Obrazek zwinięty kliknij aby rozwinąć ▼
Jak ktoś mówi „ruch narodowy w II RP”, to większość ludzi ma w głowie endecję, Dmowskiego, ONR, Falangę, katolickie hasła, marsze, orły, krzyże i ogólnie klimat: „Polak-katolik, Niemiec zły, komunista jeszcze gorszy”.
Czyli klasyczny zestaw skojarzeń: msza, sztandar, narodowa demokracja, trochę romantycznej martyrologii, trochę ulicznej energii i bardzo dużo przekonania, że historia Polski to głównie pasmo krzywd, które trzeba godnie wspominać.
Ale obok tego wszystkiego istniał nurt, który kompletnie nie pasował do tej szufladki.
Czyli klasyczny zestaw skojarzeń: msza, sztandar, narodowa demokracja, trochę romantycznej martyrologii, trochę ulicznej energii i bardzo dużo przekonania, że historia Polski to głównie pasmo krzywd, które trzeba godnie wspominać.
Ale obok tego wszystkiego istniał nurt, który kompletnie nie pasował do tej szufladki.
Nie był katolicki.
Nie był endecki w klasycznym sensie.
Nie chciał budować narodu na kulcie klęski.
Nie marzył o Polsce jako wielkim muzeum cierpienia.
Tym nurtem była Zadruga, a jej najważniejszą postacią był Jan Stachniuk.
Nie był endecki w klasycznym sensie.
Nie chciał budować narodu na kulcie klęski.
Nie marzył o Polsce jako wielkim muzeum cierpienia.
Tym nurtem była Zadruga, a jej najważniejszą postacią był Jan Stachniuk.
I to jest jeden z tych przypadków, kiedy polska historia idei robi nagle zwrot o 90 stopni i okazuje się, że w II RP istniał narodowy myśliciel, który zamiast pytać: „jak pięknie cierpieć?”, pytał: „jak stworzyć naród zdolny do zwycięstwa?”.
Stachniuk urodził się w 1905 roku, był filozofem, publicystą, twórcą ruchu Zadruga i autorem koncepcji kulturalizmu oraz pojęcia wspakultury. Wokół pisma „Zadruga”, wydawanego od końca lat 30., uformował się niewielki, ale bardzo oryginalny nurt polskiej myśli narodowej.
I nie, to nie była grupka ludzi od przebierania się za Słowian i robienia zdjęć z rogiem przy ognisku.
Zadruga była próbą stworzenia zupełnie innej wizji narodu.
Dla Stachniuka naród nie miał być wspólnotą wiecznej żałoby. Nie miał być grupą ludzi, którzy co roku odtwarzają te same klęski, te same pogrzeby, te same rocznice i te same westchnienia, że „znowu nas zdradzili”.
Naród miał być wspólnotą czynu.
Nie naród-klęcznik.
Nie naród-muzeum.
Nie naród-wieczna rana.
Naród-kuźnia.
Stachniuk urodził się w 1905 roku, był filozofem, publicystą, twórcą ruchu Zadruga i autorem koncepcji kulturalizmu oraz pojęcia wspakultury. Wokół pisma „Zadruga”, wydawanego od końca lat 30., uformował się niewielki, ale bardzo oryginalny nurt polskiej myśli narodowej.
I nie, to nie była grupka ludzi od przebierania się za Słowian i robienia zdjęć z rogiem przy ognisku.
Zadruga była próbą stworzenia zupełnie innej wizji narodu.
Dla Stachniuka naród nie miał być wspólnotą wiecznej żałoby. Nie miał być grupą ludzi, którzy co roku odtwarzają te same klęski, te same pogrzeby, te same rocznice i te same westchnienia, że „znowu nas zdradzili”.
Naród miał być wspólnotą czynu.
Nie naród-klęcznik.
Nie naród-muzeum.
Nie naród-wieczna rana.
Naród-kuźnia.
W centrum jego myślenia stała kultura, ale nie rozumiana jako elegancka dekoracja do akademii ku czci. Nie kultura jako stroje ludowe, recytacje i ładne obrazki do podręcznika.
Kultura u Stachniuka była narzędziem walki człowieka ze światem. Sposobem, w jaki wspólnota organizuje energię, pracę, twórczość, technikę, instytucje i charakter. W jego ujęciu kultura miała być siłą sprawczą, czymś, co pozwala narodowi rosnąć, budować i przekształcać rzeczywistość.
I tutaj wchodzi pojęcie, które brzmi jak idealny tytuł dla diagnozy polskich chorób: wspakultura.
Wspakultura to u Stachniuka wszystko to, co odwraca człowieka od twórczego działania. Wszystko, co uczy bierności, rezygnacji, pogardy dla siły, ucieczki od świata, zachwytu nad cierpieniem i podejrzliwości wobec sukcesu.
Czyli mniej więcej ten moment, w którym ktoś widzi człowieka próbującego coś zbudować i zamiast pomóc, mówi:
„A po co?”
„Nie uda się.”
„Jeszcze się wychylisz.”
„Lepiej spokojnie przeczekać.”
„Najważniejsze, żeby było moralnie pięknie, nawet jak praktycznie bez sensu.”
Stachniuk patrzył na to i mówił: właśnie dlatego przegrywamy.
Bo wspólnota, która potrafi tylko cierpieć, ale nie potrafi tworzyć, staje się zakładnikiem własnej historii.
Kultura u Stachniuka była narzędziem walki człowieka ze światem. Sposobem, w jaki wspólnota organizuje energię, pracę, twórczość, technikę, instytucje i charakter. W jego ujęciu kultura miała być siłą sprawczą, czymś, co pozwala narodowi rosnąć, budować i przekształcać rzeczywistość.
I tutaj wchodzi pojęcie, które brzmi jak idealny tytuł dla diagnozy polskich chorób: wspakultura.
Wspakultura to u Stachniuka wszystko to, co odwraca człowieka od twórczego działania. Wszystko, co uczy bierności, rezygnacji, pogardy dla siły, ucieczki od świata, zachwytu nad cierpieniem i podejrzliwości wobec sukcesu.
Czyli mniej więcej ten moment, w którym ktoś widzi człowieka próbującego coś zbudować i zamiast pomóc, mówi:
„A po co?”
„Nie uda się.”
„Jeszcze się wychylisz.”
„Lepiej spokojnie przeczekać.”
„Najważniejsze, żeby było moralnie pięknie, nawet jak praktycznie bez sensu.”
Stachniuk patrzył na to i mówił: właśnie dlatego przegrywamy.
Bo wspólnota, która potrafi tylko cierpieć, ale nie potrafi tworzyć, staje się zakładnikiem własnej historii.
