Kumpel postanowił wybudować dom. Kupił działkę, załatwił wszystkie potrzebne pozwolenia, prąd i inne pierdolety. W końcu nadszedł moment, żeby ruszyć z budową. No i tu zaczęła się zabawa.
W trakcie szybko wyszło, że wszystko kosztuje znacznie więcej, niż zakładał. Do tego stwierdził, że nie do końca ufa ekipom budowlanym i lepiej będzie, jeśli część rzeczy zrobi sam. „Samemu” to słowo klucz bo od tego momentu coraz częściej zaczęły pojawiać się prośby w moją stronę: „Wpadnij, pomożesz z betonem, szalowaniem, stawianiem ścian” i tak dalej.
Raz czy dwa spoko, mogę podjechać i pomóc. Ale za każdym razem miało to być „na godzinkę, dwie”, a kończyło się siedzeniem po 7–8 godzin na budowie. W końcu, gdy znów poprosił o pomoc, powiedziałem mu wprost:
„Stary, zrezygnowałeś z ekipy, więc nie licz, że będę teraz za nią zapieprzał. Nie chcesz wydawać pieniędzy twoja sprawa, ale sam chciałeś robić, to rób sam. Albo znajdź kogoś, kto za darmo będzie Ci ten dom stawiał.”
No i wjechała wielka obraza majestatu. Teksty typu: „Jak to tak? Przecież trzeba sobie pomagać! Myślałem, że mogę na Ciebie liczyć!” i tym podobne.
Ja naprawdę rozumiem, co to znaczy przyjaźń i pomaganie sobie, ale co innego przysługa, a co innego robienie z kogoś darmowego pracownika i frajera. Nie chcesz płacić – okej, ale nikt nie będzie za darmo odwalał roboty za ekipę. Ja też nie zamierzam, nawet gdyby chciał mi płacić. Raz, że się na tym nie znam, a dwa, że mam swoje życie i pracę. Nie mam zamiaru w wolnym czasie zapieprzać fizycznie, żeby ktoś sobie postawił chatę.
Ciekawe, jak Wy to widzicie, bo z kumplem mamy teraz ciche dni. Ja się nie obrażam, ale on strzelił konkretnego focha.