Siema, dzidki!
Poprzednia część zakończyła się odjazdem z Buchary koleją dużych prędkości. 270 kilometrów do Samarkandy skład pokonał w dwie godziny (jeden przystanek po drodze).
Poprzednia część zakończyła się odjazdem z Buchary koleją dużych prędkości. 270 kilometrów do Samarkandy skład pokonał w dwie godziny (jeden przystanek po drodze).
Dojechałem około 18:00. Wysiadłem wiedząc, że do hotelu mam jakieś 8 kilometrów. Ale tym razem nie zamierzałem sprawdzać ile w tym mieście wynosi "opłata za bycie białym" doliczana do rachunku za taksówkę.
Od pierwszego dnia podróży miałem zainstalowaną aplikację Yandex Maps. Niektórzy to wiedzą, ale na wszelki wypadek wyjaśnię, że w dużym uproszczeniu Yandex to taki rosyjski Google.
Na Kaukazie i w Azji Środkowej mapy Yandex sprawdzają się lepiej niż te od Google, bo na tych drugich nie każde miejsce jest oznaczone, nie wszędzie są podane godziny otwarcia i jeśli ktoś miejscowy wystawia opinię jakiemuś miejscu, to na Yandex-ie, a nie na Google.
Yandex w tych krajach bardzo dobrze informuje o komunikacji miejskiej. Na mapie klikasz przystanek i wyświetla ci się lista linii autobusowych, które się na nim zatrzymują w kolejności od tego, który podjedzie najwcześniej. Klikasz kafelek z tą linią i na mapie widzisz jej trasę.
To się przydaje tym bardziej, że na przystankach nie ma żadnych rozkładów jazdy ani nawet numerów linii. Tak jakby miejscowym nie były potrzebne.
W każdym razie, z użyciem Yandex Maps sprawdziłem jak dojechać do hotelu z jedną przesiadką. Nie musisz mieć żadnej aplikacji - przy wejściach jest terminal do płatności kartą. W Samarkandzie przejazd, niezależnie od odległości i czasu, kosztuje 1700 somów (55 groszy).
Nie widziałem żeby starsze panie płaciły kartą (może mają za darmo - nie wiem). Dzieciaki wysiadając wręczają kierowcy gotówkę.
Od pierwszego dnia podróży miałem zainstalowaną aplikację Yandex Maps. Niektórzy to wiedzą, ale na wszelki wypadek wyjaśnię, że w dużym uproszczeniu Yandex to taki rosyjski Google.
Na Kaukazie i w Azji Środkowej mapy Yandex sprawdzają się lepiej niż te od Google, bo na tych drugich nie każde miejsce jest oznaczone, nie wszędzie są podane godziny otwarcia i jeśli ktoś miejscowy wystawia opinię jakiemuś miejscu, to na Yandex-ie, a nie na Google.
Yandex w tych krajach bardzo dobrze informuje o komunikacji miejskiej. Na mapie klikasz przystanek i wyświetla ci się lista linii autobusowych, które się na nim zatrzymują w kolejności od tego, który podjedzie najwcześniej. Klikasz kafelek z tą linią i na mapie widzisz jej trasę.
To się przydaje tym bardziej, że na przystankach nie ma żadnych rozkładów jazdy ani nawet numerów linii. Tak jakby miejscowym nie były potrzebne.
W każdym razie, z użyciem Yandex Maps sprawdziłem jak dojechać do hotelu z jedną przesiadką. Nie musisz mieć żadnej aplikacji - przy wejściach jest terminal do płatności kartą. W Samarkandzie przejazd, niezależnie od odległości i czasu, kosztuje 1700 somów (55 groszy).
Nie widziałem żeby starsze panie płaciły kartą (może mają za darmo - nie wiem). Dzieciaki wysiadając wręczają kierowcy gotówkę.
(zdjęcie zrobione dwa dni później. Zwykle w autobusach jest więcej ludzi). Dla miłośników komunikacji miejskiej wrzucam video. Pozostali mogą pominąć.