Można się ze Stachniukiem spierać. Można uważać go za myśliciela radykalnego. Można nie zgadzać się z jego ostrą krytyką chrześcijaństwa czy diagnozą polskiej mentalności. Ale trudno odmówić mu jednego: próbował odpowiedzieć na pytanie, dlaczego Polacy tak często potrafili pięknie przegrywać, a tak rzadko konsekwentnie budować trwałą siłę.
I właśnie dlatego Zadruga jest tak ciekawa.
Bo to był ruch narodowy, który nie mówił: „wróćmy do przeszłości i zamieszkajmy w niej na zawsze”.
Mówił raczej: weźmy mit, historię, słowiańską wyobraźnię i energię wspólnoty, ale użyjmy ich jako paliwa do budowania przyszłości.
Nie folklor dla folkloru.
Nie cierpienie dla cierpienia.
Nie pamięć jako ciężar przywiązany do nóg.
Mit jako paliwo.
Kultura jako narzędzie.
Naród jako zadanie.
To jest zasadnicza różnica.
W klasycznym polskim romantycznym odruchu bardzo często wielkość mierzy się skalą ofiary. Im więcej cierpienia, tym więcej moralnej chwały. Im większa klęska, tym większy pomnik.
Stachniuk odwracał ten schemat.
Dla niego wartość narodu nie polegała na tym, że umie wzruszająco umierać. Polegała na tym, czy umie tworzyć, organizować się, zwyciężać, przetwarzać świat i zostawiać po sobie dzieło.
Nie chodziło mu o naród, który tylko pamięta.
Chodziło mu o naród, który działa.
I dlatego Zadruga, mimo że była nurtem niszowym, jest jednym z najciekawszych eksperymentów w historii polskiej myśli narodowej. Nie dlatego, że była masowa. Nie była. Nie dlatego, że przejęła władzę nad wyobraźnią II RP. Nie przejęła.
Ale dlatego, że pokazała, iż polska myśl narodowa nie musiała zawsze iść jednym torem.
Mogła być niekatolicka.
Mogła być antyklęskowa.
Mogła być twórcza.
Mogła mówić o sile kultury, a nie tylko o krzywdzie historii.
Mogła szukać przyszłości, zamiast tylko odprawiać kolejne nabożeństwo nad przeszłością.
Zadruga była próbą stworzenia polskiego nacjonalizmu bez kultu porażki.
I właśnie dlatego warto ją przypominać.
Bo w świecie, w którym często mylimy pamięć z programem, cierpienie z siłą, a tożsamość z samym wspominaniem ran, Stachniuk brzmi zaskakująco świeżo.
Nie pytał, jak urządzić kolejną akademię ku czci przegranych bitew.
Pytał, jak wychować ludzi, którzy będą zdolni budować.
Nie chciał Polski, która tylko wspomina.
Chciał Polski, która tworzy.
Dla Zadrugi przeszłość nie była grobem. Była paliwem.
I właśnie dlatego Zadruga jest tak ciekawa.
Bo to był ruch narodowy, który nie mówił: „wróćmy do przeszłości i zamieszkajmy w niej na zawsze”.
Mówił raczej: weźmy mit, historię, słowiańską wyobraźnię i energię wspólnoty, ale użyjmy ich jako paliwa do budowania przyszłości.
Nie folklor dla folkloru.
Nie cierpienie dla cierpienia.
Nie pamięć jako ciężar przywiązany do nóg.
Mit jako paliwo.
Kultura jako narzędzie.
Naród jako zadanie.
To jest zasadnicza różnica.
W klasycznym polskim romantycznym odruchu bardzo często wielkość mierzy się skalą ofiary. Im więcej cierpienia, tym więcej moralnej chwały. Im większa klęska, tym większy pomnik.
Stachniuk odwracał ten schemat.
Dla niego wartość narodu nie polegała na tym, że umie wzruszająco umierać. Polegała na tym, czy umie tworzyć, organizować się, zwyciężać, przetwarzać świat i zostawiać po sobie dzieło.
Nie chodziło mu o naród, który tylko pamięta.
Chodziło mu o naród, który działa.
I dlatego Zadruga, mimo że była nurtem niszowym, jest jednym z najciekawszych eksperymentów w historii polskiej myśli narodowej. Nie dlatego, że była masowa. Nie była. Nie dlatego, że przejęła władzę nad wyobraźnią II RP. Nie przejęła.
Ale dlatego, że pokazała, iż polska myśl narodowa nie musiała zawsze iść jednym torem.
Mogła być niekatolicka.
Mogła być antyklęskowa.
Mogła być twórcza.
Mogła mówić o sile kultury, a nie tylko o krzywdzie historii.
Mogła szukać przyszłości, zamiast tylko odprawiać kolejne nabożeństwo nad przeszłością.
Zadruga była próbą stworzenia polskiego nacjonalizmu bez kultu porażki.
I właśnie dlatego warto ją przypominać.
Bo w świecie, w którym często mylimy pamięć z programem, cierpienie z siłą, a tożsamość z samym wspominaniem ran, Stachniuk brzmi zaskakująco świeżo.
Nie pytał, jak urządzić kolejną akademię ku czci przegranych bitew.
Pytał, jak wychować ludzi, którzy będą zdolni budować.
Nie chciał Polski, która tylko wspomina.
Chciał Polski, która tworzy.
Dla Zadrugi przeszłość nie była grobem. Była paliwem.
W okresie międzywojennym Polska stanęła przed niezwykle trudnym zadaniem budowy własnej Marynarki Wojennej. Po odzyskaniu niepodległości w 1918 roku państwo polskie otrzymało dostęp do Morza Bałtyckiego, jednak odziedziczone wybrzeże było słabo rozwinięte, a kraj nie posiadał nowoczesnej floty zdolnej do obrony interesów morskich. W obliczu rosnących napięć międzynarodowych oraz zagrożenia ze strony Niemiec i Związku Sowieckiego rozpoczęto stopniową rozbudowę Polskiej Marynarki Wojennej. Jednym z najważniejszych efektów tych działań stały się kontrtorpedowce typu „Grom” – ORP „Grom” oraz ORP „Błyskawica”.
Już w latach dwudziestych polskie dowództwo wojskowe dostrzegało znaczenie nowoczesnych niszczycieli, które mogłyby pełnić funkcje eskortowe, patrolowe oraz ofensywne. Morze Bałtyckie, będące stosunkowo niewielkim i płytkim akwenem, wymagało jednostek szybkich, zwrotnych i silnie uzbrojonych. Wcześniejsze doświadczenia związane z budową kontrtorpedowców typu „Wicher” we francuskich stoczniach ujawniły jednak liczne problemy organizacyjne i techniczne. Okręty oddano z dużymi opóźnieniami, a ich parametry nie spełniały wszystkich oczekiwań polskiej marynarki. Dlatego już na początku lat trzydziestych rozpoczęto poszukiwania nowocześniejszych konstrukcji.
