41
Bogactwo kraju rośnie tylko wtedy, kiedy coś wytwarzamy i sprzedajemy światu. To jest moment, w którym do naszego podwórka wpływają nowe pieniądze. Produkcja i eksport to jak ustawianie kolejnych wiader pod zewnętrznym strumieniem (realny dopływ).

Natomiast większość usług wewnętrznych działa jak przelewanie tej samej wody między własnymi wiadrami. Ktoś zarobi, ktoś zapłaci, ale suma pieniędzy w kraju się nie zmienia. System kręci się w miejscu.

W tym kontekście osoba, która nie tworzy żadnej nowej wartości, a jedynie zarabia na tym, co już jest w obiegu, funkcjonuje jak element zbędny na poziomie makroekonomicznym. Z biologicznej perspektywy można to porównać do pasożyta, żyje z zasobów gospodarza, ale nie dokłada energii do organizmu.

Na tle tej metafory widać też, jak wygląda rola banków, rentierów i usług, które nie tworzą wartości, a tylko pobierają opłaty. System bankowy w swojej zdrowej formie powinien być pompą, ułatwiać przepływ wody do wiader produkcyjnych, finansować rozwój, inwestycje, eksport. Niestety często zachowuje się jak zestaw kraników pobierających prowizje za samo stanie obok wiadra. 

Rentierzy robią to jeszcze bardziej, czerpią z zasobów zgromadzonych przez tych, którzy naprawdę produkują, nie dokładając nowych pieniędzy do systemu.

Czy zatem nie powinniśmy traktować inaczej bogatych, którzy uzyskali bogactwo na koszt miejscowych, tj. przez pasożytowanie na ich pracy lub marżach z importu, a inaczej bogatych którzy sprowadzili to bogactwo z zewnątrz przez eksport?
Obrazek zwinięty kliknij aby rozwinąć ▼
39
Kolektywizm narodu
W Polsce od lat funkcjonuje ten sam model: niska marża, montownie, logistyka i praca, która nie tworzy wysokiej wartości dodanej. Kiedy podnosi się płacę minimalną, firmy rzadko inwestują w rozwój czy automatyzację. Łatwiej im po prostu sprowadzić tańszych pracowników z zagranicy na elastycznych umowach i minimalnych kosztach. To nie jest patologia jednostkowa – to mechanizm całego systemu.

Jeżeli właściciel zakładu jest zagraniczną korporacją, to zysk zwykle nie zostaje w Polsce. Oficjalnie firma może wykazywać stratę przez lata, bo „kupuje usługi” od spółki-matki za granicą. W księgach więc bieda, a w realu prezes zmienia samochód co sezon i lata na drugą półkulę na urlopy. Tak wygląda odsysanie wartości z gospodarki peryferyjnej.

Montownie są dobre na start: dają miejsca pracy, pozwalają się przeszkolić, zbudować infrastrukturę. Ale jeśli kraj nie zrobi kolejnego kroku – nie wejdzie w własną technologię, automatykę, wysoką jakość, markę i innowacje – to zostaje w pół drogi. Pracuje coraz ciężej, a wciąż zarabia stosunkowo mało. Dokładnie tu jest Polska.

Wskaźnik inwestycji pokazuje to bardzo wyraźnie. U nas to około 17–18% PKB. W Czechach ponad 23%, w Rumunii podobnie. W USA ponad 21%. W Chinach 40%. Nigeria jest nieco niżej. Nie jesteśmy więc „jak Nigeria”, ale faktycznie znajdujemy się bliżej jej poziomu inwestycji niż poziomu USA czy krajów, które przesiadły się z montowni na własne technologie. I to jest problem, który decyduje o tym, jak będą wyglądać nasze pensje, poziom życia i tempo rozwoju w przyszłości.

Jeśli nie ma kapitału na inwestycje, państwo powinno go stworzyć – zadłużając się we własnej walucie i kierując środki na rozwój technologii, automatyzację, unowocześnienie przemysłu i edukację techniczną. To jest droga, którą szły kraje, które z peryferii wyrosły na liderów.

W praktyce: Polska może przestać być montownią, ale to wymaga inwestycji w produktywność, nie tylko w konsumpcję. Inaczej będziemy dalej pracować dużo, a realna wartość naszej pracy będzie odpływać do centrali firm w Niemczech, USA czy Francji.
Obrazek zwinięty kliknij aby rozwinąć ▼
0.079452991485596