16
Kto kazał Warszawiakom wzniecić Powstanie Warszawskie
Po tragicznej śmierci gen. Władysława Sikorskiego 4 lipca 1943 roku nastąpiło rozdzielenie funkcji polskiego premiera i Naczelnego Wodza. Tym pierwszym został ludowiec Stanisław Mikołajczyk, drugim zaś zasłużony piłsudczyk gen. Kazimierz Sosnkowski.


Najoględniej mówiąc, panowie za sobą nie przepadali. Co zaś najważniejsze – mieli zupełne inne wizje tego czy w obliczu wkroczenia do Polski Armii Czerwonej powinno wybuchnąć antyniemieckie postanie.
Kto kazał Warszawiakom wzniecić Powstanie Warszawskie
Powstanie przerodzi się w rzeź masową ludności polskiej

Jak czytamy, w wydanych po raz pierwszy w Polsce, wspomnieniach Witolda Babińskiego pt. „Przyczynki historyczne do okresu 1939-1945” gen. Sosnkowski – którego Babiński był adiutantem – stawiał sprawę jasno, pisząc np. w grudniu 1943 roku do premiera że:


powstanie zbrojne w Polsce we współdziałaniu z armiami sowieckimi musi być poprzedzone przez nawiązanie stosunków dyplomatycznych z Sowietami, przy czym rząd polski obstaje przy integralności granic wschodnich Rzeczpospolitej.
Kto kazał Warszawiakom wzniecić Powstanie Warszawskie
Generał podkreślał ponadto, że aby zryw miał jakiekolwiek szanse powodzenia Armia Krajowa musi zostać najpierw dozbrojona, zaś moment rozpoczęcia walk trzeba starannie wybrać, ponieważ w innym wypadku: próba powstania przerodzić się musi w rzeź masową ludności polskiej, zaś morze krwi przelanej nie da bynajmniej spełnienia polskich celów wojny.


Takie rozterki były obce Stanisławowi Mikołajczykowi, dla którego wizja wybuchu powstania była kartą przetargową, służącą do wywierania – w jego mniemaniu – skutecznego nacisku na Stalina.


Jak stwierdza w swojej książce Witold Babiński, już w październiku 1943 roku podczas rozmowy z brytyjskim ministrem spraw zagranicznych Antonym Edenem:


Mikołajczyk zwracał uwagę na groźbę faktów dokonanych ze strony Rosji i groził, że w obronie przed bezprawiem może w Polsce wybuchnąć powstanie przeciw Sowietom („najpierw przeciw Niemcom, później przeciw Sowietom”), a w takim wypadku rząd nasz udałby się z Londynu do Polski.


Minister Eden wysoce zainteresował się sprawą zbrojnego powstania i dał do zrozumienia, że wykorzysta to jako argument do rozmów w czasie konferencji w Moskwie.
Kto kazał Warszawiakom wzniecić Powstanie Warszawskie
Kolejne miesiące upływały pod znakiem ożywionej dyskusji między Naczelnym Wodzem a premierem na temat tego, jakie muszą zajść okoliczności, aby powstanie doszło do skutku. I co tak naprawdę można nazwać powstaniem, a co szeroko zakrojoną akcją dywersyjną.


Sosnkowski zdawał sobie doskonale sprawę, że bez jasnej deklaracji Stalina o pomocy dla ewentualnego powstania, już na starcie jest ono skazane na porażkę i utopienie we krwi.


Na każdym kroku podkreślał również, że nie ma co liczyć na wydatne wsparcie ze strony Anglosasów. Konsekwentnie obstawał przy tym, że chwycić za broń można tylko w przypadku załamania się Niemców i wojskowego ich rozkładu.


Tymczasem Mikołajczyk, kierując się doraźnymi kalkulacjami politycznymi, robił właściwie wszystko, aby doprowadzić do wzniecenia powstania. Zupełnie nie zwracał przy tym uwagi na aspekty militarne i nieuniknione ofiary. Ostatecznie, na początku lipca 1944 roku, doszło do tego, że premier wysłał do kraju depeszę, do której – jak pisze Babiński:


dodał dłuższe wywody, nie tylko z Naczelnym Wodzem nieuzgodnione, ale stojące w sprzeczności z jego poglądem. Wywody te nie mogły być przez kraj zrozumiane inaczej jak tylko jako zachęta do powstania.