Przełom nastąpił w 1934 roku, kiedy ogłoszono nowy przetarg na budowę dwóch nowoczesnych niszczycieli. Tym razem uwagę skierowano ku brytyjskim stoczniom, które cieszyły się światową renomą w zakresie budowy okrętów wojennych. Ostatecznie zwyciężyła oferta stoczni John Samuel White & Co. z Cowes w Wielkiej Brytanii. Umowę podpisano 29 marca 1935 roku, a budowa przebiegała sprawnie i zgodnie z harmonogramem. Dla polskiego dowództwa było to wydarzenie niezwykle ważne – kontrtorpedowce typu „Grom” miały stać się symbolem nowoczesności i rosnących ambicji morskich II Rzeczypospolitej.
Nowe jednostki należały do najnowocześniejszych i najsilniej uzbrojonych niszczycieli w rejonie Morza Bałtyckiego. Okręty osiągały długość ponad 114 metrów i wyporność przekraczającą 2100 ton. Dzięki nowoczesnym turbinom parowym mogły rozwijać prędkość niemal 40 węzłów, co czyniło je jednymi z najszybszych jednostek swojej klasy w Europie. Szczególne wrażenie robiło również ich uzbrojenie. Niszczyciele wyposażono w siedem dział kalibru 120 mm produkcji szwedzkiego koncernu Bofors, nowoczesną artylerię przeciwlotniczą, wyrzutnie torpedowe oraz wyposażenie do stawiania min i zwalczania okrętów podwodnych. Dzięki temu kontrtorpedowce typu „Grom” mogły skutecznie wykonywać zarówno działania ofensywne, jak i obronne.
Istotnym elementem budowy była także współpraca polskiego przemysłu ze stocznią brytyjską. Polska dostarczała część wyposażenia okrętowego, systemów kierowania ogniem, urządzeń optycznych oraz elementów wyposażenia wnętrz. Był to ważny krok w rozwoju krajowego przemysłu zbrojeniowego i dowód na rosnące kompetencje polskich inżynierów oraz konstruktorów.
Pierwszy z okrętów – ORP „Grom” – został zwodowany 20 lipca 1936 roku. Uroczystość miała wyjątkowo podniosły charakter i była szeroko komentowana zarówno w Polsce, jak i w Wielkiej Brytanii. Okręt wszedł do służby w maju 1937 roku, szybko stając się okrętem flagowym Dywizjonu Kontrtorpedowców. Kilka miesięcy później dołączyła do niego bliźniacza ORP „Błyskawica”, która zwodowana 1 października 1936 r., finalnie po pracach wykończeniowych i próbach odbiorczych do służby weszła 25 listopada 1937 r., a jej dowódcą mianowany został Tadeusz Podjazd-Morgenstern.
Już w latach dwudziestych polskie dowództwo wojskowe dostrzegało znaczenie nowoczesnych niszczycieli, które mogłyby pełnić funkcje eskortowe, patrolowe oraz ofensywne. Morze Bałtyckie, będące stosunkowo niewielkim i płytkim akwenem, wymagało jednostek szybkich, zwrotnych i silnie uzbrojonych. Wcześniejsze doświadczenia związane z budową kontrtorpedowców typu „Wicher” we francuskich stoczniach ujawniły jednak liczne problemy organizacyjne i techniczne. Okręty oddano z dużymi opóźnieniami, a ich parametry nie spełniały wszystkich oczekiwań polskiej marynarki. Dlatego już na początku lat trzydziestych rozpoczęto poszukiwania nowocześniejszych konstrukcji.
Przełom nastąpił w 1934 roku, kiedy ogłoszono nowy przetarg na budowę dwóch nowoczesnych niszczycieli. Tym razem uwagę skierowano ku brytyjskim stoczniom, które cieszyły się światową renomą w zakresie budowy okrętów wojennych. Ostatecznie zwyciężyła oferta stoczni John Samuel White & Co. z Cowes w Wielkiej Brytanii. Umowę podpisano 29 marca 1935 roku, a budowa przebiegała sprawnie i zgodnie z harmonogramem. Dla polskiego dowództwa było to wydarzenie niezwykle ważne – kontrtorpedowce typu „Grom” miały stać się symbolem nowoczesności i rosnących ambicji morskich II Rzeczypospolitej.
Nowe jednostki należały do najnowocześniejszych i najsilniej uzbrojonych niszczycieli w rejonie Morza Bałtyckiego. Okręty osiągały długość ponad 114 metrów i wyporność przekraczającą 2100 ton. Dzięki nowoczesnym turbinom parowym mogły rozwijać prędkość niemal 40 węzłów, co czyniło je jednymi z najszybszych jednostek swojej klasy w Europie. Szczególne wrażenie robiło również ich uzbrojenie. Niszczyciele wyposażono w siedem dział kalibru 120 mm produkcji szwedzkiego koncernu Bofors, nowoczesną artylerię przeciwlotniczą, wyrzutnie torpedowe oraz wyposażenie do stawiania min i zwalczania okrętów podwodnych. Dzięki temu kontrtorpedowce typu „Grom” mogły skutecznie wykonywać zarówno działania ofensywne, jak i obronne.
Istotnym elementem budowy była także współpraca polskiego przemysłu ze stocznią brytyjską. Polska dostarczała część wyposażenia okrętowego, systemów kierowania ogniem, urządzeń optycznych oraz elementów wyposażenia wnętrz. Był to ważny krok w rozwoju krajowego przemysłu zbrojeniowego i dowód na rosnące kompetencje polskich inżynierów oraz konstruktorów.
Pierwszy z okrętów – ORP „Grom” – został zwodowany 20 lipca 1936 roku. Uroczystość miała wyjątkowo podniosły charakter i była szeroko komentowana zarówno w Polsce, jak i w Wielkiej Brytanii. Okręt wszedł do służby w maju 1937 roku, szybko stając się okrętem flagowym Dywizjonu Kontrtorpedowców. Kilka miesięcy później dołączyła do niego bliźniacza ORP „Błyskawica”, która zwodowana 1 października 1936 r., finalnie po pracach wykończeniowych i próbach odbiorczych do służby weszła 25 listopada 1937 r., a jej dowódcą mianowany został Tadeusz Podjazd-Morgenstern.
4 stycznia 1938 roku dowództwo nad ORP „Błyskawica” objął komandor podporucznik Włodzimierz Kodrębski. Tego samego dnia zakończono kompletowanie załogi niszczyciela, który początkowo pozostawał jeszcze w tzw. pierwszej rezerwie. Na okręcie prowadzono wówczas ostatnie prace wykończeniowe oraz montaż wyposażenia, między innymi nowoczesnych urządzeń kierowania ogniem produkowanych przez Polskie Zakłady Optyczne. Był to kolejny przykład udziału polskiego przemysłu w wyposażaniu jednej z najnowocześniejszych jednostek Marynarki Wojennej II Rzeczypospolitej.
