejsze śniadanie.
W Uzbekistanie i Kazachstanie arbuzy są tanie i ogromne. Dwunastokilowe bydle kosztuje 15 złotych, a w środku jest tak słodkie, soczyste i pachnące, że arbuzy sprzedawane w Europie wydają się, jakby były tanimi podróbkami. Tylko, że za kilka razy wyższą cenę. Ryż też mają lepszy.
Minusy? Nie da się kupić kawałka arbuza, jak dobrze trafisz, to ktoś na straganie będzie miał nóż i przetnie ci go na pół. Dwa razy zdarzyło mi się, że poprosiłem o ćwiartkę arbuza - w obu przypadkach pani popatrzyła na mnie tak, jakbym zapytał czy mogę kupić tylko pół jabłka.
W metrze panował ogromny tłok. Nic dziwnego, o tej porze wszyscy jadą do pracy albo szkoły. I tak rzadko jest miejsce siedzące, ale tym razem nawet nie byłem pewny czy na stojące się załapię.
Obowiązuje ustępowanie miejsc i wszyscy stojący to młodzi mężczyźni albo chłopcy. Przez kilka dni roglądałem się i patrzyłem na szyby innych pociągów, aby dostrzec choćby jeden wyjątek. Ale nie zdarzyło się.
Metrem dojechałem do centrum, tuż obok głównego bazaru. Potem krótki spacer na pętlę autobusową. W autobusie mogłem się rozsiąść jak sułtan - był prawie pusty. Jechał z centrum na dalekie obrzeża, w porze, o której wszyscy zmierzają w przeciwnym kierunku. Mógłbym nim dojechać do samego przejścia granicznego, ale celowo wysiadłem półtora kilometra wcześniej.
Jako były busiarz musiałem nacieszyć oko i ucho gwarem pogranicza. Strefą, gdzie kantory, tanie jadłodajnie, taksówki, salony operatorów komórkowych, punkty drobnych napraw - występują w większym zagęszczeniu niż gdziekolwiek indziej.
(Nie dotyczy przejść granicznych wewnątrz UE, te są nudne jak historia feminizmu)
To ostatnia część serii o podróży po krajach Azji Środkowej. Linki do poprzednich w komentarzu.
Taszkent (stolica Uzbekistanu, 3 miliony mieszkańców). Około ósmej rano wyszedłem z mieszkania. Napisałem właścicielowi, że kluczyk już leży w umówionym miejscu. Do kosza przed blokiem wyrzuciłem resztki arbuza, który stanowił wczorajszą kolację i dzisiejsze śniadanie.
W Uzbekistanie i Kazachstanie arbuzy są tanie i ogromne. Dwunastokilowe bydle kosztuje 15 złotych, a w środku jest tak słodkie, soczyste i pachnące, że arbuzy sprzedawane w Europie wydają się, jakby były tanimi podróbkami. Tylko, że za kilka razy wyższą cenę. Ryż też mają lepszy.
Minusy? Nie da się kupić kawałka arbuza, jak dobrze trafisz, to ktoś na straganie będzie miał nóż i przetnie ci go na pół. Dwa razy zdarzyło mi się, że poprosiłem o ćwiartkę arbuza - w obu przypadkach pani popatrzyła na mnie tak, jakbym zapytał czy mogę kupić tylko pół jabłka.
W metrze panował ogromny tłok. Nic dziwnego, o tej porze wszyscy jadą do pracy albo szkoły. I tak rzadko jest miejsce siedzące, ale tym razem nawet nie byłem pewny czy na stojące się załapię.
Obowiązuje ustępowanie miejsc i wszyscy stojący to młodzi mężczyźni albo chłopcy. Przez kilka dni roglądałem się i patrzyłem na szyby innych pociągów, aby dostrzec choćby jeden wyjątek. Ale nie zdarzyło się.
Metrem dojechałem do centrum, tuż obok głównego bazaru. Potem krótki spacer na pętlę autobusową. W autobusie mogłem się rozsiąść jak sułtan - był prawie pusty. Jechał z centrum na dalekie obrzeża, w porze, o której wszyscy zmierzają w przeciwnym kierunku. Mógłbym nim dojechać do samego przejścia granicznego, ale celowo wysiadłem półtora kilometra wcześniej.
Jako były busiarz musiałem nacieszyć oko i ucho gwarem pogranicza. Strefą, gdzie kantory, tanie jadłodajnie, taksówki, salony operatorów komórkowych, punkty drobnych napraw - występują w większym zagęszczeniu niż gdziekolwiek indziej.