Premier, grając na uczuciach patriotycznych członków podziemia, pisał między innymi:


Jeśli chodzi o Armię Krajową to sami wołaliśmy, że czas nadejdzie. [Dziś] możemy być oskarżeni o ciche porozumienie z Niemcami. Na wschodzie walka i tak rozgorzała, czy więc nie warto by tego ogłosić powstaniem?
Kto kazał Warszawiakom wzniecić Powstanie Warszawskie
W dalszej części proponował, aby zadeklarować, że administracja podziemna jest i działa. Stwierdzał również, że jeśli Sowieci tego nie uszanują, to będziemy mieli argument na gruncie międzynarodowym. Jednocześnie Mikołajczyk naciskał na pilną odpowiedź, ponieważ każdy dzień decyduje o powodzeniu akcji. Na koniec zaś wymownie pytał:


Czyście rozpatrzyli kwestię powstania na wypadek rozsypki Niemców, ewentualnie częściowego powstania, gdzie przed przyjściem Sowietów objęliby władzę: Delegat Rządu i Komendant AK?


Powyższe cytaty stawiają działania Mikołajczyka w kłopotliwym świetle. To wciąż jednak nic wobec tego, co wydarzyło się 26 lipca. Tuż przed swoim odlotem na negocjacje w Moskwie premier bez wiedzy prezydenta, rządu oraz Naczelnego Wodza skierował do kraju depeszę, która brzmiała.


Na posiedzeniu Rządu RP zgodnie zapadła uchwała upoważniająca Was do ogłoszenia powstania w momencie przez Was wybranym. Jeżeli możliwe – powiadomić nas przedtem (cyt. za: Witold Babiński, „Przyczynki historyczne do okresu 1939-1945”).
Kto kazał Warszawiakom wzniecić Powstanie Warszawskie
Ten jeden, samowolny dokument miał kluczowe znaczenie dla wybuchu Powstania Warszawskiego. Wcześniej wiążąca była „Instrukcja dla Kraju” z 27 października 1943 roku, na mocy której obowiązywała zasada: ocena możliwości […] należy do kraju; decyzja ostateczna i wybór momentu – do rządu.


Przy bardzo sceptycznym nastawieniu Naczelnego Wodza, zasada ta stawiała wybuch walk pod dużym znakiem zapytania.


Depesza Mikołajczyka zupełnie zmieniła sytuację. Dopiero 28 lipca, po fakcie, jej treść została potwierdzona uchwałą rady ministrów. W ten oto sposób – jak podkreśla Witold Bobiński – premier wziął na siebie odpowiedzialność za wybuch powstania z jednoczesnym przerzuceniem jej formalnie na kraj.
Kto kazał Warszawiakom wzniecić Powstanie Warszawskie
Obrazek zwinięty kliknij aby rozwinąć ▼
11
Dnia 28 lutego roku 1944 doszło do kilku masakr ludności polskiej, których to masakr dopuścili się Niemcy oraz Ukraińcy, a o wydarzeniach tych poniżej.
Masakra Korościatynia i nie tylko
Pierwszym wydarzeniem będzie masakra nieistniejącej już wsi o nazwie Huta Pieniacka (obwód Lwowski, Ukraina), gdzie znajdował się kościół, szkoła, 172 gospodarstwa zamieszkane przez ponad 1000 ludzi, w większości Polaków (według spisu z rok 1939 w miejscowości było 760 stałych mieszkańców. Doszło tam do masakry od 600 do ponad 1500 Polaków, a według śledztwa IPN-u ok. 850 osób. oprócz mieszkańców, ofiarami padli również Żydzi ukrywający się w wiosce i uchodźcy z Wołynia, którym udało się uciec w 1943 roku. Winny tego czynu był 4 pułk Policji SS (pułk utworzony z ukraińskich ochotników, którzy ze względu na problemy np. zdrowotne, nie dostali się do SS Galizien) pod dowództwem Oberstleutnanta Schutzpolizei Siegfrieda Binza, któremu to pułkowi pomagał lokalny oddział UPA (sotnia ,,Siromanci" dowodzona przez Dimytra ,,Jastruba" Karpenke) oraz oddział Włodzimierza Czerniawskiego i okoliczna ukraińska ludność cywilna.