Po wcieleniu do Dywizjonu Kontrtorpedowców ORP „Błyskawica” rozpoczął regularną kampanię morską. Od lutego 1938 roku załoga uczestniczyła w intensywnych ćwiczeniach i szkoleniach mających przygotować okręt do działań bojowych. Oprócz manewrów prowadzono również wizyty zagraniczne o charakterze reprezentacyjnym. Najbardziej znaną była wspólna wizyta ORP „Błyskawica” i ORP „Grom” w Kopenhadze w sierpniu 1938 roku. Nowoczesne polskie niszczyciele wzbudziły wówczas duże zainteresowanie i stanowiły ważny element budowania prestiżu polskiej bandery na Bałtyku.
Jesienią 1938 roku okręt przeszedł remont gwarancyjny oraz przegląd techniczny w Warsztatach Portowych Marynarki Wojennej. Był to standardowy etap po pierwszych miesiącach intensywnej eksploatacji nowej jednostki. W tym czasie sytuacja międzynarodowa stawała się jednak coraz bardziej napięta. Po zajęciu przez III Rzeszę Kłajpedy w marcu 1939 roku cały Dywizjon Kontrtorpedowców postawiono w stan podwyższonej gotowości bojowej. Okręty rozpoczęły regularne patrole i ćwiczenia, a służba załóg stała się znacznie bardziej wymagająca.
Po wcieleniu do Dywizjonu Kontrtorpedowców ORP „Błyskawica” rozpoczął regularną kampanię morską. Od lutego 1938 roku załoga uczestniczyła w intensywnych ćwiczeniach i szkoleniach mających przygotować okręt do działań bojowych. Oprócz manewrów prowadzono również wizyty zagraniczne o charakterze reprezentacyjnym. Najbardziej znaną była wspólna wizyta ORP „Błyskawica” i ORP „Grom” w Kopenhadze w sierpniu 1938 roku. Nowoczesne polskie niszczyciele wzbudziły wówczas duże zainteresowanie i stanowiły ważny element budowania prestiżu polskiej bandery na Bałtyku.
Jesienią 1938 roku okręt przeszedł remont gwarancyjny oraz przegląd techniczny w Warsztatach Portowych Marynarki Wojennej. Był to standardowy etap po pierwszych miesiącach intensywnej eksploatacji nowej jednostki. W tym czasie sytuacja międzynarodowa stawała się jednak coraz bardziej napięta. Po zajęciu przez III Rzeszę Kłajpedy w marcu 1939 roku cały Dywizjon Kontrtorpedowców postawiono w stan podwyższonej gotowości bojowej. Okręty rozpoczęły regularne patrole i ćwiczenia, a służba załóg stała się znacznie bardziej wymagająca.
W maju 1939 roku ORP „Błyskawica” przeszedł kolejny przegląd dokowy w stoczni gdyńskiej. Po powrocie do służby okręt stał się jednostką flagową dowódcy Dywizjonu Kontrtorpedowców, komandora porucznika Romana Stankiewicza. Jednocześnie wprowadzono specjalne procedury mobilizacyjne. Niszczyciel pozostawał praktycznie w stałej gotowości bojowej — stanowiska artyleryjskie były obsadzone, ograniczono zejścia załogi na ląd, a okręt w każdej chwili mógł otrzymać rozkaz wyjścia w morze.
Mimo rosnącego zagrożenia wojną latem 1939 roku ORP „Błyskawica” nadal pełnił również funkcje reprezentacyjne. Podczas obchodów Dni Morza w Gdyni okręt został udostępniony zwiedzającym, a jego pokład odwiedziły tysiące mieszkańców i turystów. Dla wielu Polaków niszczyciel był symbolem nowoczesności i siły odradzającej się Marynarki Wojennej.
Równocześnie w najwyższych kręgach dowództwa wojskowego trwały dyskusje nad przyszłością polskich okrętów w przypadku wybuchu wojny. Już w maju 1939 roku kontradmirał Jerzy Świrski zaproponował marszałkowi Edwardowi Śmigłemu-Rydzowi plan wysłania najcenniejszych niszczycieli do Wielkiej Brytanii. Pomysł ten był efektem realistycznej oceny sytuacji militarnej — polska flota nie miała szans na długotrwałą walkę z przeważającymi siłami niemieckiej Kriegsmarine i Luftwaffe na zamkniętym akwenie Morza Bałtyckiego.
W tym samym czasie rozpoczęły się polsko-brytyjskie rozmowy sztabowe, podczas których Brytyjczycy zadeklarowali możliwość korzystania przez polskie okręty z baz Royal Navy. Ostatecznie, po długich dyskusjach i pod wpływem nacisków strony brytyjskiej, zgodzono się na realizację planu ewakuacji niszczycieli na Zachód. Decyzja ta doprowadziła później do przeprowadzenia słynnej operacji „Peking”.
30 sierpnia 1939 roku, po uzyskaniu zgody marszałka Edwarda Śmigłego-Rydza, Dowództwo Floty otrzymało rozkaz rozpoczęcia operacji „Peking”. Jej celem było przeprowadzenie trzech polskich niszczycieli — ORP „Błyskawica”, ORP „Grom” i ORP „Burza” — do Wielkiej Brytanii jeszcze przed wybuchem wojny. Dowódca Dywizjonu Kontrtorpedowców, komandor porucznik Roman Stankiewicz, zwołał na pokładzie „Błyskawicy” odprawę dowódców okrętów, po czym około godziny 14:15 polskie niszczyciele opuściły Gdynię. Na czele zespołu płynęła właśnie ORP „Błyskawica”.
Już od pierwszych godzin rejsu polskie okręty były obserwowane przez Niemców. Ich wyjście w morze przechwycił niemiecki nasłuch radiowy, a trasę zespołu śledziły samoloty oraz okręty Kriegsmarine, w tym U-Booty i lekki krążownik „Königsberg”. Mimo ciągłej obserwacji polski dywizjon bezpiecznie przeszedł przez Bałtyk i Kattegat. Rankiem 1 września 1939 roku, gdy okręty znajdowały się już poza bezpośrednim zagrożeniem, na pokładach odebrano wiadomość o niemieckim ataku na Polskę.
Tego samego dnia polskie niszczyciele spotkały brytyjskie jednostki eskortowe HMS „Wanderer” i HMS „Wallace”, które przeprowadziły je do szkockiego portu Leith, a następnie do bazy w Rosyth. Początkowo okręty traktowano formalnie jako jednostki państwa neutralnego odbywające wizytę kurtuazyjną, jednak sytuacja zmieniła się 3 września, gdy Wielka Brytania wypowiedziała wojnę III Rzeszy. Tego dnia komandor Stankiewicz oficjalnie zgłosił gotowość polskich okrętów do wspólnej służby z Royal Navy. ORP „Błyskawica” otrzymał brytyjskie oznaczenie taktyczne H34, a na jego pokład skierowano brytyjskich oficerów łącznikowych, radiooperatorów i specjalistów od łączności.