(Nie dotyczy przejść granicznych wewnątrz UE, te są nudne jak historia feminizmu)
Przed granicą wstąpiłem na herbatę w jednej z kafoszek. Wybrałem tę, przed którą na rozgrzanych węglach stał spory kociołek z plovem. Pachniał tak, że nie mogłem przejść obojętnie.
Starsza pani zagadała skąd jestem i co tu robię. Słyszałem za granicą różne skojarzenia z Polską, ale to był mój faworyt - babuszka powiedziała, że w Polsce mamy dobre sery. Wnuk jej koleżanki jakiś czas pracował w Polsce, w mleczarni. Przywiózł trochę serów, które tam powstają i kto spróbował, temu smakowały.
W sumie, dwa razy dostałem w hotelach do śniadania trochę miejscowego sera i rzeczywiście - polskie są wyraźnie lepsze.
Potem przeprawa pieszo przez granicę. Po drugiej stronie złapałem marszrutkę do Szymkentu. Kazachskie marszrutki są większe od uzbeckich. Tą konkretną był Mercedes Vito. Przejazd kosztował coś około 20 zł za 135 kilometrów.
Ostatnim przystankiem był dworzec autobusowy na obrzeżach Szymkentu. Gdy wysiadałem, akurat odjeżdżał autobus do Astrachania. 2500 kilometrów i pewnie ze dwie doby jazdy. Jeśli miejsca na nogi mają tyle, co w nieboszczyku Polskim Busie... Z dworca do hotelu miałem 9 kilometrów. Mógłbym iść, ale to była dobra okazja, aby sprawdzić tutejszy transport publiczny.
W Yandex Maps dało się sprawdzić która linia najlepiej pasuje. Płatność za przejazd tak samo, jak w Astanie - nie da się ani kartą, ani gotówką. Trzeba mieć specjalną aplikację. Nadal ją miałem zainstalowaną, z jakimiś drobniakami na koncie. Pojedynczy przejazd kosztuje 70 tenge (56 groszy).
W sumie, dwa razy dostałem w hotelach do śniadania trochę miejscowego sera i rzeczywiście - polskie są wyraźnie lepsze.
Potem przeprawa pieszo przez granicę. Po drugiej stronie złapałem marszrutkę do Szymkentu. Kazachskie marszrutki są większe od uzbeckich. Tą konkretną był Mercedes Vito. Przejazd kosztował coś około 20 zł za 135 kilometrów.
Ostatnim przystankiem był dworzec autobusowy na obrzeżach Szymkentu. Gdy wysiadałem, akurat odjeżdżał autobus do Astrachania. 2500 kilometrów i pewnie ze dwie doby jazdy. Jeśli miejsca na nogi mają tyle, co w nieboszczyku Polskim Busie... Z dworca do hotelu miałem 9 kilometrów. Mógłbym iść, ale to była dobra okazja, aby sprawdzić tutejszy transport publiczny.
W Yandex Maps dało się sprawdzić która linia najlepiej pasuje. Płatność za przejazd tak samo, jak w Astanie - nie da się ani kartą, ani gotówką. Trzeba mieć specjalną aplikację. Nadal ją miałem zainstalowaną, z jakimiś drobniakami na koncie. Pojedynczy przejazd kosztuje 70 tenge (56 groszy).
Centrum Szymkentu, statua Matki Ziemi
Szymkent, widok na miasto z cytadeli
to samo miejsce.
Następnego dnia o szóstej rano miałem pociąg do Aralska. 1100 kilometrów. Miałem sprytny plan - całą noc siedzieć w necie, sortować zdjęcia w telefonach i robić inne pierdoły, byle tylko nie spać. A potem przespać podróż jak dziecko. I rzeczywiście, przespałem jakieś sześć, może siedem z siedemnastu godzin podróży.
Następnego dnia o szóstej rano miałem pociąg do Aralska. 1100 kilometrów. Miałem sprytny plan - całą noc siedzieć w necie, sortować zdjęcia w telefonach i robić inne pierdoły, byle tylko nie spać. A potem przespać podróż jak dziecko. I rzeczywiście, przespałem jakieś sześć, może siedem z siedemnastu godzin podróży.