Za początek rzezi można uznać wydarzenie z dnia 23 lutego 1944 roku, które mogło być przyczyną masakry. Od początku roku 1944 we wsi przebywał oddział grupy dywersyjnej NKWD pod dowództwem Dimitrija Medwiediewa i wieści o tym szybko dotarły do Niemców. W związku z atakami ukraińskimi na ludność polską, we wsi utworzono oddział samoobrony (złożony z ok. 40 osób) pod dowództwem Kazimierza ,,Satyra" Wojciechowskiego. Gdy Sowieci opuścili wieś, to dnia 23 lutego do miejscowości przybył patrol oddziału SS Galizien i doszło do walki pomiędzy oddziałem SS a oddziałem samoobrony, który to oddział wspierany był przez 2 pluton AK z Huty Wierchobuskiej (Polacy myśleli że walczą z bandytami z UPA, którzy jedynie przebrali się za żołnierzy). Podczas walk poległo dwóch Ukraińców (Oleksy Bobaka i Roman Andrijczuk, na podstawie ich dokumentów osobistych udało się ustalić, że byli oni żołnierzami stacjonującej w Brodach SS Freiwilligen Division ,,Galizien"), wybawieniem przed klęską oddziału SS okazała się sotnia UPA ,,Siromanci", która zaatakowała oddziały Polaków od boku. W odwecie Niemcy wysłali do wsi jeden z batalionów 4 galicyjskiego pułku SS, dowodzonego przez Oberstleutnanta Schutzpolizei Siegfrieda Binza. W nocy z 27 na 28 lutego do wsi przybył łącznik AK, który przekazał rozkaz Inspektoratu AK, aby samoobrona postarała się uniknąć walki i wycofała się (niektórzy zignorowali rozkaz i zostali, ale w wyniku przewagi sił oponentów, pochowali oni broń i nie walczyli w nadziei na uniknięcie masakry), aby stworzyć złudny obraz tego, że we wsi przebywają tylko kobiety, starcy i dzieci, co miało dać nadzieję na oddanie wioski bez walki, a co za tym idzie ocalenie mieszkańców i uniknięcie pacyfikacji.


Masakra Korościatynia i nie tylko
Pomnik pamięci ofiar w Hucie Pieniackiej, wysadzony w 2017 roku.
Wreszcie dnia 28 lutego do wsi przybył wyżej wspomniany pułk Policji SS (w skład którego oprócz Ukraińców wchodzili też Niemcy), wspierany przez okoliczną ludność ukraińską, oddział Włodzimierza Czerniawskiego i sotnia UPA ,,Siromanci" (która to sotnia pomogła wcześniej w walce z samoobroną). Otoczyli oni wieś i przystąpili do ostrzału z moździerzy i karabinów maszynowych, podczas owego ostrzału mieszkańcy próbowali schronić się w piwnicach i uprzednio przygotowanych schronach. Gdy ostrzał się zakończył, bandyci wkroczyli do wsi, rozstrzeliwując ludzi próbujących ucieczki, a resztę wyprowadzali z domów i grupami zapędzali do lokalnego kościoła. Zachowywali się przy tym bardzo brutalnie np. zabrali jednej kobiecie noworodka i zabili go rzutem o ścianę, inną kobietę która podczas ataku rodziła zastrzelili (jej nowonarodzone dziecko mieli zwyczajnie ,,rozdeptać", a akuszerke próbującą bronić tę dwójkę zastrzelono). Innej kobiecie, 70-letniej Rozalii Sołtys rozpruli brzuch bagnetem. Prawie 20 osób z grupy mieszkańców doprowadzonych do kościoła ukryło się w piwnicy świątyni lub na jej wieży, przez co udało im się przeżyć (kościół zaminowano więc nie było szans na ucieczkę), z kolei ok. 40 osób zdołało się ukryć w stodole rodziny Relich, w związku z czym budynek oblano benzyną i podpalano, na szczęście 10 dziewczynom udało się uciec, pomimo oddawanych w ich stronę strzałów. Wszystkie domy i zabudowania gospodarcze były ograbiane z dobytku przez cywilną ludność ukraińską, a dowódcę samoobrony ,,Satyra" przed kościołem bestialsko pobito, oblano benzyną i na żywca spalono (wcześniej w jego domu została zabita córka i żona oraz żydzi, których on ukrywał), w godzinach popołudniowych zaczęto wyprowadzać kilkunastoosobowe grupy z kościoła do stodół oraz innych zabudowań gospodarczych i zabijać za pomocą broni maszynowej oraz spalać na żywca, poprzez podpalanie budynków. Wreszcie ok. godziny 17 bestie w ludzkich skórach opuściły wieś, a nieliczni mieszkańcy którym udało się przeżyć znaleźli schronienie w okolicznych miejscowościach. 