Więcej o Planie Peking zob. https://jbzd.com.pl/obr/3716440/plan-peking-czyli-wycofanie-czesci-sil-marynarki-ii-rp-do-wielkiej-brytanii
Mimo rosnącego zagrożenia wojną latem 1939 roku ORP „Błyskawica” nadal pełnił również funkcje reprezentacyjne. Podczas obchodów Dni Morza w Gdyni okręt został udostępniony zwiedzającym, a jego pokład odwiedziły tysiące mieszkańców i turystów. Dla wielu Polaków niszczyciel był symbolem nowoczesności i siły odradzającej się Marynarki Wojennej.
Równocześnie w najwyższych kręgach dowództwa wojskowego trwały dyskusje nad przyszłością polskich okrętów w przypadku wybuchu wojny. Już w maju 1939 roku kontradmirał Jerzy Świrski zaproponował marszałkowi Edwardowi Śmigłemu-Rydzowi plan wysłania najcenniejszych niszczycieli do Wielkiej Brytanii. Pomysł ten był efektem realistycznej oceny sytuacji militarnej — polska flota nie miała szans na długotrwałą walkę z przeważającymi siłami niemieckiej Kriegsmarine i Luftwaffe na zamkniętym akwenie Morza Bałtyckiego.
W tym samym czasie rozpoczęły się polsko-brytyjskie rozmowy sztabowe, podczas których Brytyjczycy zadeklarowali możliwość korzystania przez polskie okręty z baz Royal Navy. Ostatecznie, po długich dyskusjach i pod wpływem nacisków strony brytyjskiej, zgodzono się na realizację planu ewakuacji niszczycieli na Zachód. Decyzja ta doprowadziła później do przeprowadzenia słynnej operacji „Peking”.
30 sierpnia 1939 roku, po uzyskaniu zgody marszałka Edwarda Śmigłego-Rydza, Dowództwo Floty otrzymało rozkaz rozpoczęcia operacji „Peking”. Jej celem było przeprowadzenie trzech polskich niszczycieli — ORP „Błyskawica”, ORP „Grom” i ORP „Burza” — do Wielkiej Brytanii jeszcze przed wybuchem wojny. Dowódca Dywizjonu Kontrtorpedowców, komandor porucznik Roman Stankiewicz, zwołał na pokładzie „Błyskawicy” odprawę dowódców okrętów, po czym około godziny 14:15 polskie niszczyciele opuściły Gdynię. Na czele zespołu płynęła właśnie ORP „Błyskawica”.
Już od pierwszych godzin rejsu polskie okręty były obserwowane przez Niemców. Ich wyjście w morze przechwycił niemiecki nasłuch radiowy, a trasę zespołu śledziły samoloty oraz okręty Kriegsmarine, w tym U-Booty i lekki krążownik „Königsberg”. Mimo ciągłej obserwacji polski dywizjon bezpiecznie przeszedł przez Bałtyk i Kattegat. Rankiem 1 września 1939 roku, gdy okręty znajdowały się już poza bezpośrednim zagrożeniem, na pokładach odebrano wiadomość o niemieckim ataku na Polskę.
Tego samego dnia polskie niszczyciele spotkały brytyjskie jednostki eskortowe HMS „Wanderer” i HMS „Wallace”, które przeprowadziły je do szkockiego portu Leith, a następnie do bazy w Rosyth. Początkowo okręty traktowano formalnie jako jednostki państwa neutralnego odbywające wizytę kurtuazyjną, jednak sytuacja zmieniła się 3 września, gdy Wielka Brytania wypowiedziała wojnę III Rzeszy. Tego dnia komandor Stankiewicz oficjalnie zgłosił gotowość polskich okrętów do wspólnej służby z Royal Navy. ORP „Błyskawica” otrzymał brytyjskie oznaczenie taktyczne H34, a na jego pokład skierowano brytyjskich oficerów łącznikowych, radiooperatorów i specjalistów od łączności.
Więcej o Planie Peking zob. https://jbzd.com.pl/obr/3716440/plan-peking-czyli-wycofanie-czesci-sil-marynarki-ii-rp-do-wielkiej-brytanii
Już we wrześniu 1939 roku polskie niszczyciele rozpoczęły pierwsze działania bojowe na wodach Atlantyku i Morza Północnego. Początkowo były to głównie patrole przeciwpodwodne oraz osłona żeglugi. Załogi dopiero uczyły się specyfiki działań na otwartym oceanie, znacznie różniących się od służby na Bałtyku. Podczas jednego z pierwszych patroli załoga „Błyskawicy” dostrzegła obiekt uznany za niemiecki okręt podwodny, co doprowadziło do gwałtownego ataku bombami głębinowymi. Jak się później okazało, prawdopodobnie alarm był fałszywy, co dobrze pokazywało atmosferę napięcia i nerwowości panującą w pierwszych tygodniach wojny.
We wrześniu ORP „Błyskawica” uczestniczył również w próbie eskortowania statku z materiałami wojennymi przeznaczonymi dla walczącej Polski. Rejs zakończył się jednak niepowodzeniem po agresji Związku Sowieckiego na Polskę i wycofaniu zgody Rumunii na transport zaopatrzenia. Okręt powrócił więc do Wielkiej Brytanii i kontynuował służbę u boku Royal Navy.
Pierwsze miesiące działań wojennych ujawniły także pewne problemy konstrukcyjne niszczycieli typu „Grom”. Okręty były bardzo szybkie i silnie uzbrojone, lecz miały trudności ze statecznością podczas ciężkiej pogody na Atlantyku. W rezultacie jesienią 1939 roku skierowano je do stoczni, gdzie przeprowadzono prace mające poprawić ich zachowanie na wzburzonym morzu.
W tym czasie dochodziło również do zmian personalnych na pokładzie ORP „Błyskawica”. Dowódca okrętu, komandor podporucznik Włodzimierz Kodrębski, z powodu problemów zdrowotnych został zastąpiony przez komandora podporucznika Jerzego Umeckiego. Jego dowodzenie szybko zaczęło jednak budzić kontrowersje wśród oficerów i części załogi. Konflikty narastały zwłaszcza po kilku incydentach podczas patroli na Morzu Północnym. Ostatecznie w lutym 1940 roku Umecki został odsunięty od dowodzenia, a nowym dowódcą „Błyskawicy” mianowano komandora podporucznika Stanisława Nahorskiego.
