1
„Clap for the Wolfman to piosenka, którą niektórzy mogą pamiętać z lat siedemdziesiątych. Była swego rodzaju muzycznym hołdem dla słynnego, brodatego prezentera radiowego znanego jako Wolfman Jack. Tymczasem mieszkańcy wiejskich okolic Elkhorn mają dziś do czynienia z zupełnie innym człowiekiem-wilkiem, stworzeniem, które ich zdaniem przypomina prawdziwego wilkołaka i z pewnością nie zajmuje się puszczaniem płyt.

Plotki krążyły po miasteczku od mniej więcej dwóch lat, zanim po raz pierwszy o nich usłyszałam. Opowiadano o wilkopodobnym stworzeniu widywanym w pobliżu Bray Road, które miało biegać na dwóch nogach, porywać kurczaki, pożerać zwierzęta potrącone przez samochody i śmiertelnie przerażać miejscowych. Niektórzy z nich, czasem dosłownie, ratowali się ucieczką.”


- fragment z artykułu Tracking down ‘The Beast of Bray Road’, aut. Linda Godfrey.
Bestia z Bray Road, zwana również „wilkołakiem z Wisconsin”, jest bohaterką jednej z najbardziej znanych amerykańskich legend miejskich o istocie przypominającej wilkołaka. Centrum tej opowieści stanowi Bray Road, wiejska droga położona w pobliżu miasteczka Elkhorn, w hrabstwie Walworth. Stan Wisconsin w żaden sposób nie kojarzy się z gotycką scenerią, jakiej można byłoby oczekiwać po opowieściach o wilkołakach. Rozległe pola kukurydzy, farmy i oddalone od siebie o wiele kilometrów gospodarstwa tworzą typowy krajobraz amerykańskiej prowincji. Te zwyczajne okoliczności czynią legendę tak niepokojącą. Potwór nie wyłania się ze starego zamku, czy cmentarza a z miejsc, które za dnia wyglądają całkiem zwyczajnie.
Kompendium strachu: „Bestia z kukurydzianych pól”, Beast of Bray Road, vol. 82
W przeciwieństwie do wilkołaków znanych z dawnych europejskich podań Bestia z Bray Road nie jest związana z klątwą, pełnią księżyca ani przemianą człowieka w wilka. To istota, której legenda narodziła się z lokalnych plotek, relacji kierowców, urzędowych notatek, artykułu prasowego oraz późniejszej pracy dziennikarki Lindy S. Godfrey. Sama Godfrey pisała, że pierwsze osoby, które publicznie opowiedziały o swoich spotkaniach ze stworzeniem, widziały je na Bray Road lub w jej pobliżu. Z tego powodu nazwała je „The Beast of Bray Road”.
Najbardziej klasyczne opisy przedstawiają stworzenie przypominające wilka, lecz nie do końca zwierzęce. Świadkowie wspominali o istocie pokrytej brązową lub szarą sierścią, mającej długi pysk, spiczaste uszy, świecące oczy i potężne pazury. Relacje dotyczące sposobu jej poruszania się były niejednoznaczne. Według niektórych świadków biegała na czterech łapach, według innych chodziła na dwóch nogach. W pierwszym artykule Godfrey z 1991 roku świadek występująca pod imieniem „Barbara” opisywała postać klęczącą przy drodze i pożerającą padlinę. Jej łokcie miały być uniesione, a pazury skierowane na zewnątrz. Kobieta wspominała również o brunatnoszarej sierści, kłach, spiczastych uszach oraz rozmiarach zbliżonych do przeciętnego człowieka.
Kompendium strachu: „Bestia z kukurydzianych pól”, Beast of Bray Road, vol. 82
Autorką drugiej ważnej relacji przytoczonej w pierwotnym artykule była uczennica liceum, której nadano pseudonim „Pat”. Dziewczyna twierdziła, że w mglisty wieczór Halloween potrąciła samochodem nieznane stworzenie. Gdy wysiadła, aby sprawdzić, co się stało, zobaczyła dużą, owłosioną istotę biegnącą w jej kierunku. Według jej relacji stworzenie poruszało się w sposób przypominający bieg na dwóch nogach, ciężko uderzało o ziemię, a następnie chwyciło samochód i pazurami zarysowało tył pojazdu. Dziewczyna nie chciała nazywać go wilkołakiem, określiła je jednak jako „freak of nature” (pol. wybryk natury).
Kompendium strachu: „Bestia z kukurydzianych pól”, Beast of Bray Road, vol. 82
W pierwotnym materiale opublikowanym w „The Week” w dniu 29 grudnia 1991 roku legenda nie występowała jeszcze w postaci w pełni ukształtowanego mitu. Godfrey pisała, że pogłoski krążyły po mieście od około dwóch lat. W okolicach Bray Road opowiadano o wilkopodobnym stworzeniu, które biegało na dwóch nogach, kradło kurczaki, pożerało zwierzęta potrącone przez samochody i straszyło mieszkańców. W tym samym tekście pojawia się również istotny szczegół. Miejscowy humane officer (pol. inspektor ochrony zwierząt) Jon Fredrickson, miał przechowywać w swoich aktach teczkę zatytułowaną „Werewolf”. Zawierała ona notatki dotyczące sześciu lub siedmiu obserwacji, w tym doniesienia o odnalezionych śladach, stworzeniu ze spiczastymi uszami oraz włochatej istocie ścigającej jelenia na dwóch nogach.
