Meridya van Sarrhen rzadko zapuszczała się do piwnic pałacu gubernatora. Lochy kojarzyły się jej głównie z wilgotnymi, zimnymi celami, obrośniętymi lepką, cuchnącą pleśnią. Tym większe było jej zdumienie, gdy zamiast odoru stęchlizny w nozdrza uderzył ją zapach kwiatowych perfum, słodkiego kadzidła i piżma.
Wielka sala pod pałacem mieniła się tysiącem barw. Rozwieszone pod sklepieniem kryształowe żyrandole dawały jasne, ciepłe światło, zbyt czyste jak na miejsce ukryte pod fundamentami gubernatorskiej rezydencji. Elegancko odziani serwitorzy w złotych i purpurowych maskach sunęli między gośćmi, roznosząc na srebrnych tacach kielichy z amasekiem. Gubernator wraz ze znamienitymi gośćmi zasiadał u szczytu sali, przy stole wręcz uginającym się od egzotycznych potraw sprowadzonych z całego sektora.
Meridya przez krótką chwilę poczuła ukłucie gniewu. Miasto-kopiec od trzech kwartałów borykało się z problemami zaopatrzenia, tymczasem tutaj stoły nie były w stanie pomieścić jadła i napitków.
– Pani Preceptor, zapraszam do nas! – usłyszała basowy głos gubernatora...
Rodział I. Pierwsza myśl
Kult Tej, Która Pragnie, rzadko zaczyna się od świątyń, ołtarzy czy tajemniczych kamiennych kręgów. Zazwyczaj na początku jest myśl, prosta i nieskomplikowana. Myśl o tym, że zasługuje się na więcej. Myśl o tym, jak owo pragnienie usprawiedliwić. Marzysz o więcej: więcej piękna, więcej smaku, więcej bólu, więcej chwały, więcej perfekcji. Twoje myśli wędrują ku nierzeczywistości, gdzie jeden z bytów słucha i delektuje się nimi niczym upojnym nektarem. Nie jest to jakieś podrzędne bóstwo, skupione wyłącznie na cielesnej rozpuście. To nadmiar. Niemożliwe do zaspokojenia pragnienie. Perfekcja, pycha, ból i rozkosz splecione w jedną postać. Niebezpieczeństwo nie tkwi w tym, że twoich modlitw i pragnień nikt nie wysłucha. Lecz w tym, że trafią do uszu boga, który się nimi karmi.
Droga do Slaanesha często zaczyna się niewinnie. Nie ma bluźnierczych ikon ani ochlapanych juchą ołtarzy ofiarnych. Jest za to piękno. Salony gubernatora, bractwa artystyczne, szkoły dobrego urodzenia, gildie muzyków, szlacheckie loże albo wojskowe kręgi samodoskonalenia. Ktoś rzeknie: „Czy Imperator, poza posłuszeństwem, nie żąda od nas również finezji i piękna?”. Inny doda, że strach jest dla motłochu, a prawdziwa elita powinna doświadczać życia zgodnie ze swoimi upodobaniami. Jeden artysta zachęci drugiego, obiecując mu dźwięk, którego nie słyszał jeszcze żaden człowiek. Nadworny kucharz zaoferuje smak, jakiego nie zaznała żadna uczta. Oficer armii zaś zaoferuje sztukę walki tak czystą, że samo zabijanie stanie się kompozycją. Słodka woń zgnilizny, przypudrowana egzotycznymi perfumami, powoli wdziera się w twój umysł.
Niepewnym krokiem podeszła do stołu biesiadnego. Po drodze wzięła z jednej ze srebrnych tac kielich z karmazynowym trunkiem i upiła dwa łyki. Mimo że gubernator i jego goście siedzieli nie dalej niż pięć metrów od niej, Meridya miała wrażenie, jakby przemierzała całe kilometry.
Muzyka wydobywająca się z nieznanych jej instrumentów stawała się coraz głośniejsza. Wibrowała pod skórą, wciskała się między myśli i powodowała coś na kształt lekkiej migreny. Obraz przed oczami Preceptor zaczął mglić się na krawędziach, a krew w żyłach zdawała się nagle zbyt gorąca.
Minęły chyba godziny, zanim usiadła po lewej stronie gubernatora.
Podane do stołu potrawy były osobliwe. Być może owoce morza. Być może stawonogi, mięczaki albo kraby z jakiegoś odległego oceanicznego świata. Czując narastający głód, pani Preceptor skosztowała kawałka białego mięsa poprzecinanego cienkimi, różowymi żyłkami.
– Jak podoba się pani moje przyjęcie? – zagaił gubernator. – Sądzę, że jadło jest nieco lepsze niż w pani koszarach.
– Panie gubernatorze, właśnie otrzymaliśmy wieści od astropatów z Traxis Prime. Nie są zbyt optymistyczne – odparła Meridya, z trudem odchrząkując.
– Niech pani dziś nie zaprząta sobie głowy raportami. Dziś jest wielkie święto.
– Ale…
Nagły dźwięk gongu przerwał jej w pół słowa...