Pomimo trudnych warunków służby ORP „Błyskawica” aktywnie uczestniczył w działaniach wojennych już od pierwszych miesięcy konfliktu. Okręt eskortował alianckie jednostki, osłaniał stawianie pól minowych oraz prowadził patrole przeciwko niemieckim U-Bootom. Załoga wielokrotnie brała również udział w akcjach ratunkowych, ratując marynarzy ze statków zatopionych przez niemieckie miny. Dzięki temu polski niszczyciel szybko zdobył opinię wartościowej i skutecznej jednostki Royal Navy.
We wrześniu ORP „Błyskawica” uczestniczył również w próbie eskortowania statku z materiałami wojennymi przeznaczonymi dla walczącej Polski. Rejs zakończył się jednak niepowodzeniem po agresji Związku Sowieckiego na Polskę i wycofaniu zgody Rumunii na transport zaopatrzenia. Okręt powrócił więc do Wielkiej Brytanii i kontynuował służbę u boku Royal Navy.
Pierwsze miesiące działań wojennych ujawniły także pewne problemy konstrukcyjne niszczycieli typu „Grom”. Okręty były bardzo szybkie i silnie uzbrojone, lecz miały trudności ze statecznością podczas ciężkiej pogody na Atlantyku. W rezultacie jesienią 1939 roku skierowano je do stoczni, gdzie przeprowadzono prace mające poprawić ich zachowanie na wzburzonym morzu.
W tym czasie dochodziło również do zmian personalnych na pokładzie ORP „Błyskawica”. Dowódca okrętu, komandor podporucznik Włodzimierz Kodrębski, z powodu problemów zdrowotnych został zastąpiony przez komandora podporucznika Jerzego Umeckiego. Jego dowodzenie szybko zaczęło jednak budzić kontrowersje wśród oficerów i części załogi. Konflikty narastały zwłaszcza po kilku incydentach podczas patroli na Morzu Północnym. Ostatecznie w lutym 1940 roku Umecki został odsunięty od dowodzenia, a nowym dowódcą „Błyskawicy” mianowano komandora podporucznika Stanisława Nahorskiego.
Pomimo trudnych warunków służby ORP „Błyskawica” aktywnie uczestniczył w działaniach wojennych już od pierwszych miesięcy konfliktu. Okręt eskortował alianckie jednostki, osłaniał stawianie pól minowych oraz prowadził patrole przeciwko niemieckim U-Bootom. Załoga wielokrotnie brała również udział w akcjach ratunkowych, ratując marynarzy ze statków zatopionych przez niemieckie miny. Dzięki temu polski niszczyciel szybko zdobył opinię wartościowej i skutecznej jednostki Royal Navy.
Pierwszym poważnym sprawdzianem bojowym dla ORP „Błyskawica” stała się kampania norweska w 1940 roku. Po niemieckim ataku na Norwegię polski niszczyciel został skierowany w rejon Narwiku, gdzie od 23 kwietnia uczestniczył w działaniach alianckich przeciwko wojskom niemieckim. Okręt ostrzeliwał pozycje wroga na wybrzeżu, eskortował alianckie jednostki i operował w trudnych warunkach fiordów, stale narażony na ataki lotnicze. W czasie walk załoga po raz pierwszy zetknęła się z realiami intensywnej wojny morskiej prowadzonej pod ciągłym zagrożeniem z powietrza.
To właśnie podczas działań pod Narwikiem polska Marynarka Wojenna poniosła jedną z najbardziej bolesnych strat. 4 maja 1940 roku bliźniaczy ORP „Grom”, który zastąpił uszkodzoną „Błyskawicę”, został trafiony przez niemieckie bombowce i zatonął w fiordzie Rombakken. Śmierć wielu marynarzy oraz utrata nowoczesnego niszczyciela była ogromnym ciosem dla polskiej floty. Miejsce utraconej jednostki następnego dnia zajęła „Błyskawica”, która z dużą zajadłością zaczęła ostrzeliwać niemieckie pozycje, sama będą przy tym ostrzeliwana i bombardowana. Działania zakończyła 10 maja, mając na swym koncie zestrzelone 2 bombowce i kilka uszkodzonych.
Po zakończeniu działań w kampanii norweskiej ORP „Błyskawica” niemal natychmiast został skierowany do kolejnej ważnej operacji alianckiej. Po krótkim remoncie, 26 maja 1940 roku, niszczyciel wypłynął w rejon francuskiego wybrzeża, gdzie miał uczestniczyć w osłonie operacji „Dynamo” — ewakuacji Brytyjskiego Korpusu Ekspedycyjnego oraz wojsk francuskich z Dunkierki. Już 27 maja okręt wykonywał zadania osłonowe wokół brytyjskiego krążownika HMS „Galatea”, a nocą z 27 na 28 maja, wspólnie z niszczycielem HMS „Vivacious”, prowadził rozpoznanie podejść do portu w Dunkierce, sprawdzając możliwość prowadzenia ewakuacji bezpośrednio z nabrzeży portowych.
Od 28 maja „Błyskawica”, działając razem z brytyjskim niszczycielem HMS „Vega”, osłaniała północną trasę ewakuacyjną oznaczoną kryptonimem „Y”. Działania odbywały się pod nieustannym zagrożeniem ze strony Luftwaffe oraz niemieckich U-Bootów. W nocy z 28 na 29 maja polski niszczyciel uczestniczył w poszukiwaniu niemieckiego okrętu podwodnego U-62, po czym sam stał się celem ataku. Niemiecki U-Boot U-60 wystrzelił w kierunku alianckich niszczycieli torpedy — jedna z nich minęła dziób „Błyskawicy” w odległości około czterdziestu metrów. Polski okręt wykonał gwałtowny manewr unikowy, a następnie przeprowadził kontratak bombami głębinowymi. Akcję trzeba było jednak przerwać z powodu pojawienia się niemieckiego samolotu.
Jeszcze tego samego dnia ORP „Błyskawica” podjął się niezwykle trudnego zadania odholowania ciężko uszkodzonego przez lotnictwo brytyjskiego niszczyciela HMS „Greyhound”. Na jego pokładzie znajdowało się około pięciuset ewakuowanych żołnierzy. Holowanie do Dover trwało wiele godzin i odbywało się przy bardzo małej prędkości, wynoszącej około pięciu–sześciu węzłów. Po wykonaniu zadania polski okręt natychmiast powrócił do działań bojowych. W nocy z 30 na 31 maja osłaniał uszkodzony francuski niszczyciel „Cyclone”, atakowany przez niemieckie kutry torpedowe Schnellboot. Podczas tej samej akcji załoga „Błyskawicy” uratowała piętnastu rozbitków z zatopionego francuskiego niszczyciela „Sirocco”. Dopiero 2 czerwca 1940 roku okręt powrócił do bazy w Harwich.