Kompendium strachu: „Bestia z kukurydzianych pól”, Beast of Bray Road, vol. 82
Początki legendy o Bestii bywają przesuwane aż do 1936 roku i wiązane z historią Marka Shacklemana, nocnego stróża w St. Coletta School niedaleko Jefferson. Według opublikowanego później opracowania „Milwaukee Magazine” Shackleman miał zobaczyć nocą potężną, wilczą postać kopiącą w starym kopcu. Stworzenie miało następnie stanąć na dwóch nogach, odsłonić kły i wydać dźwięk przypominający coś pomiędzy ludzką mową a warczeniem. Wątek ten ma charakter legendarny i został powiązany z Bestią dopiero z perspektywy czasu. Dobrze jednak pokazuje, w jaki sposób współczesna historia z Elkhorn połączyła się ze znacznie starszym motywem.
Kompendium strachu: „Bestia z kukurydzianych pól”, Beast of Bray Road, vol. 82
Pochodzenie stworzenia pozostaje niewyjaśnione. W rzetelnym ujęciu popularnonaukowym należy jednak wyraźnie rozdzielić dwie warstwy tej historii: legendę oraz możliwe, naturalne wyjaśnienia relacjonowanych zdarzeń. Już w pierwszym artykule Fredrickson sugerował, że tajemnicza bestia mogła być kojotem albo wilkiem. Zauważał również, że wilk lub kojot podczas skoku może sprawiać wrażenie, jakby przez chwilę stał albo poruszał się na dwóch nogach. Wisconsin Department of Natural Resources podaje, że zgłaszane przez mieszkańców obserwacje wilków, także poza obszarami uznawanymi za stale przez nie zamieszkane pomagają biologom identyfikować nowe rejony ich występowania. Monitoring dużych drapieżników opiera się między innymi na analizie tropów, bezpośrednich obserwacjach oraz zgłoszeniach dotyczących konfliktów między zwierzętami a ludźmi.
Obrazek zwinięty kliknij aby rozwinąć ▼
2
„Według relacji zebranych i opublikowanych przez Tony’ego Shielsa, do spotkania miało dojść 17 kwietnia 1976 roku. Dwie dziewczynki twierdziły, że zobaczyły nad kościelną wieżą dużą, skrzydlatą istotę.”

- cytat z The Owlman and Others, aut. Jonathan Downes, Bideford 2006. 
Owlman of Mawnan (pol. Człowiek Sowa z Mawnan) to jedna z ciekawszych brytyjskich kryptyd oraz legend miejskich XX wieku. Współczesna tradycja wiąże tę postać z Kornwalią, krainą o silnych korzeniach celtyckich, gdzie opowieść narodziła się na styku lokalnej sensacji, doniesień prasowych, okultyzmu i folkloru. Jej centrum stały się okolice starego kościoła w Mawnan, niedaleko Falmouth. Według relacji widywano tam ogromną, sowopodobną istotę, unoszącą się nad kościelną wieżą, przemykającą wśród drzew lub krążącą nad cmentarzem.
Kompendium strachu: „Skrzydlate widmo Kornwalii”, Owlman of Mawnan, vol. 81
Pierwsza szeroko znana fala doniesień o tajemniczym stworzeniu pojawiła się w 1976 roku. Kościół św. Mawnana stoi na cyplu, w miejscu, gdzie rzeka Helford uchodzi do morza, wysoko nad wodą i w pobliżu zadrzewionych ścieżek. Oficjalna strona parafii podaje, że świątynię wzniesiono na terenie uznawanym za sakralny już w czasach przedchrześcijańskich, w obrębie dawnego założenia ziemnego.
Owlman jest zwykle opisywany jako istota mniej więcej wzrostu człowieka, lecz obdarzona wyraźnymi cechami ptaka. Ma być pokryty szarymi lub srebrzystoszarymi piórami, mieć ogromne skrzydła, szponiaste kończyny, czerwone, świecące oczy, spiczaste uszy oraz czarne pazury przypominające obcęgi. Jego wygląd zdaje się zacierać granicę między człowiekiem a ptakiem. Jest zbyt wielki, zbyt wyprostowany i zbyt świadomy otoczenia, by można go było bez wahania uznać za zwyczajne zwierzę. Jonathan Downes, w opisie książki The Owlman and Others, przytacza relacje świadków mówiących o „nasty bird-man”, „big owl with pointed ears” oraz czerwonych, jarzących się oczach.
Kompendium strachu: „Skrzydlate widmo Kornwalii”, Owlman of Mawnan, vol. 81
Najbardziej znana wersja legendy rozpoczyna się w Wielkanoc 1976 roku. Dwie dziewczynki, najczęściej przedstawiane jako June i Vicky Melling, miały spędzać z rodziną wakacje w Kornwalii, gdy zobaczyły ogromne, ptasie stworzenie unoszące się nad wieżą kościoła w Mawnan. Według późniejszych przekazów ich ojciec był tak poruszony opowieścią córek, że natychmiast przerwał rodzinny wyjazd. Szkic wykonany przez jedną z dziewczynek trafił następnie do Tony’ego „Doca” Shielsa znanego artysty i iluzjonisty, który interesował się okultyzmem. Serwis The Cornish Bird przedstawia to wydarzenie jako moment, w którym „Owlman of Mawnan Wood” na dobre wkroczył do współczesnego folkloru Kornwalii.
