9
Dyskusje ogólne
1 r
24
Kiedyś w woju jeszcze w zetce (zasadniczej służbie wojskowej) mieliśmy dowódcę psychopate, który wydawał z dupy często nielogiczne rozkazy. Najbardziej zapamiętałem jak raz ziomkowi kazał kosić trawę kiedy śnieg leżał xD I kosił xD Kapitan Xsiński miał pierdolca na punkcie rejonów (porządków). Do pułku ochrony trafił z BREPu, mówiło się na nich Konie, bo stukali podkutymi oficerkami jak konie, oni tam są szczególnie dyscyplinowani, np. na służbie przy Grobie Nieznanego Żołnierza zmieniają się co godzinę i w czasie wolnym muszą prasować mundury reprezentacyjne itd. itp. Ogólnie przesrane jest na BREPie. Jednego razu Koń kazał nam wypastować korytarz na pododdziale. Polegało to na tym, że na podłogę wylewało się pastę miodówkę, odwracało się do góry nogami stolik i pod spód podkładało się sfilcowany koc. Jeden dla obciążenia stał na tym odwróconym stole a 4 pozostałych ciągnęło tą froterkę w tą i z powrotem, aż do osiągnięcia połysku podłogi xD Wszystko byłoby by git, gdyby nie kazał nam następnie sprzątać magazynku, gdzie były maski, opeksy, szelki taktyczne, saperki i cały osprzęt na poligon (w Rembertowie jest na poligonie tzw. pustynia). Najgorsze, że wyciągaliśmy z tego magazynku wszystko w piachu na wcześniej wypolerowany korytarz. I robota głupiego, wszystko jak krew w piach. Od początku, bo Koń się jebnął, że nie rozkazał zrobić najpierw magazynku. Cóż przyroda.
Koń tak nas gnębił, znęcał się psychicznie itp, np. raz przy -15 st C, kazał nam biegać w opeksie, masce, z plecakiem i oczywiście giwerą, to niektórzy rzygali do masek, tak dostawaliśmy w pizde. Oczywiście w lecie 30 st C, też w tym gumowym kondonie i masce biegaliśmy, aż pot lał się strumieniami, po biegu z masek wylewaliśmy wodę. A w masce ciężko się oddycha i mózg nie dostaje tyle tlenu ile trzeba przy takim wysiłku i pojawiają się mroczki przed oczami, mi się obraz zaciemniał nie raz. Jeden chłopak nie wytrzymał i zadzwonił na wojskowy telefon zaufania i wyjebał wszystko co odpierdalał Koń, że traktował nas gorzej niż szwejów i szmaciarzy. Poszedł raport do dowódcy jednostki, który też był Koniem notabene, i przyszedł do nas na kompanię i jebał kapitana przy żołnierzach jak burą sukę. I jeszcze mówi mu: byłeś moim oczkiem w głowie i planowałem dla ciebie szybki awans do sztabu, ale teraz to będziesz gnił jako dowódca na kompanii długie lata zanim awansujesz.
Najsławniejszym i najstarszym żołnierzem na jednostce był zdegradowany z chorążego do sierżanta za chlanie wódy Jurek. Jurek to był przechuj, z nim nie dało się nudzić, cały czas coś odpierdalał xD Gdy przyjeżdżała kontrola z DGW to nie jechali do dowódcy jak to się powinno odbyć, tylko najpierw do Jurka. I wyciągali od niego wszystko co się działo na pułku, bo on wiedział wszystko od podszewki. Jurek był alkoholikiem i wysyłał w czasie pracy żołnierzy do sklepu po małpki. A np. jak rozdawał wodę w lecie żołnierzom ze swojego plutonu, to kazał im się ustawić 10-15m od zgrzewek z wodą i on im ją rzucał jak psom do czasu kiedy każdy złapał butelkę. Porozbijane głowy, siniaki na ciele po takim "rozdawaniu" wody to była norma, a wodę wydawało się codziennie xD Raz jakiś bażant (młody oficer tuż po szkole oficerskiej) przyjebał się do Jurka, że mu nie oddał honorów jak go mijał. Jurek obrócił się na pięcie i zasalutował mu obiema rękami "masz z dubeltówki bażancie i spier…" xD
Koń tak nas gnębił, znęcał się psychicznie itp, np. raz przy -15 st C, kazał nam biegać w opeksie, masce, z plecakiem i oczywiście giwerą, to niektórzy rzygali do masek, tak dostawaliśmy w pizde. Oczywiście w lecie 30 st C, też w tym gumowym kondonie i masce biegaliśmy, aż pot lał się strumieniami, po biegu z masek wylewaliśmy wodę. A w masce ciężko się oddycha i mózg nie dostaje tyle tlenu ile trzeba przy takim wysiłku i pojawiają się mroczki przed oczami, mi się obraz zaciemniał nie raz. Jeden chłopak nie wytrzymał i zadzwonił na wojskowy telefon zaufania i wyjebał wszystko co odpierdalał Koń, że traktował nas gorzej niż szwejów i szmaciarzy. Poszedł raport do dowódcy jednostki, który też był Koniem notabene, i przyszedł do nas na kompanię i jebał kapitana przy żołnierzach jak burą sukę. I jeszcze mówi mu: byłeś moim oczkiem w głowie i planowałem dla ciebie szybki awans do sztabu, ale teraz to będziesz gnił jako dowódca na kompanii długie lata zanim awansujesz.
