Zawsze, ale to zawsze, bez żadnego wyjątku będzie przypał, kiedy niewinny człowiek zostaje skazany za zbrodnie jakiej nie popełnił. Już raz pisałem o czymś takim w przeszłości – zbrodnia w Cuence, czyli „morderstwo” w Hiszpanii, gdzie José María Grimaldos López zniknął, po czym został uznany za zmarłego, a León Sánchez i Gregorio Valero zostali skazani za tę zbrodnię, bo przyznali się podczas tortur. Sprawa była o tyle absurdalna, że José nigdy nie umarł – on po prostu poszedł sobie gdzieś, ale ten cep nikomu o tym nie powiedział, po czym powrócił po kilku latach do miasta, ku zdziwieniu wszystkich. Tym razem też będzie historia człowieka, który znalazł się w pierdlu niesłusznie.
Michael Morton urodził się w 12 sierpnia 1954 roku w Teksasie, a dokładniej mówiąc w Waco (mały świat…). Jego rodzina trochę się przenosiła, aż w końcu zatrzymali się na stałe w mieście o nazwie Kilgore. W wieku 22 lat, kiedy studiował na Uniwersytecie Stanowym im. Stephena F. Austina, Michael poznał Christinę Kirkpatrick. Coś między nimi zaiskrzyło, zaczęli randkować, no i skończyło się na tym, że w 1979 roku stali się małżeństwem. W 1983 roku na świat przyszedł ich syn, któremu dali na imię Eric. Miał on co prawda problemy zdrowotne, ponieważ urodził się z wadą serca, która wymagała operacji, ale lekarze mogli się jej podjąć dopiero po trzech latach, bo wtedy miał większe szanse na przeżycie. Operacja się udała, Eric wracał do zdrowia, no i wszystko jakoś im się układało… Do czasu.
13 sierpnia 1986 roku, zaledwie dzień po swoich urodzinach, Michael pojechał do pracy, a Christine została w domu. Miała ona odprowadzić Erica do żłobka, aczkolwiek to nigdy się nie wydarzyło. Niedługo po tym, jak wyjechał, około 6 rano, do domu wszedł napastnik, który pobił Christine na śmierć na oczach Erica.
Po pewnym czasie, po tym, jak już napastnik uciekł z domu, Eric wyszedł na zewnątrz, szwendając się z pełną pieluchą. Pewien sąsiad, który przechadzał się chodnikiem, zauważył go, po czym zobaczył, że drzwi do domu są otwarte szeroko na oścież. Kiedy odprowadził Erica do domu, nawoływania do jego matki nic nie dały. Sąsiad wtedy przeszedł się po domu, aż w końcu zajrzał do sypialni, gdzie znalazł zmasakrowane ciało Christine. Natychmiast zadzwonił na policję.
Funkcjonariusze zabezpieczyli teren, po czym zebrali się za zbieranie dowodów. Według ich ustaleń, drzwi do domu nie zostały wyważone, z samego domu nic nie skradziono, a na Ciele Christine nie było żadnych śladów wskazujących na napastowanie seksualne. Śledczy byli tym mocno zdziwieni, bo wyglądało to na zbrodnie bez motywu. Wtedy to jednak śledczy znaleźli liścik pozostawiony na komodzie, którego autorem był Michael. Według tego listu, poprzedniego dnia Michael chciał się trochę zabawić z żoną, ale ta była zmęczona i zasnęła, zanim doszło do czegokolwiek. W liściku trochę się z nią droczył na ten temat, ale i tak napisał, że ją kocha. Niestety, ten list ugryzł Michaela mocno w dupę, ponieważ śledczy i prokuratora mogli to później wykorzystać jako motyw.
Jak już Michael zakończył swoją zmianę w pracy, to pojechał do żłobka, aby odebrać Erica. Tam jednak dowiedział się, że Eric nigdy się w żłobku nie pojawił. Zaniepokojony, zadzwonił do domu. Ku jego zaskoczeniu, telefon odebrał szeryf Jim Boutwell. Nic nie powiedział odnośnie tego, co się wydarzyło, aczkolwiek poprosił go, aby ten przyjechał do domu. Tam dowiedział się o całym zajściu.