Kompendium strachu: „Skrzydlate widmo Kornwalii”, Owlman of Mawnan, vol. 81
Kilka miesięcy później, w lipcu 1976 roku, pojawiła się kolejna relacja. Dwie czternastoletnie dziewczyny miały zobaczyć podobną istotę podczas biwaku w pobliżu kościoła. Według opisu, który stał się jednym z najczęściej przytaczanych fragmentów legendy, stworzenie przypominało ogromną sowę wielkości człowieka. Miało spiczaste uszy, czerwone oczy, szare pióra i długie, czarne pazury. Początkowo dziewczęta sądziły, że ktoś przebrał się, aby je nastraszyć. Kiedy jednak postać wzbiła się w powietrze i zniknęła między drzewami, ich rozbawienie ustąpiło miejsca przerażeniu.
Podejmowano próby wyjaśnienia historii Owlmana jako przypadku błędnego rozpoznania dużego ptaka. Sowy występują w pobliżu kościołów, ruin i starych wież, a zwierzę widziane po zmroku, nad cmentarzem i w atmosferze strachu może łatwo urosnąć w wyobraźni do rozmiarów nadnaturalnej istoty. The Cornish Bird przywołuje między innymi hipotezę spotkania z dużą sową, na przykład puchaczem lub puszczykiem mszarnym. Jednocześnie źródło zauważa, że powtarzające się przez wiele lat doniesienia utrudniają przyjęcie tak prostego wyjaśnienia.
Kompendium strachu: „Skrzydlate widmo Kornwalii”, Owlman of Mawnan, vol. 81
W kulturze popularnej Owlman funkcjonuje jako brytyjski kuzyn Mothmana, jest jednak od niego bardziej gotycki i mniej apokaliptyczny. Mothman kojarzy się z mostem, katastrofą oraz amerykańską paranoją lat sześćdziesiątych. Owlman należy natomiast do świata kościołów, cmentarzy, gęstych drzew i kornwalijskich krajobrazów naznaczonych pamięcią o dawnym sacrum. Obie istoty mają skrzydła i czerwone oczy, obie też zyskały status współczesnych kryptyd. Owlman pozostaje jednak postacią bardziej lokalną i kameralną. Jest nie tyle zwiastunem końca świata, ile cieniem przemykającym nad kościelną wieżą.
Obrazek zwinięty kliknij aby rozwinąć ▼
2
„Miejscowe opowieści i krótkie filmy utrzymują, że w pobliżu mostu mieszka Pope Lick Monster, stwór będący pół człowiekiem, pół kozą, i wiele osób twierdzi, że go widziało.”

- cytat ze strony The Park Lands (Train Trestle).
Pope Lick Monster, zwany również Goat Manem, należy do kręgu ponurych miejskich legend stanu Kentucky. To istota pół-ludzka, pół-kozia lub pół-owcza, związana z kolejową estakadą nad Pope Lick Creek  we wschodniej części Louisville. Nie jest pradawnym demonem z indiańskich legend ani klasycznym duchem. Bliżej mu do nowoczesnego folkloru: zakładów, nocnych wypraw, torów kolejowych i lokalnego strachu. Oficjalna strona parku The Parklands opisuje tę okolicę jako miejsce, w którym od dawna krążą opowieści o półczłowieku-półkoźle mieszkającym przy estakadzie. Sama konstrukcja wciąż należy do aktywnej, prywatnej linii kolejowej.
Kompendium strachu: „Potwór, który prowadzi pod pociąg”, Pope Lick Monster, vol. 75
Wygląd potwora zmienia się w zależności od przekazu. Najczęściej przedstawia się go jako istotę o zdeformowanym ludzkim tułowiu, koźlich lub owczych nogach, kopytach, sierści, rogach, bladej twarzy, szeroko rozstawionych oczach, haczykowatym nosie i długich, tłustych włosach opadających na czoło. W jednych wersjach jest demonicznym kozłoczłowiekiem, w innych człowiekiem-owcą, a w jeszcze innych przybiera postać bezgłowego mieszańca. Projekt folklorystyczny poświęcony Pope Lick Monsterowi, opublikowany na stronie Ohio State University, zwraca uwagę, że właśnie ta zmienność, koza, owca, hybryda, czasem postać bez głowy, jest jedną z cech żywej tradycji regionu.
Kompendium strachu: „Potwór, który prowadzi pod pociąg”, Pope Lick Monster, vol. 75
Równie ważne jak sam potwór jest jego terytorium. Pope Lick Monster nawiedza wysoką kolejową estakadę, która sama w sobie działa jak narzędzie grozy. The Parklands podaje, że konstrukcja ma około 90 stóp wysokości i 772 stopy długości, a na jej szczycie nie ma bezpiecznego miejsca, w którym można byłoby schronić się przed nadjeżdżającym pociągiem. W klasycznej wersji opowieści najgroźniejszą bronią potwora jest zwabianie ofiar. Mówi się, że hipnotyzuje ludzi, naśladuje znane im głosy albo wydaje dźwięk o syreniej, nienaturalnie przyciągającej jakości. W efekcie człowiek wchodzi na tory i pozostaje tam aż do nadejścia pociągu. W innych wersjach istota spada z konstrukcji na przejeżdżające samochody, wyskakuje spod estakady albo morduje ofiary zardzewiałą, zakrwawioną siekierą.