Następnego dnia, przed ósmą wyszedłem z hotelu. Przyjąłem za cel dostać się do Tadżykistanu (Samarkanda leży ledwie 40 kilometrów od granicy) i przed zmrokiem wrócić do hotelu. Było jasne, że wiele nie zobaczę. Chodziło mi właściwie tylko o to, aby móc dopisać kolejny kraj do listy odwiedzonych.
Autobusem dojechałem w okolice ronda przy wylotówce w stronę granicy. Aby jechać dalej, trzeba było złapać marszrutkę. A marszrutka wygląda mniej więcej tak:
Autobusem dojechałem w okolice ronda przy wylotówce w stronę granicy. Aby jechać dalej, trzeba było złapać marszrutkę. A marszrutka wygląda mniej więcej tak:
(na zdjęciu losowy Chevrolet Damas, ale takie same jeżdżą jako marszrutki).
Ten wehikuł jest krótszy i węższy od Mitsubishi Colta, ale zmieści się do niego kierowca i siedmioro pasażerów (dwa rzędy po trzy siedzenia plus jedno miejsce obok kierowcy).
Większość marszrutek ma za przednią szybą tablicę z nazwą miejscowości, do której jedzie. Nie mają rozkładów, nawet Yandex Maps ich nie uwzględnia. Trzeba zwyczajnie stanąć w miejscu, przy którym jest szansa, że marszrutka się zatrzyma i czekać. Tym miejscem nie musi być przystanek autobusowy. W Nukus widziałem ludzi czekających na marszrutkę przy krawędzi ruchliwej ulicy i rzeczywiście coś się zatrzymywało.
Jeśli marszrutka nie ma tablicy z nazwą miejscowości, trzeba zwyczajnie zapytać kierowcę dokąd jedzie.
Miejscowi na pewno wiedzą ile kosztują przejazdy na trasach, które ich interesują. Mnie się trafiło tak, że wsiadłem do Damasa, gdy jeszcze nie było w środku innych pasażerów. Za kurs pod samo przejście graniczne kierowca zaśpiewał 50.000 somów (około 16 złotych).
Cena wydała się uczciwa, jak na 40 kilometrów. Auto zatrzymywało się na przystankach w mijanych miescowościach, a tam ktoś wsiadał albo ktoś wysiadał. Ludzie w różnym wieku - starsza pani ze starszym panem, około 30-letnia pani z dwójką dzieci, dziewczyna która mogła jeszcze nie mieć 20 lat, panowie po 40-stce albo chłopak wyglądajacy na jakieś 12-13 lat. Pełen przekrój społeczeństwa.
Pomimo skromnych wymiarów auta, nie było mi ciasno, nawet gdy wszystkie miejsca były zajęte.
Ten wehikuł jest krótszy i węższy od Mitsubishi Colta, ale zmieści się do niego kierowca i siedmioro pasażerów (dwa rzędy po trzy siedzenia plus jedno miejsce obok kierowcy).
Większość marszrutek ma za przednią szybą tablicę z nazwą miejscowości, do której jedzie. Nie mają rozkładów, nawet Yandex Maps ich nie uwzględnia. Trzeba zwyczajnie stanąć w miejscu, przy którym jest szansa, że marszrutka się zatrzyma i czekać. Tym miejscem nie musi być przystanek autobusowy. W Nukus widziałem ludzi czekających na marszrutkę przy krawędzi ruchliwej ulicy i rzeczywiście coś się zatrzymywało.
Jeśli marszrutka nie ma tablicy z nazwą miejscowości, trzeba zwyczajnie zapytać kierowcę dokąd jedzie.
Miejscowi na pewno wiedzą ile kosztują przejazdy na trasach, które ich interesują. Mnie się trafiło tak, że wsiadłem do Damasa, gdy jeszcze nie było w środku innych pasażerów. Za kurs pod samo przejście graniczne kierowca zaśpiewał 50.000 somów (około 16 złotych).