Sprawą morderstwa zajmował się prokurator Ken Anderson. Dla Kena sprawa Christine była ważna z punktu jego kariery – do tej pory, to była jego największa sprawa. Jeśli udałoby mu się złapać, a następnie skazać mordercę, to uzyskałby prestiż, który pozwoliłby mu na znacznie lepsze pozycje prawne.
Na miejscu zbrodni śledczy znaleźli ślady świadczące o tym, że w domu znajdował się nieznany mężczyzna – niezidentyfikowane odciski palców obok drzwi, ślady butów na podwórku, zakrwawiona bandana nieopodal miejsca zbrodni. Gwoździem do trumny było zeznanie 3-letniego Erica. Po pogrzebie Christine, kiedy ten znajdował się w domu babci (matki Christine), powiedział jej o tym, że widział całe zajście. Powiedział babci, że widział, jak „potwór” bije jego mamę. Kiedy ta zapytała, czy Michael był wtedy w domu, Eric powiedział, że nie. No dobra, czyli wszystko jasne – szukają jakiegoś typa, który wszedł do domu, aby zabić kobietę. Tylko… Ken uznał, że z takim czymś jest sporo roboty, marnowałby tylko czas. Po co się trudzić z szukaniem kolesia, którego nie można było nawet poprawnie zidentyfikować, skoro mieli już zajebistego podejrzanego w postaci męża? Wystarczyło jedynie przedstawić wiarygodną historię, a wszystko to, co się w niej nie zgadzało, należało przemilczeć. Śledczy na usługach Kena przekonali babcię, że Eric musiał się mylić, że widział swojego ojca, tylko najzwyczajniej w świecie go nie rozpoznał. W taki oto sposób, 25 września, Michael został aresztowany i oskarżony o morderstwo Christine.
Przy takich dowodach, trzeba byłoby być naprawdę żałosnym prawnikiem, aby nie wybronić Michaela. Jednak z dowodami jest tak, że aby użyć ich na korzyść swojego klienta, to musisz o nich wpierw wiedzieć. A tak się składa, że prokurator Anderson aktywnie ukrywał wszelakie dowody, jakie były na korzyść Michaela. Takie coś jest kurewsko nielegalne, ponieważ po procesie z 1963 roku (Brady kontra Maryland), sąd najwyższy uchwalił w konstytucji, że prokuratora musi przekazywać dowody dla obrony, zwłaszcza takie, które świadczą o niewinności oskarżonego. Tylko wiecie – za takie coś idzie beknąć, tylko jeśli zostaniesz przyłapany.
Jakby tego jeszcze było mało, to Ken kazał specjalistom kłamać pod przysięgą – koroner Roberto Bayardo zeznawał, że przebadał żołądek Christine, dzięki czemu był w stanie ustalić czas zgonu na 1 w nocy. 4 godziny, zanim Michael pojechał do pracy. W rzeczywistości doktor Bayardo nie był w stanie poprawnie ustalić czasu śmierci, niemniej jednak Ken Anderson i tak użył jego zeznania, aby pogrążyć Michaela. Co więcej, kłamano też na temat natury zbrodni – w sądzie prokurator powiedział, że Christine została zgwałcona, ale w rzeczywistości nic takiego nigdy nie miało miejsca.
Alibi legło w gruzach, zbrodnia została przedstawiona tak, jak Ken chciał ją przedstawić, a kluczowe dowody nie zostały przekazane prawnikom. Nie zdziwię chyba nikogo, że 17 lutego 1987 roku, ława przysięgłych uznała Michaela za winnego, po czym został skazany na dożywotnie pozbawienie wolności. Po ogłoszeniu wyroku Ken Anderson stanął przed reporterami i powiedział, że wyrok nie był dla niego satysfakcjonujący – według niego byłoby lepiej, gdyby Michael dostał karę śmierci. Tak kurwa, chłop świadomie skazał niewinnego człowieka na życie w pierdlu, po czym jeszcze miał czelność mówić, że powinien stanąć przed katem.