Najsławniejszym i najstarszym żołnierzem na jednostce był zdegradowany z chorążego do sierżanta za chlanie wódy Jurek. Jurek to był przechuj, z nim nie dało się nudzić, cały czas coś odpierdalał xD Gdy przyjeżdżała kontrola z DGW to nie jechali do dowódcy jak to się powinno odbyć, tylko najpierw do Jurka. I wyciągali od niego wszystko co się działo na pułku, bo on wiedział wszystko od podszewki. Jurek był alkoholikiem i wysyłał w czasie pracy żołnierzy do sklepu po małpki. A np. jak rozdawał wodę w lecie żołnierzom ze swojego plutonu, to kazał im się ustawić 10-15m od zgrzewek z wodą i on im ją rzucał jak psom do czasu kiedy każdy złapał butelkę. Porozbijane głowy, siniaki na ciele po takim "rozdawaniu" wody to była norma, a wodę wydawało się codziennie xD Raz jakiś bażant (młody oficer tuż po szkole oficerskiej) przyjebał się do Jurka, że mu nie oddał honorów jak go mijał. Jurek obrócił się na pięcie i zasalutował mu obiema rękami "masz z dubeltówki bażancie i spier…" xD
Kiedyś, kiedyś na jednostce był chlewik gdzie hodowano świnie na mięsko dla żołnierzy i przyjechał jakiś generał na kontrole, to Jurek zabrał go do świnek i gdy wchodzili do chlewiku to Jurek krzykną "świnie baczność" xD Albo w zimie mieliśmy apel na placu, przy którym były koszary gdzie Jurek miał służbę i plac był trochę oblodzony, dowódca jednostki z mównicy kazał lecieć po dyżurnego, żeby posypał piachem te miejsca, którymi będziemy maszerować z powrotem na pododdziały, żeby nikt nogi nie złamał. Jak Jurek dowiedział się, że jest rozkaz od dowódcy jednostki to głośno pospieszał tego dyżurnego. Biedny miał tylko plastikową szuflę i nie mógł rozbić i rozdrobnić zamarzniętego piach, Jurek darł morde na niego, on biedny w końcu połamał tą szuflę. Wszystko na oczach całego pułku, wszyscy pękali ze śmiechu, a Jurek klął jak najęty. W końcu ktoś z drugiej kompanii się politował i przyniósł im metalowy szpadel, którym jakoś rozdrobnili ta zamarzniętą kupę piachu i posypali plac.
Ogólnie to tam gdzie zaczyna się wojsko kończy się logika, a ludzie tam pracujący czasami bywają ech... szkoda strzępić ryja. Miałem takiego przełożonego kaprala, który był synem byłego oficera politycznego za komuny. Bo w PRLu na każdej jednostce musiał być oficer polityczny i pilnował żołnierzy, żeby nie wykiełkował się przypadkiem jakiś element solidarnościowy, opozycyjny. I ten kapral miał totalnie sprany beret przez tego ojca komunistę. Kiedyś raz wchodzi na salę, gdzie ja sobie leżałem na wozie (łóżku) a ten do mnie: "Coś się tak rozjebał jak Popiełuszko w bagażniku?" Kurwa myślałem, że mu wyjebie lepę na pysk, ale było za dużo świadków, to odburknąłem mu tylko, że "czemu tu szukasz chuja do dupy, kiedy my mamy czas wolny i możemy trochę odsapnąć". Zasadniczo to w zetce było ciężko szczególnie jako służba wartownicza. My robiliśmy 3 etaty w miesiąc. Powiedzmy, że w poniedziałek mamy dzień służby. Od pobudki o 5:30, o 6:00 zaprawę 3km na stadionie, potem śniadanie o 7 i po śniadaniu zajęcia do godz. 13:30 do obiadu. Po obiedzie o 14:30 odprawa i na służbę 24h od 16 do 16 we wtorek. To już wychodzi 34,5h pracy. We wtorek po powrocie ze służby od 17, żeby nam się w dupach nie poprzewracało, rejony (porządki), grabienie liści, wycinanie chwastów z miedzy kafelków, zamiatanie, obierak na kuchni (trzeba było obrać ziemniaki na następny dzień na obiad dla całego pułku), czyszczenie pododdziału, ubikacji, łazienki, sal, świetlicy, no dosłownie wszystkich pomieszczeń. Rejony trwały tak do 21:30 z przerwą 30min na kolację o 18. Po kolacji inne czynności, wymiana pościeli, podkoszulków, pranie mundurów (wiecie jaka jest najlepsza temperatura do schnięcia munduru? 36,6 st C, czyli na garbie) i bielizny, prysznic albo na tzw. świniarnię, czyli natryski zbiorowe gdzie z fletami na wierzchu kąpał się cały puton, ze 30 chłopa. Jeden gość nie wyglądający na ciepłego, miał zawsze erekcję na świniarni xD Chyba podobał mu się i podniecał go widok 30stu kutangów xD Cóż... O 21:30 capstrzyk, gasimy światła i do spania. Mieliśmy świetlice z telewizorem i PlayStation ale po takim dniu nikomu nie chciało się podrapać po dupie, a co dopiero oglądać tv albo grać, wszyscy szli w kime. To w sumie w takim dniu po służbie wychodziło 4,5h pracy. W środę pobudka 5:30 i wszystko jak w schemacie od nowa i w kółko dzień świstaka przez całe 9 m-cy. Czyli w dwa dni 34,5 + 4,5h = 39h. Czyli w 30 dni wychodziło 585h... 3,6 etatu. Ale nie zapominajmy, że w zetcebył żołd! Ok 200zł miesięcznie. Czyli 34 grosze za godzinę XD To byli czasy.