Cena wydała się uczciwa, jak na 40 kilometrów. Auto zatrzymywało się na przystankach w mijanych miescowościach, a tam ktoś wsiadał albo ktoś wysiadał. Ludzie w różnym wieku - starsza pani ze starszym panem, około 30-letnia pani z dwójką dzieci, dziewczyna która mogła jeszcze nie mieć 20 lat, panowie po 40-stce albo chłopak wyglądajacy na jakieś 12-13 lat. Pełen przekrój społeczeństwa.
Pomimo skromnych wymiarów auta, nie było mi ciasno, nawet gdy wszystkie miejsca były zajęte.
Przed przejściem granicznym wszystko wyglądało prawie tak samo jak na przejściu pod Taszkentem - budki i stragany z kartami SIM, wymianą walut albo drobną gastronomią. Samo przejście graniczne też podobne do tego pod Taszkentem, tylko że mniejsze. Większość ludzi tam to migranci zarobkowi.
Od lat Tadżycy i Kirgizi (a w mniejszym stopniu Uzbecy i Kazachowie) wyjeżdżają do Rosji, gdzie pracują głównie na budowach albo jako kierowcy. Często podróżują samochodami i da się spotkać stare osobówki, zwykle Łady, na rosyjskich blachach, gdzie siedzi dwóch - trzech migrantów, a reszta auta jest wypchana po brzegi torbami, nierzadko wiozą coś na dachu.
Rosja nie jest już dla nich tak dogodnym miejscem do zarabiania pieniędzy jak przed rokiem 2022, ale nadal są tacy, którym opłaca się wyjeżdżać.
Po tadżyckiej stronie wymieniłem trochę waluty i dałem się znaleźć pierwszemu z brzegu taksówkarzowi. Dogadałem się, że podwiezie mnie na bazar w Pandżakencie (pierwsze, trochę większe miasto) i tam na mnie poczeka.
Od lat Tadżycy i Kirgizi (a w mniejszym stopniu Uzbecy i Kazachowie) wyjeżdżają do Rosji, gdzie pracują głównie na budowach albo jako kierowcy. Często podróżują samochodami i da się spotkać stare osobówki, zwykle Łady, na rosyjskich blachach, gdzie siedzi dwóch - trzech migrantów, a reszta auta jest wypchana po brzegi torbami, nierzadko wiozą coś na dachu.
Rosja nie jest już dla nich tak dogodnym miejscem do zarabiania pieniędzy jak przed rokiem 2022, ale nadal są tacy, którym opłaca się wyjeżdżać.
Po tadżyckiej stronie wymieniłem trochę waluty i dałem się znaleźć pierwszemu z brzegu taksówkarzowi. Dogadałem się, że podwiezie mnie na bazar w Pandżakencie (pierwsze, trochę większe miasto) i tam na mnie poczeka.
(widok z taksówki)
Wszystko da się zrobić z ZiŁ-a 130, nawet wóz strażacki (ten z pierwszego zdjęcia).
W środku bazar podobny do tych, które widziałem wcześniej w Kazachstanie i Uzbekistanie. Również pod tym względem, że nie mieli tam pocztówek.
W środku bazar podobny do tych, które widziałem wcześniej w Kazachstanie i Uzbekistanie. Również pod tym względem, że nie mieli tam pocztówek.
(melony sprzedawane prosto z paki Sprintera. Wielkiego da się kupić za równowartość około 10 - 15 zł. Mniejszych nie polecam, bo zwykle im większy, tym słodszy, a małe są bardziej nijakie w smaku. Ta sama reguła i te same ceny dotyczą arbuzów)
(okolice bazaru)
Potem podjechałem z taksówkarzem do muzeum dawnego Pandżakentu.
Potem podjechałem z taksówkarzem do muzeum dawnego Pandżakentu.
Na początku VIII wieku Pandżakent leżał na wschodnich rubieżach Sogdiany - królestwa rządzonego przez dynastię pochodzącą z Persji. Królestwo podbili Arabowie, ale już po kilku latach w tej okolicy wybuchł bunt przeciwko nowym władcom.