Kompendium strachu: „Potwór, który prowadzi pod pociąg”, Pope Lick Monster, vol. 75
Najpopularniejsze warianty pochodzenia potwora są typowe dla amerykańskich legend miejskich. Nie tworzą jednej kanonicznej mitologii, lecz kilka sprzecznych opowieści, które wzajemnie się wzmacniają. Według jednej wersji Pope Lick Monster był zdeformowanym człowiekiem lub cyrkowym dziwolągiem, który uciekł po katastrofie pociągu cyrkowego. Według innej był farmerem splamionym zoofilią, ofiarą klątwy albo człowiekiem, który w zamian za mroczną moc składał w ofierze kozy. The Parklands odnotowuje również mniej demoniczne warianty legendy. W nich potwór miał być chemikiem poparzonym w eksplozji, odludkiem albo dziwnym pustelnikiem żyjącym w starej chacie.
Kompendium strachu: „Potwór, który prowadzi pod pociąg”, Pope Lick Monster, vol. 75
Pope Lick Monster jest znakomitym przykładem zjawiska określanego jako legend-tripping. Chodzi o wyprawy do miejsc związanych z legendą, podejmowane po to, by sprawdzić, czy historia jest prawdziwa, przestraszyć znajomych albo udowodnić własną odwagę. W tym przypadku folklor nie kończy się na opowieści przy ognisku. Wymusza działanie, prowadzi ludzi do konkretnego miejsca i każe im wejść w scenariusz legendy. Projekt Ohio State University podkreśla, że z czasem samo chodzenie na estakadę stało się ważniejsze niż spójna treść mitu o potworze.
Obrazek zwinięty kliknij aby rozwinąć ▼
1
„Zbrodnie Juana Díaza de Garayo (Vitoria, 1870–1879) trafiły do kronik kryminalnych. Potem przeszły do romansów i pliegos de cordel, które spopularyzowały legendę ‘El Sacamantecas’. Tak zrodził się potwór równocześnie z gazety i jarmarcznej pieśni.”

- z hiszpańskich opracowań o folklorze i prasie (XIX–XX w.)
Sacamantecas oznacza dosłownie wybieracza tłuszczu (sacar- wyjmować + manteca- tłuszcz). Jest jedną z najbardziej znanych hiszpańskich figur grozy powstałej na styku folkloru i legendy miejskiej. W opowieściach i w prasie kryminalnej to postać, która porywa ludzi, by „wyjąć z nich tłuszcz”. Rzekomo w celu uzyskania materiału do maści leczniczych, kosmetyków czy nawet do smarowania maszyn. 

W starszych wariantach ludowych Sacamantecas jest bezkształtną figurą z zewnątrz. Czasem mężczyzną w długim płaszczu, czasem z workiem, czasem występuje w duecie z czarownicą lub znachorem. Nie ma jednego kanonicznego wyglądu, jego tożsamość jest pusta i pojemna. Można w nią włożyć obcego przechodnia, wędrownego handlarza, nocnego robotnika. Istotą jest funkcja: kradnie ciało, a raczej jego „kapitał” w postaci tłuszczu, krwi, skóry, włosów. Jednym zdaniem wszystko, co w wyobraźni dawnych społeczności mogło stać się składnikiem medykamentów i magicznych preparatów.
Kompendium strachu: „Złodziej i pożeracz ciał”, Sacamantecas, vol. 37
O sile mitu zdecydowała nowoczesność. W drugiej połowie XIX i na początku XX wieku hiszpańska prasa uwielbiała nadawać zbrodniom makabryczne przydomki. Głośne sprawy o morderstwach i porwaniach dostawały etykietę sacamantecas nawet wtedy, gdy sprawcy wcale nie „wycinali tłuszczu”. Nazwa oznaczała po prostu potwora z kręgu krwi i ciała. Zdarzały się jednak przypadki, które podsycały wyobraźnię. Plotki o zbrodniach „na maść”, procesy znachorów i czarownic, a wreszcie skandaliczne doniesienia o rytualnych mordach na dzieciach w północnej i południowej Hiszpanii.
Kompendium strachu: „Złodziej i pożeracz ciał”, Sacamantecas, vol. 37
W warstwie językowej i obyczajowej sacamantecas odsłania dwie ważne prawdy. Po pierwsze, to moralitet o ciele. O jego wartości użytkowej, o lęku, że ktoś zamieni człowieka w surowiec, że nowoczesność zredukuje ciało do części zamiennych i tłuszczu do smaru. Po drugie, to opowieść o granicach wspólnoty. Winny jest zawsze ktoś z zewnątrz: wędrowiec, odmieniec, ubogi, przedstawiciel znienawidzonej grupy. Mit pozwalał napiąć druty ostrzegawcze znane w każdej kulturze: nie oddalaj się, nie ufaj obcym, nie wracaj późno.
Kompendium strachu: „Złodziej i pożeracz ciał”, Sacamantecas, vol. 37
Każdy region ma własne warianty tej opowieści. W Kastylii i La Manchy Sacamantecas splata się z postacią Hombre del Saco, porywacza z workiem i z dziewiętnastowiecznymi lękami przed miejskim marginesem. W Kraju Basków i Asturii prasa ochoczo nakładała etykietę sacamantecas na brutalnych przestępców, łącząc ich z dawnymi strachami o „wyjmowaniu tłuszczu”. W Andaluzji i Murcji krążyły z kolei opowieści o rzekomych zbrodniach na „tłuszcz leczniczy” i „krew na lekarstwo”, splatając ludową medycynę ze zbrodnią. 