Łącznie ucieczka udała się ok. 160 osobom, w tym ocalała m.in. Wanda Gośniowska, której córka prowadzi Stowarzyszenie Huta Pieniacka, które to stowarzyszenie upamiętnia zbrodnie dokonaną przez ukraińskich nacjonalistów i zrzesza ludzi ocalałych z ludobójstwa i członków ich rodzin). Jedna z oacałych osób wspomina że niedaleko wsi była leśniczówka, gdzie mieszkał leśniczy ze swoją ukraińską żoną i gdy osoba ta, która uciekła z płonącej stodoły dotarła to leśniczówki, to budynek płonął, na drzewie wisiał leśniczy, a jego żona leżała na łóżku wystawionym przed leśniczówkę i krzyczała- ,,Przyszedł na was czas Lachy". Inny ocalały wspomina, że matka jemu i jego bratu kazała uciekać do sąsiadki, ale przyszedł tam żołnierz w niemieckim mundurze mówiący po polsku (prawdopodobnie Ślązak) i kazał im uciekać, więc schowali się za domem w stercie ziemi, gdzie czekali aż wszystko ucichnie, po czym uciekli. Pomordowanych pochowano przy jedynych budynkach, które się ostały czyli przy szkole i kościele.

I tak mogla wyglądać zagłada Huty Pieniackiej, napisałem mogła bo według relacji niektórych świadków pewne elementy się różnią. Według niektórych powodem masakry miał być sam fakt współpracy niektórych mieszkańców wsi z AK, a nie atak na oddział SS Galizien. Sam atak miał odbyć się również rankiem bez żadnego ostrzału, mieszkańcy poprowadzeni do kościoła i szkoły, a same mordy miały odbywać się wyłącznie przez spalanie żywcem.

Masakra Korościatynia i nie tylko
Odbudowany pomnik ofiar w Hucie Pieniackiej.
Drugim wydarzeniem będzie pacyfikacja wsi Wanaty (województwo Mazowieckie), która to pacyfikacja została dokonana przez Niemców, którym według zeznań świadków pomagali kolaboranci ze wschodu. Sama wieś w lutym 1944 roku liczyła sobie 28 gospodarstw, a liczba ludności wynosiła ok. 130 osób (32 rodziny, a po ,,wyzwoleniu" sowieckim zamieszkało tam 9 rodzin), część tej ludności aktywnie współpracowała z polskimi partyzantami, a okoliczne lasy były kryjówką partyzantów.

Wszystko zaczęło się od przypadkowego spotkania żandarmów niemieckich i oddziału AK. Oddział AK ,,Flądra" pod dowództwem Jana ,,Maxa" Kosickiego składający się z 13 osób miał osłaniać aliancki zrzut nieopodal historycznych Maciejowic, w tym celu partyzanci wyruszyli ze wsi Miętne (gmina Garwolin). dnia 21 lutego przechodząc obok wsi Wanaty natrafili na pościg żandarmów (Schutzpolizei w liczbie ok. 18 osób) za mieszkańcem wsi, w wyniku czego wywiązała się walka, w trakcie potyczki zginęło 5 żandarmów, 3 zostało rannych, a 10 zdołało uciec. W odwecie starosta garwoliński, Karl Freudenthal wydał rozkaz pacyfikacji wsi (warto zwrócić uwagę na fakt, że pacyfikacja ta poprzedzała Wielka łapankę zorganizowaną w powiecie garwolińskim), w nocy z  27 na 28 lutego, do wsi przybyła ekspedycja karna Niemców ( ekspedycja składała się z żandarmerii i Gestapo oraz według niektórych źródeł funkcjonariuszy kriminalpolizei i granatowych policjantów) z oddziałem kolaborantów ze wschodu (o wschodnich kolaborantach mówi się różnie, jedni że byli to po prostu Ukraińcy, a inni mówią o  oddziale zwykłych ,,kałmuków", teorię o Ukraińcach mogą potwierdzać relacje świadków, według których było słychać język Ukraiński) i przystąpili oni do pacyfikacji miejscowości. W nocy ok. godziny 2:00 wieś otoczono, potem o świcie Niemcy wkroczyli do wsi i rozstawiali warty na ulicach i wokół wsi, więc mieszkańcy próbujący ucieczki byli rozstrzeliwani. Następnie ok. godziny 7:00 rano do wsi wkroczyły 3 grupy, pierwsza grupa chodziła po domach mordując mieszkańców (najczęściej strzał w głowę), następnie szła druga grupa, która rozkładała majątek zabitych, a cały pochód zamykała czteroosobowa grupa, która podpalała obrabowane zabudowania (osoby ranne, które zostały w zabudowaniach były palone żywcem). Dnia tego zamordowano łącznie 108 osób (w tym 35 kobiet i 47 dzieci (poniżej 16 roku życia)), na szczęście części mieszkańców udało się przeżyć, bo nie byli oni we wsi, dobrze się ukryli lub ranni uciekli z płonących zabudowań. Zwłoki i prochy ofiar pochowano we wspólnej mogile, w miejscowości Łaskarzew, poniżej załączam link do artykułu z relacjami osób ocalałych z rzezi:

https://garwolin.org/archiwa/16694

Masakra Korościatynia i nie tylko
Plakat rekrutacyjny do SS Galizien w języku Niemieckim i Ukraińskim.
 Ostatnie wydarzenie to masakra miejscowości Korościatyn (obecnie Krynycia, obwód Tarnopolski, Ukraina). Przed wojną w roku 1939 we wsi była stacja kolejowa, szkoła i 156 gospodarstw (206 rodzin polskich, 4 ukraińskie i jedna żydowska), a liczba mieszkańców wynosiła ok. 900 osób.Gdy wybuchła wojna Sowieci przejęli wieś, potem w lipcu 1941 roku zajęli ją Niemcy, a następnie w lipcu 1944 r. znów Sowieci.

Zimą na przełomie 1943/1944 roku na skutek doniesień o nasilających się mordach na Polakach ze strony ludności ukraińskiej, w Korościatynie zorganizowano samoobronę pod dowództwem podchorążego Wojska Polskiego Stanisława Różańskiego, która co noc wystawiała warty. 28 lutego 1944 roku wieczorem  ok. godziny 18, gdy wartownicy dopiero rozchodzili się na posterunki do wsi z trzech stron (od strony dróg prowadzących do miejscowości Wyczółek, Zadarów ((wieś ukraińska)), Komarówka)nadciągnęły oddziały UPA wraz z ukraińską ludnością cywilną. Dostali się oni do wsi, bo znali rozkład wart, hasła wartowników i podali się za polskich partyzantów (rozkład wart i hasła miała im podać Ukrainka, która brała ślub w Korościatynie), krzycząc po polsku do wartowników. Korzystając z efektu zaskoczenia zajęli oni stację kolejową, gdzie przecięli druty telegraficzne, zniszczyli tory i zamordowali urzędników pracujących na stacji i podróżujących czekających na pociąg (łącznie 21 osób, w tym przypadkowo 1 Ukrainiec), następnie zaatakowano wieś i mordowano ludzi za pomocą siekier,noży, broni palnej czy narzędzi rolniczych. Niektóre z ofiar były torturowane i np. wycinano im języki, wydłubywano oczy, przypalano ogniem czy obcinano kobietom piersi. Według świadków Ukraińcy podzielili się na 3 grupy: pierwsza zajmowała się mordowaniem, druga grabieżą dobytku, a trzecia podpalaniem zabudowań (w podpalaniu miały uczestniczyć nawet dzieci w przedziale wiekowym 12-14 lat). Samym atakiem miał kierować greckokatolicki duchowny wraz z córką, znany z nazwiska jako Pałabicki. Dzięki samoobronie udało się uratować część mieszkańców, a sam atak, który trwał do godzin porannych miała przerwać odsiecz polskiej partyzantki ze wsi Puźniki. Podczas ataku na stację kolejową i wieś zostało zamordowane łącznie 156 osób (w tym  kilkanaście dzieci od 4 do 12 roku życia, zidentyfikować udało się tylko 78 ofiar), a zabudowania wsi podpalono (ostał się jedynie kościół i plebania). Pomordowanych pochowano w zbiorowej mogile na lokalnym cmentarzu.

Masakra Korościatynia i nie tylko
Tablica ku pamięci ofiar z Korościatynia, znajduja się w Radwanowicach.
Masakra Korościatynia i nie tylko
Zdjęcie tego jak mogły wyglądać wioski po pogromach. Tutaj przykład ze wsi Lipniki.
Obrazek zwinięty kliknij aby rozwinąć ▼
0.090663194656372