Hej dzidki, muszę się pochwalić pewną historią.
Od parunastu lat jaram się historią Oleśnicy. No i ostatnio, kolejny lokalny świr, od zabytków - kolega po fachu odezwał się do mnie z info, że na niemieckiej aukcji wypłynęła SZABLA.
Ale nie byle jaka – oryginalna szabla z 1866 roku, podarowana przez miasto Oels (czyli naszą Oleśnicę) młodemu Fryderykowi Wilhelmowi, przyszłemu cesarzowi Niemiec.
Do tego był też oryginalny dokument z dedykacją, podpisany przez burmistrza i radę miejską. Koszt? 12 tysięcy EURO...i to cena wywoławcza w licytacji.
Napisałem posta na Facebooka, żeby wszyscy się dowiedzieli i by rozhulać temat. Lokalne media to podięły, bo to w sumie gruba historia i warto się nią podzielić. Ale szczerze? Nikt z nas nie ma takich pieniędzy a miasto jak to miasto – wiadomo, biurokracja, budżety, procedury, komisje, uchwały… czyli też bez wsparcia. Uznaliśmy, że wykupienie tej szabli graniczy z cudem....ale fajnie się tym podzielić, że odnalazła się kolejna cząstka naszego miasta i sobie dryfuje po internetach...zebraliśmy fotki dla potomnych... i w sumie tyle.
Aż tu nagle – kurczę, CUD.
Do mojego kolegi po fachu odezwał się lokalny przedsiębiorca i powiedział mniej więcej tyle:
„Widziałem wasz post, mam 60 tysi. Nie ma co czekać – biorę to na siebie. Albo się uda, albo nie… warto spróbować. Tylko ogarnij za mnie tą licytację, bo się na tym nie znam”.
I wtedy serio – serducho zaczęło bić jak po dwóch mocnych kawach i Red Bullu na raz.
kolega podjął się ogarnięcia tej aukcji.
Ale nie było tak hop-siup. W kolejce do licytacji było ponad 500 pozycji, a nasza szabla miała nr 263.
Odliczanie trwało, emocje jak przy ostatnim rzucie w finale NBA.
I teraz tylko pozostaje się cieszyć, że historia czasem wraca.
Że warto było drążyć. Że są jeszcze ludzie, którzy reagują na pasję, a nie tylko lajki.
Dlatego, dzidki – serio – szanuję Wasze pasje, bo sam wiem, ile to znaczy. Kochajcie swoje miejsca – małe i duże. Róbcie swoje, jakkolwiek niszowe by to nie było. Bo właśnie z takich zajawkowych rzeczy rodzą się cuda. Czasem wystarczy jeden post, jedna rozmowa, jedno „ej, to jest ważne” – i coś, co wydawało się niemożliwe, po prostu się udaje.
Nie wszystko musi być viralem. Nie wszystko musi być „opłacalne”. Czasem wystarczy, że to ma sens.