Ta opowieść mogłaby mieć podtytuł "Nowa nadzieja". Poszedłem na studia, i było to gdzieś po pierwszym semestrze pierwszego roku, gdy na czacie poznałem Elę. O 10 lat starszą ode mnie mężatkę, doświadczoną w sprawach skoków w bok. Była bardzo przeciętnej urody: niska, "przy kości", twarz raczej do radia... Ale miała też zalety: wielkie cycki, ciągłą ochotę i całkiem fajny charakter. No i chciała mnie przelecieć. Na pierwsze spotkanie umówiliśmy się na piwko, żeby wybadać grunt. Na kolejne - już na bzykanko, a ja - jak totalny przegryw - przyszedłem bez gumek. Wydaje mi się że podświadomie sądziłem, że nic z tego nie będzie. Ela na szczęście była odważna/lekkomyślna, bo i tak były seksy - tyle że ja byłem tak zestresowany, że przez kilkanaście minut nie doszedłem, nawet mimo tego że na koniec dziko mnie ujeżdżała. Taki to był mój pierwszy raz... No ale miałem farcik że zobaczyła we mnie potencjał, i się zaczęło "szkolenie": w mieszkaniu koleżanki która była tak dobra że nam go użyczała, w krzakach nad jeziorem, na strychach przypadkowych kamienic, w betonowym szkielecie budowanego właśnie szpitala, obok budynku przy torach, w osiedlowej piaskownicy, u niej w domu... Po prostu szał ciał i uprzęży. Robiła niezłe lodziki, bzykała się z pasją, z nią pierwszy raz spróbowałem minetki i anala - ale to akurat pozostawiło niezbyt miłe wspomnienia (we wszystkim trzeba dojść do wprawy, a w przypadku niepowodzeń strasznie się irytowałem). Fajne było też to, że nie spotykaliśmy się jedynie na seks - ale też na pogaduszki, podczas których - jako bardziej doświadczona życiowo osoba - dostałem sporo ciekawych rad i poznałem jej punkt widzenia na świat. Niestety, pewnego pięknego ruchanka (bez gumy, bo znowu zapomniałem kupić) skończyłem w niej. Dramatu nie było, bo dostała środek "dzień po" od znajomego lekarza, niemniej przez kilka dni to odchorowywała, a ja czułem się podle. Ale przynajmniej nauczyłem się czegoś o bezpiecznym seksie, i odrobinę utemperowałem swój charakter - choć jeszcze długo bywałem bardzo samolubny. Poza tym - dziwna rzecz - w zasadzie byłem jej wierny, i ona też ponoć nie szukała innego bolca dopóki widywała się ze mną. Ot, odrobina przyzwoitości w tej niemoralnej relacji. W końcu jednak obojgu nam się przejadło (choć to chyba ona zaproponowała żebyśmy widywali się raczej na rozmowę przy piwie niż na inne rzeczy), i wspaniałomyślnie postanowiła mnie zeswatać z jej koleżanką. Koleżanka była dziwna, podobnie urodziwa, i - jak się potem dowiedziałem - miała jeszcze bardziej liberalne poglądy na tematy łóżkowe. Na szczęście spotykając się z nią (raptem 2 razy) byłem taki cholernie nieśmiały, że do niczego nie doszło - ot, pogadaliśmy, popiliśmy i tyle. Jakaś przewrotna Opatrzność (Opaczność?) mnie wtedy chroniła, bo jak sobie pomyślę co mógłbym od niej złapać, albo co by było gdybym zaliczył z nią wpadkę... Strach się bać. Z koleżanką nic nie wyszło, a z Elą przyjaźniłem się przez jeszcze parę lat. Niestety gdy wyjechałem do stolicy, kontakt zaczął się nam powoli rwać. A tak na marginesie: odwiedziła mnie kiedyś w Warszawie razem z koleżanką - taką całkiem apetyczną. Próbowałem tak wszystko zorganizować, żebyśmy wylądowali (najlepiej lekko wstawieni) w moim mieszkaniu, ale niestety skończyło się na obiedzie i piwku na mieście. A mógłby być taki fajny trójkącik...
PROTIPy: Gumki to podstawa - szkoda tracić szansę/ryzykować przez ich brak, drugą podstawową rzeczą jest empatia - w końcu ta druga osoba też czuje i myśli (przeważnie).
PROTIPy: Gumki to podstawa - szkoda tracić szansę/ryzykować przez ich brak, drugą podstawową rzeczą jest empatia - w końcu ta druga osoba też czuje i myśli (przeważnie).