Kompendium strachu: „Złodziej i pożeracz ciał”, Sacamantecas, vol. 37
Do dziś formuła „que viene el sacamantecas” żyje w języku potocznym i w pamiętnikarstwie. Wspomnienia ludzi z lat 40. czy 50. często zawierają wariant tej samej sceny. Ostrzegawcze szepty matek, historie o dziecku z sąsiedniej wsi, które poszło z nieznajomym i już nie wróciło, opowieści o maściach z tłuszczu, które rzekomo leczyły suchoty. Wersje współczesne przeniosły stracha do miasta. Sacamantecas jeździ białą furgonetką, ma igły, usypia sprayem. Treść się zmienia, funkcja pozostaje taka sama.
Kompendium strachu: „Złodziej i pożeracz ciał”, Sacamantecas, vol. 37
Obrazek zwinięty kliknij aby rozwinąć ▼
5
„Człowiek-ćma z Point Pleasant jest nie tyle stworzeniem z bagien, ile skrzydlatą przypowieścią o przypadku, winie i pamięci.”

- z syntezy opracowań prasowych na temat Mothmana
Mothman należy do tych potworów, które mają bardzo konkretną datę i miejsce narodzin. Nie jest pradawnym demonem znanym od zawsze, tylko dzieckiem lat 60. Jego legenda narodziła się w małym miasteczku Point Pleasant w Zachodniej Wirginii pewnej listopadowej nocy. W 1966 roku dwie młode pary, Roger i Linda Scarberry oraz Steve i Mary Mallette wracały samochodem z opuszczonego kompleksu magazynów amunicji z czasów II wojny światowej, zwanego potocznie „TNT area”. Według ich relacji przy drodze stanęła wysoka, ludzka sylwetka, niemal dwa metry wzrostu, z ogromnymi skrzydłami i świecącymi na czerwono oczami. Gdy przyspieszyli, stworzenie wzbiło się w powietrze i przez kilka kilometrów leciało tuż za nimi, aż do granic miasta. To właśnie ta relacja trafiła następnego dnia do lokalnej gazety „Point Pleasant Register”, która opublikowała tekst pod chwytliwym tytułem „Couples See Man-Sized Bird… Creature… Something”.
Kompendium strachu: „Skrzydlaty omen”, Mothman, vol. 33
Od tej chwili Point Pleasant zaczęło żyć opowieściami. Kolejni mieszkańcy zgłaszali, że widzieli nocą coś dużego, skrzydlatego, o czerwonych oczach. Jedni mówili o ogromnym ptaku, inni o postaci bez wyraźnej głowy, jakby oczy świeciły prosto z klatki piersiowej. Lokalne gazety z radością podchwyciły sensację, a większe tytuły z sąsiednich stanów zaczęły ją powielać. Gdzieś po drodze, prawdopodobnie pod wpływem komiksowej mody, ktoś w redakcji ochrzcił stwora mianem „Mothman”. Przez następny rok w okolicach Point Pleasant mnożyły się relacje o dziwnych zjawiskach. Obok samego Mothmana świadkowie zgłaszali tajemnicze światła na niebie, niezidentyfikowane obiekty, dziwne telefony, anonimowe przepowiednie o nadciągającej katastrofie. Nawet wizyty „mężczyzn w czerni”, którzy mieli zniechęcać ich do mówienia o tym, co widzieli.
Kompendium strachu: „Skrzydlaty omen”, Mothman, vol. 33
Kulminacją historii stał się 15 grudnia 1967 roku, gdy zawalił się most Silver Bridge nad rzeką Ohio. W katastrofie zginęło 46 osób, a region pogrążył się w szoku. Inżynierowie wskazywali na konkretną przyczynę techniczną. Było to uszkodzenie elementu konstrukcji, ale w lokalnych opowieściach szybko narodził się związek między „rokiem Mothmana” a upadkiem mostu. Dla wielu mieszkańców stwór stał się złowrogim omenem poprzedzającym tragedię. Inni woleli wierzyć, że był raczej mrocznym strażnikiem, czymś, co próbowało ostrzec ludzi przed katastrofą. Choć nikt nie potrafił odczytać tego znaku na czas. Od tej pory Mothman przestał być tylko „dziwną istotą z bagien” stał się istotą splecioną z pamięcią o realnej katastrofie.
Kompendium strachu: „Skrzydlaty omen”, Mothman, vol. 33
Legenda nie zatrzymała się jednak na prasowych nagłówkach. W pierwszej kolejności sięgnęli po nią autorzy zajmujący się zjawiskami paranormalnymi. Gray Barker wspominał o Mothmanie w kontekście swoich zainteresowań UFO i „men in black”. Zaś dziennikarz John A. Keel nadał tej historii ostateczny kształt. Keel przyjechał do Point Pleasant, rozmawiał z dziesiątkami świadków, zbierał relacje o skrzydlatej postaci, tajemniczych telefonach, dziwnych zbiegach okoliczności. Z tych materiałów ułożył książkę „The Mothman Prophecies”, opublikowaną w 1975 roku. W jego ujęciu Mothman to nie tylko lokalny potwór, ale element większej układanki związanej z UFO oraz dziwnymi synchronicznościami, wizjami i zapowiedziami katastrofy.
Kompendium strachu: „Skrzydlaty omen”, Mothman, vol. 33
Co roku we wrześniu mieszkańcy organizują Mothman Festival. Mieszankę jarmarku, zlotu fanów, konferencji i rodzinnej imprezy. Miasteczko, które kiedyś było z zewnątrz kojarzone głównie z katastrofą mostu, teraz opowiada o sobie przez pryzmat własnej legendy. W ustnych przekazach i współczesnych internetowych opowieściach Mothman wraca nie tylko jako stworzenie z Point Pleasant. Pojawia się w creepypastach jako zwiastun katastrof na całym świecie, bohater podcastów o zjawiskach niewyjaśnionych, motyw w grach czy komiksach. Jedni widzą w nim klasycznego „harbinger of doom”, innych pociąga właśnie jego niejednoznaczność. Nie wiadomo, czy jest demonem, strażnikiem, ofiarą czy tylko lustrem, w którym odbijają się ludzkie lęki.