To właśnie podczas działań pod Narwikiem polska Marynarka Wojenna poniosła jedną z najbardziej bolesnych strat. 4 maja 1940 roku bliźniaczy ORP „Grom”, który zastąpił uszkodzoną „Błyskawicę”, został trafiony przez niemieckie bombowce i zatonął w fiordzie Rombakken. Śmierć wielu marynarzy oraz utrata nowoczesnego niszczyciela była ogromnym ciosem dla polskiej floty. Miejsce utraconej jednostki następnego dnia zajęła „Błyskawica”, która z dużą zajadłością zaczęła ostrzeliwać niemieckie pozycje, sama będą przy tym ostrzeliwana i bombardowana. Działania zakończyła 10 maja, mając na swym koncie zestrzelone 2 bombowce i kilka uszkodzonych.
Po zakończeniu działań w kampanii norweskiej ORP „Błyskawica” niemal natychmiast został skierowany do kolejnej ważnej operacji alianckiej. Po krótkim remoncie, 26 maja 1940 roku, niszczyciel wypłynął w rejon francuskiego wybrzeża, gdzie miał uczestniczyć w osłonie operacji „Dynamo” — ewakuacji Brytyjskiego Korpusu Ekspedycyjnego oraz wojsk francuskich z Dunkierki. Już 27 maja okręt wykonywał zadania osłonowe wokół brytyjskiego krążownika HMS „Galatea”, a nocą z 27 na 28 maja, wspólnie z niszczycielem HMS „Vivacious”, prowadził rozpoznanie podejść do portu w Dunkierce, sprawdzając możliwość prowadzenia ewakuacji bezpośrednio z nabrzeży portowych.
Od 28 maja „Błyskawica”, działając razem z brytyjskim niszczycielem HMS „Vega”, osłaniała północną trasę ewakuacyjną oznaczoną kryptonimem „Y”. Działania odbywały się pod nieustannym zagrożeniem ze strony Luftwaffe oraz niemieckich U-Bootów. W nocy z 28 na 29 maja polski niszczyciel uczestniczył w poszukiwaniu niemieckiego okrętu podwodnego U-62, po czym sam stał się celem ataku. Niemiecki U-Boot U-60 wystrzelił w kierunku alianckich niszczycieli torpedy — jedna z nich minęła dziób „Błyskawicy” w odległości około czterdziestu metrów. Polski okręt wykonał gwałtowny manewr unikowy, a następnie przeprowadził kontratak bombami głębinowymi. Akcję trzeba było jednak przerwać z powodu pojawienia się niemieckiego samolotu.
Jeszcze tego samego dnia ORP „Błyskawica” podjął się niezwykle trudnego zadania odholowania ciężko uszkodzonego przez lotnictwo brytyjskiego niszczyciela HMS „Greyhound”. Na jego pokładzie znajdowało się około pięciuset ewakuowanych żołnierzy. Holowanie do Dover trwało wiele godzin i odbywało się przy bardzo małej prędkości, wynoszącej około pięciu–sześciu węzłów. Po wykonaniu zadania polski okręt natychmiast powrócił do działań bojowych. W nocy z 30 na 31 maja osłaniał uszkodzony francuski niszczyciel „Cyclone”, atakowany przez niemieckie kutry torpedowe Schnellboot. Podczas tej samej akcji załoga „Błyskawicy” uratowała piętnastu rozbitków z zatopionego francuskiego niszczyciela „Sirocco”. Dopiero 2 czerwca 1940 roku okręt powrócił do bazy w Harwich.
Od 11 czerwca do 14 sierpnia 1940 roku niszczyciel przechodził remont w stoczniach w Cowes i Southampton. Był to ważny etap modernizacji okrętu. Zamontowano nowe uzbrojenie przeciwlotnicze kalibru 76 mm, urządzenia hydrolokacyjne typu ASDIC oraz nowoczesne miotacze bomb głębinowych. Nawet podczas pobytu w stoczni załoga uczestniczyła jednak w działaniach bojowych. 12 sierpnia, podczas niemieckiego nalotu na Portsmouth i Southampton, artylerzyści ORP „Błyskawica” prawdopodobnie zestrzelili jeden z samolotów Luftwaffe.
Po zakończeniu remontu okręt wrócił do eskorty konwojów atlantyckich. 1 września 1940 roku marynarze uratowali rozbitka ze storpedowanego statku „Star Sion”, a już dwa dni później „Błyskawica” odniosła jeden z pierwszych sukcesów w walce z U-Bootami. 3 września o godzinie 13.55 załoga wykryła niemiecki okręt podwodny U-101 i przeprowadziła dwa skuteczne ataki bombami głębinowymi. Uszkodzenia odniesione przez niemiecką jednostkę były na tyle poważne, że U-Boot musiał kilka dni później wrócić do bazy w Lorient.
Jesienią 1940 roku ORP „Błyskawica” wszedł w skład tworzonej przez Brytyjczyków Polskiej Flotylli Niszczycieli operującej na Kanale La Manche. 26 października podczas powrotu do Greenock doszło jednak do groźnego zderzenia z frachtowcem „Kyle Rhea”. Statek uderzył w prawą burtę niszczyciela, powodując poważne uszkodzenia kadłuba poniżej linii wodnej. Remont trwał od 5 listopada do 3 grudnia 1940 roku.
Niedługo po wyjściu ze stoczni okręt ponownie znalazł się w bardzo trudnej sytuacji. Podczas eskortowania konwoju na Atlantyku trafił na sztorm osiągający siłę 10–11 stopni w skali Beauforta. Fale uszkodziły ster, żyrokompas i urządzenia łączności, a część łodzi okrętowych została dosłownie rozbita przez morze. Szczególnie niebezpieczna okazała się awaria rufowego aparatu torpedowego, który obracał się niekontrolowanie wraz z przechyłami okrętu. Dzięki wysiłkowi oficerów i marynarzy udało się jednak opanować sytuację i doprowadzić niszczyciel bezpiecznie do Greenock.
W czerwcu 1941 roku ORP „Błyskawica” został skierowany do Cowes, gdzie rozpoczął długotrwały remont połączony z modernizacją uzbrojenia. Zamontowano wówczas uniwersalne działa kalibru 102 mm przystosowane zarówno do walki z celami nawodnymi, jak i lotniczymi. Remont trwał aż do listopada 1941 roku, po czym okręt powrócił do służby konwojowej na Atlantyku. Od grudnia 1941 do kwietnia 1942 roku eskortował konwoje płynące do Islandii oraz osłaniał między innymi transatlantyk „Queen Elizabeth” i lotniskowiec HMS „Eagle”.