Aralsk oficjalnie ma ponad 30 tysięcy mieszkańców. Ale na miejscu wyglądał, jakby nie miał nawet połowy tej liczby. Około północy dotarłem do hotelu. Pieszo, z trudnościami. W Google Maps obiekt nie istnieje, a z zewnątrz wygląda jak zwykły dom. Dobrze, że obok była jakaś impreza na świeżym powietrzu i było kogo zapytać.
Obudziłem się po 9:00 i jak się okazało, przespałem jedyną okazję, aby zobaczyć resztki Morza (Jeziora) Aralskiego. W okolicy ktoś prowadzi firmę, która o siódmej rano zabiera turystów samochodami terenowymi nad brzeg wody. Potem nikt i nic tam nie kursuje. Nawet nie ma taksówek pod stacją kolejową.
Probowałem dotrzeć tam pieszo. Bo długim marszu w czterdziestostopniowym upale doszedłem tam, gdzie według Map Google'a jest już brzeg morza. Ale w rzeczywistości była tam tylko sucha ziemia, a po horyzont nie widać było jakiejkolwiek wody. Zdecydowałem, że dalej już nie idę, bo został mi mniej niż litr wody. W tych warunkach to nie za wiele.
Obudziłem się po 9:00 i jak się okazało, przespałem jedyną okazję, aby zobaczyć resztki Morza (Jeziora) Aralskiego. W okolicy ktoś prowadzi firmę, która o siódmej rano zabiera turystów samochodami terenowymi nad brzeg wody. Potem nikt i nic tam nie kursuje. Nawet nie ma taksówek pod stacją kolejową.
Probowałem dotrzeć tam pieszo. Bo długim marszu w czterdziestostopniowym upale doszedłem tam, gdzie według Map Google'a jest już brzeg morza. Ale w rzeczywistości była tam tylko sucha ziemia, a po horyzont nie widać było jakiejkolwiek wody. Zdecydowałem, że dalej już nie idę, bo został mi mniej niż litr wody. W tych warunkach to nie za wiele.
(muzeum odwołujące się do czasów carskiej Rosji)
Wieczorem kolejny pociąg. Czekając na stacji, trafiłem na małżeństwo w wieku moich rodziców, którzy byli bardzo ciekawi jak się żyje w Polsce.
Wieczorem kolejny pociąg. Czekając na stacji, trafiłem na małżeństwo w wieku moich rodziców, którzy byli bardzo ciekawi jak się żyje w Polsce.
Kandyagasz to kolejne miasto, które oficjalnie ma ponad 30 tysięcy mieszkańców, ale ni cholery na tyle nie wygląda. Wysiadłem przed ósmą rano, kolejny pociąg około 17:00. Liczyłem, że będzie dokąd pójść i co zobaczyć, bo to w końcu punkt przecięcia dwóch magistrali kolejowych.
Ale nie było tam nic wartego obejrzenia.
Ale nie było tam nic wartego obejrzenia.
799 kilometrów do Astrachania.
Jeszcze nigdy nie wyczekiwałem na pociąg z takim utęsknieniem jak wtedy. Następnego dnia rano dotarłem do Atyrau.
Jeszcze nigdy nie wyczekiwałem na pociąg z takim utęsknieniem jak wtedy. Następnego dnia rano dotarłem do Atyrau.
Rzeka Ural. Po drugiej stronie już Europa. Miasto Atyrau leży po obu stronach rzeki (jest wielkości Lublina).
Autobusy opłaca się tą samą aplikacją, co w Astanie i Szymkencie. 56 groszy za jeden przejazd.
Podczas dwóch i pół dnia w Atyrau parę razy odpaliłem Tindera. Wpadły mi cztery dopasowania. Tyle samo, co przez cały czas spędzony w Uzbekistanie. Ale to tylko jedno, niespecjalnie duże miasto i mniej niż trzy dni.
Z tej czwórki jedna dziewczyna miała kolorowe włosy i lekką nadwagę, u drugiej na zdjęciach było widać, że ma tatuaże i najprawdopodobniej prowadzi rozrywkowy tryb życia. Dwie pozostałe wydały się normalne.
Z każdą wymieniłem kilka-kilkanaście wiadomości. Co każdemu polecam - jeśli dziewczyna nie do końca ci się podoba, ale chce z tobą rozmawiać, to rozmawiaj. Zawsze to jakiś trening umiejętności społecznych.