Kompendium strachu: „Skrzydlaty omen”, Mothman, vol. 33
Obrazek zwinięty kliknij aby rozwinąć ▼
4
„The reports, mainly from children, have varied… They seem to be reaching near-mythic proportions, tumbling out from different parts of the city like clowns falling out of a Volkswagen.”

- fragment artykułu z Chicago Tribune, wydanie z października 1991 roku
Wczesną jesienią 1991 roku po szkołach Chicago i przedmieściach, zaczęła krążyć pogłoska o klaunie w białej furgonetce. Miał kusić dzieci cukierkami i pieniędzmi, by wciągnąć je do środka. W wielu relacjach powtarzało się, że klaun nazywał się Homey, jest to nawiązanie do popularnej wtedy postaci Homey D. Clown (Damon Wayans) z programu In Living Color. Doniesienia były chaotyczne i niespójne (różne kolory vana, różne dzielnice), ale było ich tyle, że policja zaczęła traktować je poważnie, o czym pisał Chicago Tribune. Mimo to nie zatrzymano żadnego sprawcy i nie potwierdzono uprowadzeń. Legendę w skrócie oddaje komentarz prasowy z tamtych dni: „zgłoszenia, głównie od dzieci, wydają się przybierać niemal mityczne rozmiary, tocząc się po mieście jak klauni wysypujący się z volkswagena”.
Kompendium strachu: „Widzieli klauna- miejska legenda ”, Homey the Clown, vol. 30
Folkloryści odczytują Homey’ego jako lokalny wariant wcześniejszego zjawiska phantom clowns (paniki widmowych klaunów). Była to fala pogłosek o klaunach pod szkołami i placami zabaw, znanej już od 1981 r. z Bostonu i okolic. W 1991 r. motyw przylgnął do Chicago i dostał nową etykietkę z telewizji (nazwa Homey), dzięki czemu brzmiał „prawdziwiej” dla dzieci i rodziców. Badacze (m.in. Benjamin Radford) i publicyści śledzący to zjawisko podkreślają, że takie plotki rozchodzą się szkolnym łańcuchem, wzmacniane przez ostrzeżenia dorosłych i media, ale rzadko mają pokrycie w policyjnych dossier. Jan Harold Brunvand już na początku lat 90. przewidywał, że Homey przeskoczy do innych społeczności co szybko miało się ziścić.
Kompendium strachu: „Widzieli klauna- miejska legenda ”, Homey the Clown, vol. 30
W pamięci mieszkańców aglomeracji utkwiły szkolne listy do rodziców, patrole pod placówkami, historie o białej (albo niebieskiej lub czerwonej) furgonetce. Czasem z dopiskiem, że miała napis „Ha-ha” na boku oraz opowieści dzieci, które „uciekły Homey’emu”, a nawet „uderzyły klauna w nos”. Z perspektywy lat widać, że to materiał idealny dla miejskiej legendy. Postać rozpoznawalna z telewizji, lęki o bezpieczeństwo dzieci, świeże jeszcze skojarzenia z Gacy’m [1]. Do tego brak jednoznacznych dowodów, mieszanina, z której łatwo rodzi się lokalna panika moralna. Media i kompendia miejskich legend do dziś klasyfikują Homey the Clown jako najbardziej znaną legendę Illinois z lat 90 XX wieku. 
Kompendium strachu: „Widzieli klauna- miejska legenda ”, Homey the Clown, vol. 30
Wnioski folklorystyczne wskazują, że Homey to podręcznikowy przykład, jak szkielet opowieści (klaun w furgonetce polujący na dzieci) dopasowuje się do epoki i miejsca. Chicago 1991 roku dostało łatkę z In Living Color, policyjne notki i szkolne ostrzeżenia dodały mu wagi. Brak sprawcy utrwalił go jako legendę, nie sprawę kryminalną. W kolejnych dekadach motyw odżywał przy nowszych panikach klaunów (najbatdziej znana z 2016 roku), ale rdzeń opowieści pozostał ten sam.
Kompendium strachu: „Widzieli klauna- miejska legenda ”, Homey the Clown, vol. 30
[1] John Wayne Gacy (1942–1994)- amerykański seryjny morderca, polsko-duńskiego pochodzenia, zwany „Klaunem Zabójcą”. Występował charytatywnie jako Pogo/Patches the Clown, co silnie wpłynęło na popkulturowy lęk przed „złym klaunem”. Udowodniono mu zabójstwo co najmniej 33 chłopców i młodych mężczyzn w latach 1972-1978 w okolicach Chicago. Aresztowany 21 grudnia 1978, skazany na śmierć w 1980, stracony 10 maja 1994 przez zastrzyk trucizny. Uwaga: nie ma dowodów, by dokonywał zbrodni w przebraniu klauna, to raczej zbitka medialna z jego działalnością jako Pogo.
Obrazek zwinięty kliknij aby rozwinąć ▼
3
Najpierw pytanie, potem cięcie.
„Jestem piękna?” - szept przez gazę.
Każda odpowiedź jest brzytwą,
która rozchyla usta aż po uszy. 