W roku 722 Arabowie zdobyli Pandżakent i wymordowali wszystkich mieszkańców, których było wtedy około 3000 (nie tak mało, jak na tamte czasy). Sporą część budynków zniszczono. Później miasto zaczęło się odradzać i budować od zera, parę kilometrów od ruin. Muzeum mieści się właśnie tam, gdzie Pandżakent znajdował się zanim go Arabowie zaorali.
W roku 722 Arabowie zdobyli Pandżakent i wymordowali wszystkich mieszkańców, których było wtedy około 3000 (nie tak mało, jak na tamte czasy). Sporą część budynków zniszczono. Później miasto zaczęło się odradzać i budować od zera, parę kilometrów od ruin. Muzeum mieści się właśnie tam, gdzie Pandżakent znajdował się zanim go Arabowie zaorali.
(pozostałości po dawnym Pandżakencie, a w tle widać co wyższe budynki dzisiejszego miasta).
Stamtąd już skierowałem się już w drogę powrotną do granicy. Po trasie kierowca zatrzymał się na stacji benzynowej i ku mojemu zdziwieniu, okazało się, że paliwo w Tadżykistanie jest po 7,50 - 8,00 złotych. Dwa razy drożej niż w Uzbekistanie. A nawet drożej niż w Polsce.
Kierowca powiedział, że czasami tankuje po uzbeckiej stronie, ale nie tak często, jakby chciał, bo przekroczenie granicy samochodem potrafi zająć więcej niż dwie godziny w jedną stronę.
Poniżej widok z taksówki w drodze powrotnej.
Stamtąd już skierowałem się już w drogę powrotną do granicy. Po trasie kierowca zatrzymał się na stacji benzynowej i ku mojemu zdziwieniu, okazało się, że paliwo w Tadżykistanie jest po 7,50 - 8,00 złotych. Dwa razy drożej niż w Uzbekistanie. A nawet drożej niż w Polsce.
Kierowca powiedział, że czasami tankuje po uzbeckiej stronie, ale nie tak często, jakby chciał, bo przekroczenie granicy samochodem potrafi zająć więcej niż dwie godziny w jedną stronę.
Poniżej widok z taksówki w drodze powrotnej.
Za w sumie około 50 kilometrów plus łącznie godzinę oczekiwania (bazar i muzeum) taksówkarz wziął w przeliczeniu około 100 złotych.
Około 17:00 byłem znowu w Samarkandzie. Niektórzy pytają o miejscową kuchnię, dlatego poniżej pokazuję manti. Podobne do pierogów - w środku wołowe mięso, polane czymś co z wyglądu i smaku przypomina maggi.
Około 17:00 byłem znowu w Samarkandzie. Niektórzy pytają o miejscową kuchnię, dlatego poniżej pokazuję manti. Podobne do pierogów - w środku wołowe mięso, polane czymś co z wyglądu i smaku przypomina maggi.
To białe na środku z początku wyglądało mi na majonez, ale na szczęście to był jogurt. Gęstszy od zwykłego jogurtu, ale nie tak gęsty jak jogurt typu greckiego. Dodatkowo podali butelkę ze słodko-ostrym sosem i pieczywo.
Trzeba być bardzo głodnym albo bardzo ruskim, żeby zagryzać pierogi chlebem.
Odnoszę wrażenie, że manti to taka potrawa, której smak zależy od tego kto i jak je robił. To z nagrania powyżej średnio mi smakowało, ale dwa dni później, w innym lokalu jadłem lepsze, podane z pomidorami i cebulą.
To wszystko na dzisiaj. Dziękuję za doczytanie do końca i pozytywny odbiór.
Pozdrawiam i wypierdalam,
ObywatelPiwnicy
Trzeba być bardzo głodnym albo bardzo ruskim, żeby zagryzać pierogi chlebem.
Odnoszę wrażenie, że manti to taka potrawa, której smak zależy od tego kto i jak je robił. To z nagrania powyżej średnio mi smakowało, ale dwa dni później, w innym lokalu jadłem lepsze, podane z pomidorami i cebulą.
To wszystko na dzisiaj. Dziękuję za doczytanie do końca i pozytywny odbiór.
Pozdrawiam i wypierdalam,
ObywatelPiwnicy