Michael oczywiście próbował składać apelacje, ale jedna po drugiej były one odrzucane. Dni zamieniały się w tygodnie, tygodnie w miesiące, a miesiące w lata. W tym czasie jedyną osłodą były dla niego wizyty jego syna, raz na pół roku. Jednak i to się skończyło – Eric coraz bardziej oddalał się od ojca, zaczął się nim brzydzić. Zapomniał, co tak naprawdę widział w dniu śmierci matki, zaczął wierzyć w wersję śledczych. Uwierzył, że jego ojciec był mordercą. Po wielu latach Eric chciał zaprzestania jakichkolwiek wizyt. Ponieważ wizyty były ustalone przez sąd, wymagało to zgody Michaela… Z ciężkim sercem wyraził zgodę, ale chciał w zamian zobaczyć się z synem po raz ostatni. Eric uhonorował to życzenie, porozmawiali, aczkolwiek bez kontaktu wzrokowego. Eric był pod nadzorem rodziny Christine, dokładniej mówiąc pod opieką jej siostry i męża tej siostry. Po wizycie, jedyne co Michael powiedział siostrze Christine, to aby ta opiekowała się jego synem. Po tym Eric już wyszedł, a Michael… A Michael pogrążył się w rozpaczy.
Po pewnym czasie otrząsnął się. Zrozumiał, że jedynym sposobem na odzyskanie syna będzie udowodnienie swojej niewinności. Oczywiście, sam nie mógł tego zrobić, to by było niemożliwe. Potrzebował pomocy. No i po 17 latach w więzieniu, w 2004 roku, w końcu udało mu się nawiązać kontakt z organizacją charytatywną o nazwie „The Innocence Project”, która miała na celu pomoc niesłusznie skazanym poprzez testy DNA. Przełomy w dziedzinie badań DNA otworzyły nowe możliwości sądownicze, ale też pokazały, jak wiele osób znalazło się w więzieniu niesłusznie.
Jeden z członków tej organizacji skontaktował się z prawnikiem, Johnem Raleyem, o którym było dosyć głośno, ponieważ reprezentował poszkodowanych w sprawie dotyczącej medycznego zaniedbania. John był tym mocno zdziwiony, ponieważ nigdy nie zajmował się wcześniej żadną sprawą kryminalną. Pomimo tego zgodził się przejrzeć sprawę, aczkolwiek kiedy tylko wpierw o tym usłyszał, to szczerze myślał, że to strata czasu. Jednak czytając już pierwszą stronę dokumentacji dotyczącej sprawy, zapaliła mu się w głowie czerwona lampka – Jeśli chłop faktycznie zabił żonę o 1 w nocy, to po chuj zostawił w domu liścik, który jasno wskazywałby na motyw? Wydało mu się to dziwne, więc czytał dalej. Żadnych świadków, żadnych bardziej rzetelniejszych dowodów, Michael nie był notowany za wcześniejsze przestępstwa, nic. Gwoździem do trumny była autopsja doktora Bayarda – autopsję wykonano dopiero po kilku dniach, co oznaczałoby, że ustalenie dokładnego czasu zgonu byłoby niemożliwe. Co więcej, ustalenie czasu zgonu poprzez badanie tylko i wyłącznie zawartości żołądka nie jest zgodne z prawem – w sensie, koroner musiałby sprawdzić coś więcej, jak na przykład temperaturę wątroby. No i tak po przejrzeniu tego wszystkiego, John nie był co prawda w 100% przekonany co do niewinności Michaela, ale wiedział, że na podstawie tych dowodów sprawa w ogóle nie powinna trafić do sądu. John już był zainteresowany do tego stopnia, że zdecydował się złożyć wizytę Michaelowi. Przyjechał do więzienia, po czym poprosił Michaela, aby ten powiedział mu, co dokładnie wydarzyło się 12 i 13 sierpnia 1986 roku, z jak największą liczbą szczegółów. Po tym, jak John usłyszał całą historię oraz widział na własne oczy zachowanie Michaela, był już przekonany – niewinny człowiek trafił za kratki. Zdecydował się wziąć tę sprawę, przy czym zgodził się to zrobić to za darmo.
