Odbyłem pierwszą w tym roku zasiadkę karpiową. Wybrałem się na nią ze znajomym – jednym z tych, z którymi rozmawia się i widzi raz w roku. Łowiliśmy na jeziorze polodowcowym o powierzchni 57 ha, zarządzanym przez PZW. W najgłębszym miejscu woda sięga tam aż 24,5 metra, a ukształtowanie dna przypomina „lej po bombie”. Oznacza to, że brzegi są równe i płytkie, potem następuje stok na kilka metrów głębokości, a dalej rozciąga się już płaskie dno z równym spadkiem aż do samego głęboczka – bez jakichkolwiek górek czy dołków. To zbiornik oligotroficzny, który powoli ulega eutrofizacji. Jezioro otaczają lasy państwowe z zakazem wjazdu i biwakowania – dlatego właśnie wjechałem tam samochodem i rozbiłem obóz.
Przed zasiadką miejsce nie było nęcone. Wędkowanie odbywało się od niedzieli 24 maja do niedzieli 31 maja, a telefon wyłączyłem już w sobotę wieczorem, 23 maja. Lewy zestaw położyłem tuż za stromym stokiem na głębokości 7 metrów, natomiast prawy na 4 metrach, na niewielkiej półce na stoku. Plan był taki, aby każdego karpia holować z pontonu. W jeziorze jest pełno racicznicy (to taka małża), przez co próba holowania ryb z brzegu mogłaby doprowadzić do przecięcia żyłki i uniemożliwić skuteczny lądowanie ryby.
Okazało się, że w południowo-wschodniej części jeziora karpie akurat odbywały tarło, a ja siedziałem w południowo-zachodniej zatoce. Przez to pierwsze dwie doby nie przyniosły żadnego brania. Pozostało mi tylko czekać i mieć nadzieję, że trafiłem na koniec tarła, a nie na jego początek...
Wszystko wskazywało na to, że karpie skończyły już tarło i zaczęły intensywnie żreć. Brań była masa – średnio po pięć na dobę, zarówno w nocy, jak i w ciągu dnia. Taki stan utrzymywał się aż do piątkowego wieczoru 29 maja, kiedy to nad wodę zaczęli zjeżdżać się inni karpiarze.
Do tej pory byliśmy sami na jeziorze. Przez konkurencję innych wędkujących – łącznie z nami nad wodą były teraz cztery ekipy – ryby trochę nam odpuściły. W sumie to nawet dobrze, bo tak duża liczba brań mocno dawała nam już w kość.
Od środy do piątku miałem w podbieraku już 8 ryb, a znajomy uzyskał podobny wynik. Mniejszych sztuk w ogóle nie ważyliśmy ani nie fotografowaliśmy – od razu wypuszczaliśmy je z podbieraka przy pontonie.
A oto kolejne ryby: 14 kg, 16,5 kg oraz 17,5 kg. Nie pamiętam już dokładnie, która na który kij- oba miejsca dawały podobną ilość brań...
Wszystkie ryby po złowieniu oczywiście były wypuszczane z powrotem do wody. To wędkarze nad wodą tworzą łowiska, a nie działacze PZW w swoich biurach – dlatego dbajcie o swoje wody i ryby!
Tymczasem w poniedziałek czas wypierdalać z powrotem do chujowej roboty za gówniane pieniądze, z ludźmi, którzy mnie nienawidzą i których ja nienawidzę. I pamiętajcie, moi drodzy użytkownicy strony z małpą w logo: nawet jeśli całe wasze życie jest tak samo chujowe jak moje, to i tak warto żyć dla tej jednej w waszym życiu pasji, jaką macie – no i też trochę po to, żeby wkurwiać te zjebane łajzy w robocie, co by za dobrze w życiu nie mieli. Dziękuję za Waszą chwilę uwagi, pozdrawiam i wypierdalam!