W każdym razie, pod każdą poprzednią dzidą z tej serii było pytanie czy ruchałem jakąś Kazaszkę/Uzbeczkę i prawie zawsze komentarz z tym pytaniem miał najwięcej plusów. Tak, jakby to was najbardziej interesowało. Więc odpowiadam, że pozostałem dzidowcem, ale gdybym został w Atyrau kilka dni dłużej, to kto wie. Na pewno szanse byłyby większe niż w Uzbekistanie.
Zmierzając ku końcowi, na zdjęciu poniżej pomnik Chiuaz Dospanowej. Jedynej kazachskiej kobiety, która służyła w lotnictwie ZSRR podczas wojny z Niemcami.
Autobusy opłaca się tą samą aplikacją, co w Astanie i Szymkencie. 56 groszy za jeden przejazd.
Podczas dwóch i pół dnia w Atyrau parę razy odpaliłem Tindera. Wpadły mi cztery dopasowania. Tyle samo, co przez cały czas spędzony w Uzbekistanie. Ale to tylko jedno, niespecjalnie duże miasto i mniej niż trzy dni.
Z tej czwórki jedna dziewczyna miała kolorowe włosy i lekką nadwagę, u drugiej na zdjęciach było widać, że ma tatuaże i najprawdopodobniej prowadzi rozrywkowy tryb życia. Dwie pozostałe wydały się normalne.
Z każdą wymieniłem kilka-kilkanaście wiadomości. Co każdemu polecam - jeśli dziewczyna nie do końca ci się podoba, ale chce z tobą rozmawiać, to rozmawiaj. Zawsze to jakiś trening umiejętności społecznych.
W każdym razie, pod każdą poprzednią dzidą z tej serii było pytanie czy ruchałem jakąś Kazaszkę/Uzbeczkę i prawie zawsze komentarz z tym pytaniem miał najwięcej plusów. Tak, jakby to was najbardziej interesowało. Więc odpowiadam, że pozostałem dzidowcem, ale gdybym został w Atyrau kilka dni dłużej, to kto wie. Na pewno szanse byłyby większe niż w Uzbekistanie.
Zmierzając ku końcowi, na zdjęciu poniżej pomnik Chiuaz Dospanowej. Jedynej kazachskiej kobiety, która służyła w lotnictwie ZSRR podczas wojny z Niemcami.
Pochodziła z okolic Atyrau. W 1942 miała 20 lat. Podczas wojny wykonała ponad 300 lotów bojowych (na bombowcach). Służyła na różnych frontach, również w Polsce. Zmarła w 2008 roku.
Pomnik stoi przed wejściem na lotnisko w Atyrau. Stamtąd odleciałem do Kutaisi (Gruzja) tanimi liniami Fly Arystan. Nie polecam tego przewoźnika.
Wylądowałem około 17:00 czasu miejscowego. Zdecydowałem, że nie będę sobie ogarniał tutejszej karty SIM, bo następny lot mam rano, a na lotnisku i tak jest wifi.
Przed lotniskiem stoją autobusy, które za 5 lari (około 7 złotych) podwożą do centrum miasta. Jakieś 20 kilometrów. Nie było za dużo czasu na zwiedzanie, ale wrażenie odniosłem takie, że gdyby Nałęczów miał 140 tysięcy mieszkańców, to by wyglądał jak Kutaisi.
Na bazarze większość sprzedawców to ludzie w wieku 40 - 80 lat. Normalnie dało się z nimi dogadać po rosyjsku. I na przykład zapytać dziadka sprzedającego pamiątki czy te magnesy ze Stalinem to tak na poważnie. (Stalina nie pamiętał, ale był święcie przekonany, że za jego czasów ludziom dobrze się żyło. No i Stalin pokonał faszyzm...)
O to samo zapytałem panią, która trochę dalej też sprzedawała pamiątki. Mogła jeszcze nie mieć 50 lat.
- A z Gorbaczowem pani nie ma? - zapytałem wskazując palcem magnes z twarzą Stalina.
- Nie, jest tylko Stalin. - wzruszyła ramionami
- Albo Matka Boska... - zauważyłem trochę na uboczu coś jakby miniaturową ikonę z cerkwii. Pogadaliśmy jeszcze chwilę, zapytałem jak to jest z tym Stalinem, aż przyznała
- Gruzja to mały kraj. Gdyby nie kojarzyła się ze Stalinem, to turystom nie kojarzyłaby się z niczym.
- Córki gruzińskich królów zostawały żonami cesarzy Bizancjum - rzuciłem obojętnie.
- Poważnie? Pierwsze słyszę.