- epigraf inspirowany japońskimi legendami miejskimi
Kuchisake-onna (tłum. kobieta o rozciętych ustach) należy do tych japońskich figur grozy, które łączą dawne wyobrażenia o duchach z dynamiką współczesnej legendy miejskiej. W wersjach związanych z folklorem bywa klasyfikowana jako onryō [1]- mściwy duch kobiety. Zaś najstarsze osadzenia motywu, badacze i popularyzatorzy yōkai [2] lokują w epoce Edo. Opisywana jako piękna i groźna zarazem, czasem wiązana z lisimi sztuczkami (kitsune) i karą za zdradę czy zazdrość. W ikonografii utrwalił się wizerunek kobiety z zasłoniętą połową twarzy (chustą lub we współczesnych wersjach maseczką), która niesie nożyce lub nóż i zaczepia przechodniów pytaniem: „Watashi, kirei?” („Czy jestem piękna?”). Jeśli odpowiesz „nie” zabija, jeśli „tak”, zdejmuje maskę, odsłaniając straszliwy uśmiech. Po czym pyta ponownie a nieostrożna odpowiedź kończy się śmiercią albo oszpeceniem ofiary na własne podobieństwo. Motyw pytania-pułapki i rekwizytów (maska, nożyce) należy do kanonu tej legendy.
Kompendium strachu: „Uśmiech aż po uszy”, Kuchisake-onna , vol. 27
Decydujący dla kariery Kuchisake-onny był jednak moment ogólnokrajowej fali pogłosek w latach 1978–1979. Plotka powstała m.in. w prefekturze Gifu i szybko wzmacniana przez szkolne łańcuszki oraz media, przerodziła się w lokalne paniki. W niektórych miastach policja wystawiała patrole, a dzieci wracały ze szkół pod opieką dorosłych. Badacz folkloru Michael Dylan Foster pokazał, że ówczesne magazyny kobiece i przemysł piękna dołożyły do legendy warstwę niepokoju związanego z wyglądem i normami urody. Dlatego wątkiem przewodnim stało się „Czy jestem ładna?”, pytanie świetnie uderzające w społeczne obsesje późnych lat 70. 
Kompendium strachu: „Uśmiech aż po uszy”, Kuchisake-onna , vol. 27
Jak wiele legend miejskich, ta również wykształciła sposoby ocalenia. Wymijające odpowiedzi („tak sobie”), odwrócenie uwagi drobnymi monetami lub cukierkami, trzykrotne wypowiedzenie słowa pomade (nazwa brylantyny), a nawet narysowanie na dłoni znaku pies (jap. 犬). Absurd tych praktyk bywa celowy: to dziecięce hacki przeciw figurze strachu, które same w sobie napędzają dalsze opowiadanie historii. W 1979 r. prasa donosiła nawet o zatrzymaniu młodej kobiety w Himeji, przebranej za Kuchisake-onnę z nożem  przypadek, który tylko dolał oliwy do ognia, bo medialne „ucieleśnienie” plotki rzadko legendę ucisza. W literaturze przedmiotu Kuchisake-onna stała się emblematem współczesnej legendy (contemporary legend). Foster analizuje jej trajektorię od ustnej pogłoski po produkt kultury masowej, pokazując, jak splatają się lęki, przyjemność strachu i komercjalizacja grozy. 
Kompendium strachu: „Uśmiech aż po uszy”, Kuchisake-onna , vol. 27
Kuchisake-onna żyje dziś także w kinie i narracjach popularnych. Film Carved: The Slit-Mouthed Woman (2007) Kōjiego Shiraishiego ugruntował globalny obraz zjawy. Chirurgiczna maska, nożyce, pytanie-pułapka a krytycy i badacze odczytują tę wersję przez pryzmat przemocy wobec dzieci, kobiet jak i samego macierzyństwa. Sam reżyser w wywiadach mówił o balansowaniu między odpowiedzialnością za legendę a rzemiosłem grozy. Nowsze interpretacje podkreślają, jak film wykorzystuje miejską opowieść do komentarza społecznego.
Kompendium strachu: „Uśmiech aż po uszy”, Kuchisake-onna , vol. 27
[1] W japońskim folklorze dusza zmarłej osoby (często kobiety), która wraca, by pomścić krzywdę. Powoduje nieszczęścia, choroby, zgony, dopóki nie zostanie przebłagana.

[2] Szeroka kategoria nadnaturalnych istot i zjawisk w Japonii. Od demonów i potworów po psotne duchy oraz dziwy natury.
Obrazek zwinięty kliknij aby rozwinąć ▼
3
„Wiosną 1942 r., dowodzona przez Friedricha Paulusa 6. Armia była jednym z najsilniejszych związków operacyjnych na froncie wschodnim. W ramach letniej ofensywy 1942 r. poprowadzono ją na Stalingrad. Od końca sierpnia walki w mieście zamieniły się w wyniszczającą bitwę na dystans bagnetu. Takie miejsca jak fabryki Krasnyj Oktiabr i Barrikady, wzgórze Mammajew Kurgan, czy Dom Pawłowa stały się symbolami niezwykle krwawych starć. 19 listopada Armia Czerwona uderzyła na skrzydła armii niemieckiej i jej sojuszników, ostatecznie zamykając 6. Armię w kotle. Nieudany most powietrzny i spóźniona próba odsieczy przesądziły o losie okrążonych. 2 lutego 1943 r. upadły ostatnie ogniska oporu. Skala zniszczeń oraz liczba ofiar sprawiły, że Stalingrad stał się nie tylko miejscem pamięci, lecz także ogniskiem lokalnych opowieści o obecnościach."