Dobra kończę już i wypierdalam. Jak jeszcze mi się kiedyś coś przypomni to napiszę więcej. Elo!
ps. mimo wszystko uważam, że lata w woju (w zetce i później jako zawodowy przez 7 lat) to były moje najlepsze dni życia.
Ogólnie to tam gdzie zaczyna się wojsko kończy się logika, a ludzie tam pracujący czasami bywają ech... szkoda strzępić ryja. Miałem takiego przełożonego kaprala, który był synem byłego oficera politycznego za komuny. Bo w PRLu na każdej jednostce musiał być oficer polityczny i pilnował żołnierzy, żeby nie wykiełkował się przypadkiem jakiś element solidarnościowy, opozycyjny. I ten kapral miał totalnie sprany beret przez tego ojca komunistę. Kiedyś raz wchodzi na salę, gdzie ja sobie leżałem na wozie (łóżku) a ten do mnie: "Coś się tak rozjebał jak Popiełuszko w bagażniku?" Kurwa myślałem, że mu wyjebie lepę na pysk, ale było za dużo świadków, to odburknąłem mu tylko, że "czemu tu szukasz chuja do dupy, kiedy my mamy czas wolny i możemy trochę odsapnąć". Zasadniczo to w zetce było ciężko szczególnie jako służba wartownicza. My robiliśmy 3 etaty w miesiąc. Powiedzmy, że w poniedziałek mamy dzień służby. Od pobudki o 5:30, o 6:00 zaprawę 3km na stadionie, potem śniadanie o 7 i po śniadaniu zajęcia do godz. 13:30 do obiadu. Po obiedzie o 14:30 odprawa i na służbę 24h od 16 do 16 we wtorek. To już wychodzi 34,5h pracy. We wtorek po powrocie ze służby od 17, żeby nam się w dupach nie poprzewracało, rejony (porządki), grabienie liści, wycinanie chwastów z miedzy kafelków, zamiatanie, obierak na kuchni (trzeba było obrać ziemniaki na następny dzień na obiad dla całego pułku), czyszczenie pododdziału, ubikacji, łazienki, sal, świetlicy, no dosłownie wszystkich pomieszczeń. Rejony trwały tak do 21:30 z przerwą 30min na kolację o 18. Po kolacji inne czynności, wymiana pościeli, podkoszulków, pranie mundurów (wiecie jaka jest najlepsza temperatura do schnięcia munduru? 36,6 st C, czyli na garbie) i bielizny, prysznic albo na tzw. świniarnię, czyli natryski zbiorowe gdzie z fletami na wierzchu kąpał się cały puton, ze 30 chłopa. Jeden gość nie wyglądający na ciepłego, miał zawsze erekcję na świniarni xD Chyba podobał mu się i podniecał go widok 30stu kutangów xD Cóż... O 21:30 capstrzyk, gasimy światła i do spania. Mieliśmy świetlice z telewizorem i PlayStation ale po takim dniu nikomu nie chciało się podrapać po dupie, a co dopiero oglądać tv albo grać, wszyscy szli w kime. To w sumie w takim dniu po służbie wychodziło 4,5h pracy. W środę pobudka 5:30 i wszystko jak w schemacie od nowa i w kółko dzień świstaka przez całe 9 m-cy. Czyli w dwa dni 34,5 + 4,5h = 39h. Czyli w 30 dni wychodziło 585h... 3,6 etatu. Ale nie zapominajmy, że w zetcebył żołd! Ok 200zł miesięcznie. Czyli 34 grosze za godzinę XD To byli czasy.
Dobra kończę już i wypierdalam. Jak jeszcze mi się kiedyś coś przypomni to napiszę więcej. Elo!
ps. mimo wszystko uważam, że lata w woju (w zetce i później jako zawodowy przez 7 lat) to były moje najlepsze dni życia.