Johnowi udało się złożyć zespół, po czym wziął się za przeglądanie dowodów. Wtedy to natrafił na wzmiankę o niebieskiej bandanie, którą znaleziono niedaleko miejsca zbrodni. Ponieważ w 1986/7 nie było badań DNA, John zdecydował się na pozyskanie zgody na badania, ale tutaj zaczyna się walka z biurem szeryfa i prokuratorem Johnem Bradleyem. Prokurator zawsze próbował dawać kurewsko głupie wymówki typu „robienie testów zamąciłoby wodę”, co po prostu złościło Johna Raleya. Tak się składa, że mentorem Bradleya był Ken Anderson, który w tym momencie był sędzią. Młody prokurator wiedział, że badania DNA i dokumentacja dotycząca sprawy pogrążyłaby tylko jego mentora. Rzucano zespołowi Raleya kłody pod nogi na każdym kroku przez blisko 6 lat. John Raley przyznawał w jednym z wywiadów po fakcie, że ta sprawa była nadzwyczaj frustrująca, no i w pewnym momencie zastanawiał się, czy nie odłożyć jej i nie wziąć jakiejś sprawy, za którą jednak ktoś mu płaci. Jednak pomimo tej pokusy, za każdym razem stwierdził, że nie może po prostu zostawić niewinnego człowieka w więzieniu.
7 Marca 2008 odbyła się pierwsza wizyta w sądzie apelacyjnym. Jednak prokurator Bradley zapewnił sobie poparcie sędziego już przed rozprawą, przez co tak na dobrą sprawę walka była przegrana jeszcze zanim się rozpoczęła. Bradley nawet nie pojawił się na rozprawie, a prośba o badanie DNA została odrzucona. John Raley nie wytrzymał, po czym cały wkurwiony pojechał do biura prokuratora (z Huston do Georgetown, czyli jakieś 280/300 kilometrów). Według jego żony, Raley był taki czerwony ze złości, że ta bała się, że dostanie zawału serca albo udaru. Natomiast w biurze prokuratora… No, trochę mu nerwy puściły. Nawrzucał prokuratorowi na oczach całego biura, mówiąc wprost, że brak zgody na badania jest niedorzeczny, przez co tylko bardziej świadczy to o tym, że próbuje coś ukryć. Okazało się, że prokurator musiał chyba się trochę obsrać, bo po kilku dniach, Michael Morton zadzwonił do Johna Raleya, aby go poinformować, że zaoferowano mu ugodę – mógłby pójść na zwolnienie warunkowe, jeśli przyznałby się do morderstwa. Michael jednak nie miał zamiaru podpisywać tej ugody, ponieważ nie miał zamiaru przyznawać się do czegoś, czego nie zrobił. Oznaczało to jedno – walka dalej trwa.
W 2010 roku John Raley udał się do Trzeciego Sądu Apelacyjnego w Teksasie (tu chodzi nie o to, że to był trzeci sąd, do jakiego polazł, tylko to jest taka nazwa). Tutaj akurat miał szansę, bo ani Ken Anderson, ani John Bradley nie mieli tam wpływów, co nie znaczy, że nie próbowali go powstrzymać – zdecydowano się na obsmarowanie Michaela Mortona w wiadomościach. Natomiast w sądzie, John Raley przedstawił cały zarys sprawy, dlaczego chce zrobić testy DNA na tej bandanie, no i w tym sądzie zadano mu pytanie – co się stanie, jeśli DNA jego klienta znajduje się na tej bandanie? Raley po prostu odpowiedział, że istnieje tylko jeden sposób, aby się przekonać. No i po tej rozprawie, w końcu udzielono zgody na badania DNA. Ponieważ samo badanie trochę trwa, to w międzyczasie John Raley pozyskał też zgodę na wydanie dokumentacji dotyczącej śledztwa w sprawie morderstwa Christine. Przeglądając te akta, pozyskał informacje na temat nieznanych odcisków palców, odcisków butów, ale co ważniejsze, zeznanie Erica. Zrozumiał wtedy, co tak naprawdę prokurator zrobił.
30 czerwca 2011 roku. Michael siedzi już 24 lata w pierdlu. Tego dnia jednak… Tego dnia, wszystko się zmieniło. Odwiedził go John Raley, z uśmiechem od ucha do ucha. Powiedział, że wyniki badań powróciły. Na niebieskiej bandanie znaleziono krew Christiny oraz DNA należące do mężczyzny. Przy czym badania wykluczyły materiał Michaela. Jednak co ważniejsze, po porównaniu wyników z bazą danych, udało się dopasować materiał do innego mężczyzny – recydywisty imieniem Mark Alan Norwood, który miał wyroki w 3 stanach, w tym za włamania i za napaści z zamiarem zabójstwa. Teraz nie było już żadnej wątpliwości dla kogokolwiek – Michael był niewinny, a prawdziwy morderca był cały czas na wolności.
