Do tej pory funkcjonowało studium uwarunkowań, na podstawie którego wykonywano miejscowe plany zagospodarowania przestrzennego. Jeśli jednak dany teren nie miał planu miejscowego, to do każdej inwestycji trzeba było uzyskać warunki zabudowy, czyli słynne WZ-ki. Czas oczekiwania? Minimum trzy miesiące, a jak urząd miał lepszy humor, to tylko rok.
Problemem okazał się sam system wydawania WZ-tek. Na początku gminy często odmawiały ich wydawania, tłumacząc to innym przeznaczeniem terenu w studium. Tyle że studium nigdy nie było aktem prawa miejscowego, więc sądy zaczęły masowo uchylać takie decyzje. I wtedy rozpoczęła się prawdziwa urbanistyczna wolna amerykanka.
Każdy, kto miał kawałek działki i odrobinę fantazji, występował o WZ. A skoro analiza urbanistyczna potrafiła uzasadnić prawie wszystko — zwłaszcza gdy zatrudniło się odpowiednio „kreatywnego” specjalistę — to nagle obok domów wyrastały usługi, hale, magazyny i inne cuda współczesnej myśli przestrzennej. Bo przecież nic tak nie poprawia jakości życia jak warsztat samochodowy za płotem od ogródka.
Żeby ograniczyć ten chaos urbanistyczny — gdzie obok siebie można było znaleźć działkę rolną, przemysłową, usługową i mieszkalną — „mądrzy” politycy wpadli na pomysł stworzenia Planów Ogólnych. Tym razem miało być poważnie, bo Plan Ogólny będzie już aktem prawa miejscowego i ma wyznaczać, gdzie można budować, a gdzie nie.
Pomysł może i nawet sensowny. W teorii. Bo praktyka, jak zwykle, postanowiła pokazać swoją kreatywną interpretację rzeczywistości.
Plan Ogólny różni się od planu miejscowego tym, że zawiera jedynie ogólne informacje. Czyli mimo jego uchwalenia i tak nadal trzeba będzie występować o warunki zabudowy dla wielu inwestycji. Genialne uproszczenie systemu — dodano nowy dokument, ale stare procedury zostawiono, żeby nikt przypadkiem nie poczuł ulgi.
Co najlepsze, proceduralnie sporządzenie planu miejscowego zajmuje podobną ilość czasu co planu ogólnego, a technicznie wymaga może o 50% więcej pracy. Najwięcej czasu i tak zjadają urzędowe procedury, uzgodnienia i papierologia. Czyli zamiast po prostu wymusić sporządzenie planów miejscowych i poprawić przepisy ograniczające urbanistyczną twórczość freestyle’ową, stworzono kolejny poziom biurokratycznego RPG.
Efekt? Masowe składanie wniosków o WZ-ki „na wszelki wypadek”, zanim Plan Ogólny przypadkiem czegoś nie zablokuje. Urzędy zostały sparaliżowane, bo WZ wcześniej wydawano głównie doraźnie, a teraz nagle wszyscy rzucili się po decyzje, jakby rozdawali darmowe działki nad morzem.
Kiedy we wrześniu 2023 roku wprowadzono przepisy o Planach Ogólnych, zaczęło się najlepsze. Najpierw gminy próbowały zrozumieć ustawę. Potem w 2024 roku ruszyły procedury wyboru biur projektowych. Wszystko ciągnęło się miesiącami, a ponieważ termin uchwalenia planów wyznaczono do końca 2025 roku, większość gmin nie była nawet blisko zakończenia prac. Więc termin przesunięto do końca czerwca tego roku, a pewnie zaraz przesuną go znowu — bo skoro coś od początku było nierealne, to przecież najlepszym rozwiązaniem jest udawanie, że nadal się uda.
Poniżej mapa na zielono gminy z uchwalonymi planami, na pomarańczowo gminy które dały projekty do wglądu, a bez obramowania które jeszcze nie mają planu nadającego się do pokazania.