Mama wręcza mi kartkę z adresem: „Działka po dziadku, w Brzózkach. Zajrzyj, może coś z tym zrobisz.” Niedzielne popołudnie, słońce grzeje, idealny dzień na wycieczkę. Pakuję plecak, latarkę, butelkę wody i jadę. Droga do Brzózek mija szybko – pola, łąki, w radiu leci letnia piosenka. Skręcam w żwirową alejkę między ogródkami działkowymi. Cisza, pszczoły bzyczą, w oddali sąsiad kosi trawę.
Domek dziadka wygląda jak z innej epoki – mały, drewniany, z zielonymi okiennicami, które ledwo trzymają się zawiasów. Wokół chwasty, stare grządki zarośnięte, w powietrzu zapach ziemi i czegoś ostrego, jakby spirytusu. Pcham drzwi, skrzypią. W środku kurz, na stole słoik po ogórkach, na półce książki o ogrodnictwie, a na haczyku wisi dziadkowy kapelusz, jakby wciąż na mnie czekał.
Rozglądam się. Słońce wpada przez okno, malując złote smugi na podłodze. Otwieram szufladę – stare zdjęcia, dziadek z babcią, uśmiechnięci na tej działce. Na jednym w oknie miga ciemna plama, jakby cień. Zerkam na okno teraz – puste, firanka wisi spokojnie. Macham ręką, pewnie światło.
Idę na strych, gdzie dziadek chował graty. Schodki trzeszczą, na górze kurz i pajęczyny. W rogu stoi rzeźbiona skrzynia, wygląda jak antyk. Otwieram – gazety z lat 80., narzędzia, a na dnie butelka. Mętny bimberek, z etykietą w dziadkowym piśmie: „Nie pij po zmroku.” Śmieję się – dziadek i jego żarty. Odkręcam korek, zapach wali jak spirytus z piwnicy. Myślę: raz się żyje, łykam mały łyczek. Pali w gardle, smak jak benzyna z cukrem, ale czuję ciepło w żołądku. Chowam butelkę do plecaka i schodzę.
Słońce wciąż świeci, ale coś jest nie tak. Pszczoły milkną, kosiarka cichnie. Wyglądam przez okno – ogródki puste, sąsiadów, którzy grabili liście, brak. Wracam do stołu, a w kurzu na podłodze ślady butów – za duże na moje, jakby ktoś tu był przed chwilą. Serce bije szybciej, ale to pewnie bimber działa.
Wtedy słyszę pukanie w ścianę. Raz, dwa. Zatrzymuje się. Pukam w odpowiedzi, żartem. Cisza. I znowu: raz, dwa, głośniej, jakby coś waliło w drewno. Podchodzę do ściany, przykładam ucho – nic. Ale głowa mi się kręci, jakby ten łyk bimbru miał procenty z kosmosu. Zegar na ścianie, stary, z kukułką, rusza. Wskazówki kręcą się w tył, coraz szybciej, jak zwariowane.
Robi się chłodno, choć to lato. Telefon pokazuje brak zasięgu, ekran miga, godzina skacze: 15:30, 10:47, 00:12. Wyglądam przez okno – słońce wisi niżej, niebo szarzeje, jakby ktoś zgasił światło. Szelest w krzakach, ale nikogo nie widzę. Podchodzę do drzwi, chcę je zamknąć, a klamka drga sama, powoli, w górę, w dół. Cofam się, oddech przyspiesza. Butelka w plecaku robi się ciepła, czuję to przez materiał.
Firanka unosi się, choć okna zamknięte. Odsuwam ją – na szybie odcisk dłoni, od środka, za mały na dziadka, za duży na mnie. Głowa mi pęka, w uszach szumi, jakby bimber coś obudził. Słyszę trzask na strychu, jakby skrzynia się przewróciła. Biegnę na górę – skrzynia zamknięta, ale deski podłogi są nowe, bez kurzu, jakby czas się cofnął.
Schodzę, a domek wydaje się mniejszy, ściany jakby bliżej. Zegar tyka wstecz, a przez okno widzę, że ogródki zniknęły – ani krzaków, ani rabatek, tylko szara ziemia. Wychodzę, trzaskam drzwiami. Świat cichnie. Żadnych ptaków, wiatru, nic. Alejka pusta, domy w oddali jakby się rozpłynęły. Idę do auta, ale go nie ma – tylko pole, szare, bezkresne.
Odwracam się – domek stoi, ale wygląda jak nowy. W oknie miga cień, jakby ktoś patrzył. Butelka w plecaku parzy, a w środku coś chlupocze, jakby żywe. Robię krok w stronę domku, ziemia drży, w oddali szumi, jakby świat wracał. Biegnę, aż trafiam na szosę. Auto stoi, jakby nigdy nie zniknęło. Wsiadam, odpalam, a w lusterku widzę domek – w oknie coś błyska, jakby szkło butelki odbijało światło, choć nikogo tam nie było. Z plecaka dochodzi cichy szelest, jakby bimber szeptał.
Jadę, telefon pokazuje 15:30, jakby nic się nie stało. Mijam znak „Brzózki”, zardzewiały, jakby minęły dekady. Ten łyk bimbru pali w gardle, jakby coś we mnie zostawił. Nie wiem, co dziadek pędził, ale to nie był zwykły samogon. Coś w nim żyje – coś, co bawi się czasem i czeka. Nie wrócę. Nigdy.