(córka Bagrata IV była żoną dwóch kolejnych cesarzy)
Dla tych, którzy pytają o miejscową kuchnię, wrzucam zdjęcie z restauracji w Kutaisi
Pomnik stoi przed wejściem na lotnisko w Atyrau. Stamtąd odleciałem do Kutaisi (Gruzja) tanimi liniami Fly Arystan. Nie polecam tego przewoźnika.
Wylądowałem około 17:00 czasu miejscowego. Zdecydowałem, że nie będę sobie ogarniał tutejszej karty SIM, bo następny lot mam rano, a na lotnisku i tak jest wifi.
Przed lotniskiem stoją autobusy, które za 5 lari (około 7 złotych) podwożą do centrum miasta. Jakieś 20 kilometrów. Nie było za dużo czasu na zwiedzanie, ale wrażenie odniosłem takie, że gdyby Nałęczów miał 140 tysięcy mieszkańców, to by wyglądał jak Kutaisi.
Na bazarze większość sprzedawców to ludzie w wieku 40 - 80 lat. Normalnie dało się z nimi dogadać po rosyjsku. I na przykład zapytać dziadka sprzedającego pamiątki czy te magnesy ze Stalinem to tak na poważnie. (Stalina nie pamiętał, ale był święcie przekonany, że za jego czasów ludziom dobrze się żyło. No i Stalin pokonał faszyzm...)
O to samo zapytałem panią, która trochę dalej też sprzedawała pamiątki. Mogła jeszcze nie mieć 50 lat.
- A z Gorbaczowem pani nie ma? - zapytałem wskazując palcem magnes z twarzą Stalina.
- Nie, jest tylko Stalin. - wzruszyła ramionami
- Albo Matka Boska... - zauważyłem trochę na uboczu coś jakby miniaturową ikonę z cerkwii. Pogadaliśmy jeszcze chwilę, zapytałem jak to jest z tym Stalinem, aż przyznała
- Gruzja to mały kraj. Gdyby nie kojarzyła się ze Stalinem, to turystom nie kojarzyłaby się z niczym.
- Córki gruzińskich królów zostawały żonami cesarzy Bizancjum - rzuciłem obojętnie.
- Poważnie? Pierwsze słyszę.
(córka Bagrata IV była żoną dwóch kolejnych cesarzy)
Dla tych, którzy pytają o miejscową kuchnię, wrzucam zdjęcie z restauracji w Kutaisi
Po lewej chinkali (gruzińskie pierogi - najczęściej z mięsem, ale te były z grzybami). Zjada się je w nietypowy sposób - łapiesz palcami za to miejsce, gdzie ciasto się skleja, nadgryzasz i wypijasz bulion, który jest w środku (właściwie, to go wysysasz). A potem normalnie zjadasz resztę.
Po prawej chaczapuri, czyli pieczony placek, ciasto trochę podobne do pizzy, ale delikatniejsze. Są różne odmiany, to konkretne jest adżarskie, czyli z jajkiem i serem.
Autobusy powrotne na lotnisko odjeżdżają z centrum co dwie godziny. Przed północą byłem znowu na terminalu, a w południe - we własnym domu w Polsce.
Na koniec, z tej całej podróży mam jedno przemyślenie. Podróżowanie jest fajne, ale zamiast tego wolałbym siedzieć w domu, z żoną i dziećmi. I ewentualnie czasami gdzieś z nimi wyjeżdżać na weekend albo wakacje.
Dziękuję za doczytanie do końca i pozytywny odzew. Trzymajcie się.
Pozdrawiam i wypierdalam,
obywatelpiwnicy
Po prawej chaczapuri, czyli pieczony placek, ciasto trochę podobne do pizzy, ale delikatniejsze. Są różne odmiany, to konkretne jest adżarskie, czyli z jajkiem i serem.
Autobusy powrotne na lotnisko odjeżdżają z centrum co dwie godziny. Przed północą byłem znowu na terminalu, a w południe - we własnym domu w Polsce.
Na koniec, z tej całej podróży mam jedno przemyślenie. Podróżowanie jest fajne, ale zamiast tego wolałbym siedzieć w domu, z żoną i dziećmi. I ewentualnie czasami gdzieś z nimi wyjeżdżać na weekend albo wakacje.
Dziękuję za doczytanie do końca i pozytywny odzew. Trzymajcie się.
Pozdrawiam i wypierdalam,
obywatelpiwnicy