Można się zastanawiać, czy morderstwo Christine było jedynym morderstwem, jakiego dopuścił się Mark Alan Norwood. Tak się składa, że zespół Johna Raleya też się nad tym zastanawiał, więc przejrzeli wszelakie nierozwiązane sprawy, które pochodziły z okolicy. Znaleźli jedną – morderstwo kobiety imieniem Debra Masters Baker z 1988 roku. Było nadzwyczaj podobne do morderstwa Christine, więc zespół Raleya skontaktował się z detektywem odpowiedzialnym za tą sprawę. Porównano DNA Marka Alana wraz z DNA znalezionym na miejscu zbrodni. Wyniki były jednoznaczne – pełna zgodność. Oznaczało to, że Ken Anderson świadomie skazał niewinnego człowieka, za zbrodnie jakiej nie popełnił, tym samym pozwalając prawdziwemu mordercy zabić ponownie. Tego nie można było bardziej spierdolić.
Ken Anderson oczywiście próbował ratować swoją dupę – zwołał konferencję prasową, próbował tłumaczyć, że wymiar sprawiedliwości pomylił się, że to była po prostu pomyłka, a nie żadne tuszowanie, że przykro mu było z powodu Michaela, takie tam. Tylko… Anderson nie wiedział, że w tłumie podczas tej konferencji prasowej znajdowała się córka Debry Masters Baker, Caitlin. No i tak się składa, że po tym, jak już Ken Anderson polazł z powrotem do biura, to dziennikarze zdecydowali się zrobić wywiad z Caitlin. Dziewczyna nie patyczkowała się – powiedziała, że wini Kena Andersona za śmierć jej matki, ponieważ zamiast zrobić porządną robotę, zdecydował się uwziąć na Michaela. Gdyby nie to, być może jej matka dalej żyłaby.
Przez cały ten pierdolnik, specjalne śledztwo zostało wszczęte przeciwko Kenowi Andersonowi, po czym stanął przed sądem. Ken Anderson zostaje skazany za ukrywanie dowodów. Został pozbawiony prawa wykonywania zawodu, odebrano mu tytuł sędziego, po czym skazano go na karę pozbawienia wolności. Dokładniej mówiąc, w pierdlu spędził… 10 dni. Tak kurwa, 10 dni za to, że zrujnował niewinnemu człowiekowi życie na 24 lata (początkowo chciał go dać na szafot), oraz pozwolił, aby morderca zabił niewinną kobietę. Ja pierdole.
Z innych wieści, to Mark Allan Norwood został skazany na podwójne dożywocie za zabójstwo Christine i Debry… Kurwa, co ich powstrzymywało przed karą śmierci? Znaczy, dobra, typ to stary chłop, pewnie nawet nie dożyje daty egzekucji, ale nawet tak symbolicznie nie można było? Chociaż... Z drugiej strony, biorąc pod uwagę co się już poprzednio wydarzyło w tej sprawie, to po części rozumiem, czemu ktoś by się wahał.
W każdym razie – po wielu latach w pierdlu, Michael Morton w końcu został uniewinniony. Wyszedł z więzienia i odbudował relacje ze swoim synem. Nawiązał też przyjaźń z Johnem Raleyem (ba, przyjaźń to mało powiedziane, Michael zawdzięcza mu życie). Zgodnie z prawem Teksasu, otrzymał on odszkodowanie pieniężne (w jego wypadku było to prawie 2 miliony dolców), coroczną wypłatę w wysokości 80 tysięcy dolarów, oraz darmowe przeszkolenie, aby móc jakoś funkcjonować w społeczeństwie, oraz pracować (chociaż jest już w wieku emerytalnym…). Gubernator Teksasu, Rick Perry, podpisał „Prawo Michaela”, które wymusza na prokuraturze bardziej przejrzystą współpracę z prawnikami oskarżonych. Sam Michael natomiast poznał w kościele kobietę imieniem Cynthia May Chessman, z którą ożenił się w 2013 roku. Żyje aż do dziś, nawet mu się nieźle układa.