4 kwietnia 1942 roku podczas silnego sztormu ORP „Błyskawica” doznał kolejnych uszkodzeń kadłuba i kotłów, co zmusiło dowództwo do skierowania okrętu na następny remont w stoczniach Southampton, Cowes i Portsmouth. To właśnie w czasie tego postoju doszło do jednego z najbardziej znanych epizodów w historii okrętu.
O tym jednak w części 2 - ostatniej.
Po zakończeniu remontu okręt wrócił do eskorty konwojów atlantyckich. 1 września 1940 roku marynarze uratowali rozbitka ze storpedowanego statku „Star Sion”, a już dwa dni później „Błyskawica” odniosła jeden z pierwszych sukcesów w walce z U-Bootami. 3 września o godzinie 13.55 załoga wykryła niemiecki okręt podwodny U-101 i przeprowadziła dwa skuteczne ataki bombami głębinowymi. Uszkodzenia odniesione przez niemiecką jednostkę były na tyle poważne, że U-Boot musiał kilka dni później wrócić do bazy w Lorient.
Jesienią 1940 roku ORP „Błyskawica” wszedł w skład tworzonej przez Brytyjczyków Polskiej Flotylli Niszczycieli operującej na Kanale La Manche. 26 października podczas powrotu do Greenock doszło jednak do groźnego zderzenia z frachtowcem „Kyle Rhea”. Statek uderzył w prawą burtę niszczyciela, powodując poważne uszkodzenia kadłuba poniżej linii wodnej. Remont trwał od 5 listopada do 3 grudnia 1940 roku.
Niedługo po wyjściu ze stoczni okręt ponownie znalazł się w bardzo trudnej sytuacji. Podczas eskortowania konwoju na Atlantyku trafił na sztorm osiągający siłę 10–11 stopni w skali Beauforta. Fale uszkodziły ster, żyrokompas i urządzenia łączności, a część łodzi okrętowych została dosłownie rozbita przez morze. Szczególnie niebezpieczna okazała się awaria rufowego aparatu torpedowego, który obracał się niekontrolowanie wraz z przechyłami okrętu. Dzięki wysiłkowi oficerów i marynarzy udało się jednak opanować sytuację i doprowadzić niszczyciel bezpiecznie do Greenock.
W czerwcu 1941 roku ORP „Błyskawica” został skierowany do Cowes, gdzie rozpoczął długotrwały remont połączony z modernizacją uzbrojenia. Zamontowano wówczas uniwersalne działa kalibru 102 mm przystosowane zarówno do walki z celami nawodnymi, jak i lotniczymi. Remont trwał aż do listopada 1941 roku, po czym okręt powrócił do służby konwojowej na Atlantyku. Od grudnia 1941 do kwietnia 1942 roku eskortował konwoje płynące do Islandii oraz osłaniał między innymi transatlantyk „Queen Elizabeth” i lotniskowiec HMS „Eagle”.
4 kwietnia 1942 roku podczas silnego sztormu ORP „Błyskawica” doznał kolejnych uszkodzeń kadłuba i kotłów, co zmusiło dowództwo do skierowania okrętu na następny remont w stoczniach Southampton, Cowes i Portsmouth. To właśnie w czasie tego postoju doszło do jednego z najbardziej znanych epizodów w historii okrętu.
O tym jednak w części 2 - ostatniej.
Źródła:
Borowiak M., Polskie Okręty Wojenne w Wielkiej Brytanii 1939-1945, t. 1: Niszczyciel ORP Grom , Oświęcim 2016.
Borowiak M., Plamy na banderze, Warszawa 2008.
Borowiak M., Polska Marynarka Wojenna II Rzeczypospolitej, t. 4: Dywizjon Kontrtorpe dowców 1932-1939, Oświęcim 2021.
Kasperski T., Niszczyciele PMW w walce z U-bootami, ,,Morze Statki i Okręty”, 2015, nr 1, s. 2-12.
Kondracki T., Wielki leksykon uzbrojenia. Wrzesień 1939, t. 6: Niszczyciele ,,Grom” i ,,Błyskawica”, Warszawa 2013.
Kosiarz E., Flota białego orła, Gdańsk 1984.
Makowski A., Plan ,,Peking”- czy polska flota ,,uciekła” do Wielkiej Brytanii w 1939 r. ?, ,,Morze, Statki i Okręty”, 2019, nr 4, s. 74-81.
Nadolny W., Wielki leksykon uzbrojenia. Wrzesień 1939, t. 143: Artyleria okrętowa, Warszawa 2018.
Pertek J., Polskie tradycje morskie. Niszczyciele ,,Grom” i ,,Błyskawica”, z. 31, Gdańsk 1969.
Pertek J., Wielkie dni małej floty, Poznań 2011.
Twardowski M., Encyklopedia okrętów wojennych, t. 24: Niszczyciele typu Grom, cz. 1 Grom Błyskawica, Gdańsk 2002.
Twardowski M., Encyklopedia okrętów wojennych, t. 25: Niszczyciele typu Grom, cz. 2 Grom Błyskawica, Gdańsk 2002.
Borowiak M., Polskie Okręty Wojenne w Wielkiej Brytanii 1939-1945, t. 1: Niszczyciel ORP Grom , Oświęcim 2016.
Borowiak M., Plamy na banderze, Warszawa 2008.
Borowiak M., Polska Marynarka Wojenna II Rzeczypospolitej, t. 4: Dywizjon Kontrtorpe dowców 1932-1939, Oświęcim 2021.
Kasperski T., Niszczyciele PMW w walce z U-bootami, ,,Morze Statki i Okręty”, 2015, nr 1, s. 2-12.
Kondracki T., Wielki leksykon uzbrojenia. Wrzesień 1939, t. 6: Niszczyciele ,,Grom” i ,,Błyskawica”, Warszawa 2013.
Kosiarz E., Flota białego orła, Gdańsk 1984.
Makowski A., Plan ,,Peking”- czy polska flota ,,uciekła” do Wielkiej Brytanii w 1939 r. ?, ,,Morze, Statki i Okręty”, 2019, nr 4, s. 74-81.
Nadolny W., Wielki leksykon uzbrojenia. Wrzesień 1939, t. 143: Artyleria okrętowa, Warszawa 2018.
Pertek J., Polskie tradycje morskie. Niszczyciele ,,Grom” i ,,Błyskawica”, z. 31, Gdańsk 1969.
Pertek J., Wielkie dni małej floty, Poznań 2011.
Twardowski M., Encyklopedia okrętów wojennych, t. 24: Niszczyciele typu Grom, cz. 1 Grom Błyskawica, Gdańsk 2002.
Twardowski M., Encyklopedia okrętów wojennych, t. 25: Niszczyciele typu Grom, cz. 2 Grom Błyskawica, Gdańsk 2002.
Obrazek zwinięty kliknij aby rozwinąć ▼
41
Obrazek zwinięty kliknij aby rozwinąć ▼