38
Jak ktoś mówi „ruch narodowy w II RP”, to większość ludzi ma w głowie endecję, Dmowskiego, ONR, Falangę, katolickie hasła, marsze, orły, krzyże i ogólnie klimat: „Polak-katolik, Niemiec zły, komunista jeszcze gorszy”.

Czyli klasyczny zestaw skojarzeń: msza, sztandar, narodowa demokracja, trochę romantycznej martyrologii, trochę ulicznej energii i bardzo dużo przekonania, że historia Polski to głównie pasmo krzywd, które trzeba godnie wspominać.

Ale obok tego wszystkiego istniał nurt, który kompletnie nie pasował do tej szufladki.
Mało popularny ruch narodowy: Zadruga, czyli „co gdyby polski nacjonalizm zamiast różańca wziął topór, młot i mit słowiański”
Nie był katolicki.
Nie był endecki w klasycznym sensie.
Nie chciał budować narodu na kulcie klęski.
Nie marzył o Polsce jako wielkim muzeum cierpienia.

Tym nurtem była Zadruga, a jej najważniejszą postacią był Jan Stachniuk.
Mało popularny ruch narodowy: Zadruga, czyli „co gdyby polski nacjonalizm zamiast różańca wziął topór, młot i mit słowiański”
I to jest jeden z tych przypadków, kiedy polska historia idei robi nagle zwrot o 90 stopni i okazuje się, że w II RP istniał narodowy myśliciel, który zamiast pytać: „jak pięknie cierpieć?”, pytał: „jak stworzyć naród zdolny do zwycięstwa?”.

Stachniuk urodził się w 1905 roku, był filozofem, publicystą, twórcą ruchu Zadruga i autorem koncepcji kulturalizmu oraz pojęcia wspakultury. Wokół pisma „Zadruga”, wydawanego od końca lat 30., uformował się niewielki, ale bardzo oryginalny nurt polskiej myśli narodowej.

I nie, to nie była grupka ludzi od przebierania się za Słowian i robienia zdjęć z rogiem przy ognisku.

Zadruga była próbą stworzenia zupełnie innej wizji narodu.

Dla Stachniuka naród nie miał być wspólnotą wiecznej żałoby. Nie miał być grupą ludzi, którzy co roku odtwarzają te same klęski, te same pogrzeby, te same rocznice i te same westchnienia, że „znowu nas zdradzili”.

Naród miał być wspólnotą czynu.

Nie naród-klęcznik.
Nie naród-muzeum.
Nie naród-wieczna rana.

Naród-kuźnia.
Mało popularny ruch narodowy: Zadruga, czyli „co gdyby polski nacjonalizm zamiast różańca wziął topór, młot i mit słowiański”
W centrum jego myślenia stała kultura, ale nie rozumiana jako elegancka dekoracja do akademii ku czci. Nie kultura jako stroje ludowe, recytacje i ładne obrazki do podręcznika.

Kultura u Stachniuka była narzędziem walki człowieka ze światem. Sposobem, w jaki wspólnota organizuje energię, pracę, twórczość, technikę, instytucje i charakter. W jego ujęciu kultura miała być siłą sprawczą, czymś, co pozwala narodowi rosnąć, budować i przekształcać rzeczywistość.

I tutaj wchodzi pojęcie, które brzmi jak idealny tytuł dla diagnozy polskich chorób: wspakultura.

Wspakultura to u Stachniuka wszystko to, co odwraca człowieka od twórczego działania. Wszystko, co uczy bierności, rezygnacji, pogardy dla siły, ucieczki od świata, zachwytu nad cierpieniem i podejrzliwości wobec sukcesu.

Czyli mniej więcej ten moment, w którym ktoś widzi człowieka próbującego coś zbudować i zamiast pomóc, mówi:

„A po co?”
„Nie uda się.”
„Jeszcze się wychylisz.”
„Lepiej spokojnie przeczekać.”
„Najważniejsze, żeby było moralnie pięknie, nawet jak praktycznie bez sensu.”

Stachniuk patrzył na to i mówił: właśnie dlatego przegrywamy.

Bo wspólnota, która potrafi tylko cierpieć, ale nie potrafi tworzyć, staje się zakładnikiem własnej historii.
Mało popularny ruch narodowy: Zadruga, czyli „co gdyby polski nacjonalizm zamiast różańca wziął topór, młot i mit słowiański”
Można się ze Stachniukiem spierać. Można uważać go za myśliciela radykalnego. Można nie zgadzać się z jego ostrą krytyką chrześcijaństwa czy diagnozą polskiej mentalności. Ale trudno odmówić mu jednego: próbował odpowiedzieć na pytanie, dlaczego Polacy tak często potrafili pięknie przegrywać, a tak rzadko konsekwentnie budować trwałą siłę.

I właśnie dlatego Zadruga jest tak ciekawa.

Bo to był ruch narodowy, który nie mówił: „wróćmy do przeszłości i zamieszkajmy w niej na zawsze”.

Mówił raczej: weźmy mit, historię, słowiańską wyobraźnię i energię wspólnoty, ale użyjmy ich jako paliwa do budowania przyszłości.

Nie folklor dla folkloru.
Nie cierpienie dla cierpienia.
Nie pamięć jako ciężar przywiązany do nóg.

Mit jako paliwo.
Kultura jako narzędzie.
Naród jako zadanie.

To jest zasadnicza różnica.

W klasycznym polskim romantycznym odruchu bardzo często wielkość mierzy się skalą ofiary. Im więcej cierpienia, tym więcej moralnej chwały. Im większa klęska, tym większy pomnik.

Stachniuk odwracał ten schemat.

Dla niego wartość narodu nie polegała na tym, że umie wzruszająco umierać. Polegała na tym, czy umie tworzyć, organizować się, zwyciężać, przetwarzać świat i zostawiać po sobie dzieło.

Nie chodziło mu o naród, który tylko pamięta.

Chodziło mu o naród, który działa.

I dlatego Zadruga, mimo że była nurtem niszowym, jest jednym z najciekawszych eksperymentów w historii polskiej myśli narodowej. Nie dlatego, że była masowa. Nie była. Nie dlatego, że przejęła władzę nad wyobraźnią II RP. Nie przejęła.

Ale dlatego, że pokazała, iż polska myśl narodowa nie musiała zawsze iść jednym torem.

Mogła być niekatolicka.
Mogła być antyklęskowa.
Mogła być twórcza.
Mogła mówić o sile kultury, a nie tylko o krzywdzie historii.
Mogła szukać przyszłości, zamiast tylko odprawiać kolejne nabożeństwo nad przeszłością.

Zadruga była próbą stworzenia polskiego nacjonalizmu bez kultu porażki.

I właśnie dlatego warto ją przypominać.

Bo w świecie, w którym często mylimy pamięć z programem, cierpienie z siłą, a tożsamość z samym wspominaniem ran, Stachniuk brzmi zaskakująco świeżo.

Nie pytał, jak urządzić kolejną akademię ku czci przegranych bitew.

Pytał, jak wychować ludzi, którzy będą zdolni budować.

Nie chciał Polski, która tylko wspomina.

Chciał Polski, która tworzy.

Dla Zadrugi przeszłość nie była grobem. Była paliwem.
Obrazek zwinięty kliknij aby rozwinąć ▼
0.051408052444458