- krótki rys hisotryczny bitwy pod Stalingradem
To właśnie w tym pejzażu wybrzmiewa jedna z częściej przytaczanych historii, krążąca po mieście od lat 90 XX wieku. Opowiada się o nocnym strażniku na Mammajewym Kurganie, który podczas jesiennej nocy obchodził teren między kurhanem a schodami wiodącymi ku Wołdze. W pewnym momencie usłyszał miarowe stukanie, jakby czyjeś kroki w twardych butach i krótki, urwany rozkaz po niemiecku. Z mgły wyłoniła się sylwetka żołnierza w podniszczonym feldgrau, z bandażem pod kołnierzem. Zjawa miała tylko zwrócić głowę w stronę zbocza i półgłosem, nieporadnie po rosyjsku, poprosić o wodę. Strażnik  jak głosi  miejska opowieść odruchowo uniósł latarkę w stronę postaci. Światło trafiło w pustkę. Kroki ucichły, słowa jakby wsiąkły w wiatr, a w trawie kołysała się jedynie stara manierka bez korka. 
Kompendium strachu: „Ostatni rozkaz, ostatnia prośba, czy echo umarłych?”, Duchy Stalingradu, vol. 25
Rano, poruszony zajściem, miał podobno zadzwonić do lokalnych poiskowików [1], którzy w sezonie przeczesywali wzgórze. Według tej samej opowieści, tuż poniżej wskazanego miejsca natrafiono potem na niewielkie skupisko łusek i fragment zniszczonego hełmu. Ktoś dopowiedział, że odkopano też drobne kości dłoni, inni twierdzą, że znaleziono tylko sprzączkę od pasa. Ta historia dla jednych to autosugestia i akustyka wiatru na otwartej przestrzeni, dla innych echo tysięcy przerwanych żyć.
Kompendium strachu: „Ostatni rozkaz, ostatnia prośba, czy echo umarłych?”, Duchy Stalingradu, vol. 25
W kwartale dawnych zakładów i na stromych zjazdach ku rzece krążą upiorne anegdoty, które powracają zwłaszcza jesienią, gdy znad wody podnosi się mgła. Kierowcy ciężarówek opowiadają, że w snopie świateł nagle przebiega im przez jezdnię szereg sylwetek jakby pochylonych ludzi w długich płaszczach. Po czym obraz rozsypuje się w kłębach pary, a czujnik ruchu na skrzyżowaniu nie rejestruje nikogo. Inni wspominają o nagłym wrażeniu, że ktoś „przykleja się” do tylnej burty samochodu na zjeździe, jakby wciąż próbowano zbiec ku rzece pod ogniem.
Kompendium strachu: „Ostatni rozkaz, ostatnia prośba, czy echo umarłych?”, Duchy Stalingradu, vol. 25
Nocne „krzyki po niemiecku” mają ponoć swoją stałą dramaturgię. Najpierw pojedyncze, urywane słowa odmierzane rytmem kroków, potem chór krótkich komend, które po chwili rozciągają się w długi, metaliczny pogłos. Miejscowi tłumaczą to akustyką: echo odbija się od ścian hal i betonowych nasypów, miesza z hukiem wagonów i przeciągłym gwizdem barek. Przy inwersji temperatury dźwięk niesie się nienaturalnie daleko. Jednak dla tych, którzy to słyszeli, wyjaśnienie fizyczne rzadko wystarcza. Zwłaszcza kiedy w tej samej chwili z ciemności wybija się stukot jakby podkutych butów na metalowej kładce. Zaś z wysokiego brzegu odpowiada mu suchy trzask, jak z zaciętego zamka karabinu.
Kompendium strachu: „Ostatni rozkaz, ostatnia prośba, czy echo umarłych?”, Duchy Stalingradu, vol. 25
Srażnicy obiektów mówią jeszcze o jednej rzeczy: o „cichych godzinach” między trzecią a czwartą nad ranem. Gdy na nabrzeżu nie jedzie już żaden pociąg, a mimo to w stalowym szkielecie jednej z hal zaczyna „pracować” wiatr. Wtedy w pustym wnętrzu słychać coś, co przypomina krótkie liczenie raz po rosyjsku, raz po niemiecku i szuranie skrzynek po betonie. Jedni przysięgają, że to tylko luźne blachy i przeciąg z rzeki. Inni wolą wtedy nie patrzeć w stronę ramp przeładunkowych, gdzie zardzewiałe haki kołyszą się bez wiatru i znikąd nie wiadomo, skąd bierze się w powietrzu zapach zimnej, wilgotnej cegły.
Kompendium strachu: „Ostatni rozkaz, ostatnia prośba, czy echo umarłych?”, Duchy Stalingradu, vol. 25
Ogólnie przedstawione opowieści są mieszanką ciężkiej, wojennej historii, specyficznej topografii i fizyki dźwięku jak i psychologii nocnego miasta oraz samopodtrzymującej się legendy. Jednak czy na pewno wszystko można tak wytłumaczyć?

[1] wolontariusze z rosyjskich i białoruskich oddziałów poszukiwawczych, którzy przeszukują dawne pola bitew, żeby odnajdywać szczątki poległych żołnierzy, identyfikować ich (np. po nieśmiertelnikach) i organizować godne pochówki. Zbierają też fragmenty uzbrojenia, dokumentują miejsca walk i przekazują znaleziska do muzeów.
Obrazek zwinięty kliknij aby rozwinąć ▼
0.081881999969482