Rodział II. Etapy
Tak rodzi się estetyzm bez hamulców. Nie czujesz jeszcze żadnego odstępstwa od imperialnego credo. Wręcz przeciwnie, często uważasz się za kogoś bardziej cywilizowanego niż reszta. Są z tobą inni. Może arystokrata znudzony monotonią władzy. Może oficer Gwardii Imperialnej, pragnący triumfu doskonalszego niż samo zwycięstwo. Może artysta, który wierzy, że prawdziwe piękno musi przekroczyć moralność. Ona jeszcze do ciebie nie mówi. Wystarczy, że sam zaczynasz dostrzegać granice.
Potem pojawia się krąg wtajemniczenia. Kult Slaanesha rzadko działa jak brudna banda kultystów z nożami, kryjąca się w kanałach, przynajmniej na początku. Jego pierwsza twarz bywa elegancka. Maski, perfumy, muzyka, sympozja, prywatne występy, zakazane księgi, narkotyki, chirurgia ciała, pojedynki na granicy rytuału.
Następny etap to pierwsze przekroczenie. Nie musi być wielkie., właśnie dlatego jest skuteczne. Kult nie wymaga od ciebie od razu spalenia kaplicy ani złożenia ofiary z setki ludzi. Wystarczy czyn, którego nie da się już łatwo cofnąć. Zdrada, upokorzenie słabszego, udział w zakazanym rytuale, przyjęcie narkotyku, który otwiera zmysły zbyt szeroko. Albo stworzenie dzieła tak okrutnego, że jego twórca zaczyna mylić wstręt z zachwytem. Od tej chwili nie tylko ty pragniesz więcej. To Ona pragnie więcej od ciebie.
Inicjacja w kulcie Slaanesha nie polega więc na nauczeniu się modlitwy. Polega na zniszczeniu miary. To, co wczoraj było zakazane, jutro staje się nudne. To, co dziś budzi mdłości, za tydzień wydaje się jedyną rzeczą zdolną jeszcze cokolwiek poruszyć. W pewnym momencie kult zaczyna tworzyć własnych specjalistów. Niektórzy stają się kaznodziejami pragnienia, inni muzykami tortury, inni chirurgami ciała, jeszcze inni wojownikami perfekcji. Otoczeni pokusą i nadmiarem, adepci wewnętrznego kręgu ulegają tłumionym pragnieniom, a następnie zdobywają zdolność kształtowania i wypaczania ciała. Slaanesh nie kończy się na uczcie. Slaanesh prowadzi do potraktowania ciała jako instrumentu, skóry jako płótna, nerwu jako struny.
Na scenę przed stołami wbiegli egzotycznie ubrani tancerze. Nosili wielobarwne pióropusze oraz stroje mieniące się kamieniami szlachetnymi i kryształami. Kostiumy zakrywały jednak tak niewiele, że niemal nic nie pozostawało wyobraźni.
Muzyka zmieniła tempo na szaleńcze, niemal obłąkane. Do instrumentów dętych dołączyły bębny, potem piszczałki i flety. Tancerze, zarówno mężczyźni, jak i kobiety, wykonywali niezwykle akrobatyczne figury, jakich Meridya nigdy nie widziała na salonach sektora Traxis. Ich zmysłowe ruchy raz zdawały się rozpływać w powietrzu, innym razem wyglądały, jakby wykonywano je w zwolnionym tempie.
Wszyscy byli perfekcyjni. Każdy gest, każde wygięcie ciała, każdy obrót był częścią większego rytmu. Jak jedno ciało. Jak jedno serce. Jak jeden umysł.
Po kolei tancerze i tancerki schodzili ze sceny, zbliżając się do gości siedzących przy stole gubernatora. Jedna z dziewczyn, o oczach ciemnych jak onyks i włosach koloru popiołu, wolnym krokiem podeszła do pani Preceptor. Wskoczyła na stół naprzeciw Meridii, pochyliła się i zbliżyła usta do jej ucha tak nieprzyzwoicie blisko, że Preceptor poczuła na skórze jej oddech.
– Jestem tym, czego pragniesz – wyszeptała. – Tym, na co zasługujesz. Tym, czego ci brakuje. Tym, co kochasz i czego nienawidzisz. Jestem twoją obietnicą, twoją zgubą i twoim ocaleniem.
– Nie… to jakaś sztuczka. Obłuda. Omam… – wyszeptała Meridya drżącym głosem.
– Jestem tym, czego pragniesz. Jestem Tą, Która Pragnie. Wypowiedz moje imię.
Dziewczyna szeptała już bezpośrednio do jej ucha. Zapach perfum i słodycz słów sączyły się do umysłu Meridii jak trucizna.
– Nie… to niemożliwe – wyszeptała nieprzytomnie Preceptor...
Rodział 3- Cena pragnienia
Kult jest maszyną eskalacji. Każda rozkosz staje się pusta, jeśli nie zostanie spotęgowana. Każdy ból okazuje się niewystarczający, jeśli nie zostanie wysublimowany. Każda zbrodnia domaga się następnej, bardziej wyrafinowanej, bardziej doskonałej. Najbrutalniejsza strona kultów Slaanesha nie polega wyłącznie na przemocy, lecz na estetyzacji przemocy. Tam, gdzie kult Khorne’a uczyniłby rzeźnię, kult Slaanesha stworzy spektakl. Tam, gdzie Nurgle przyniósłby rozkład, Slaanesh da rozkład udekorowany jedwabiem. Tam, gdzie Tzeentch ukryłby plan, Slaanesh wystawi go na scenie i każe ofierze klaskać.
Właśnie dlatego w opisach Slaanesha tak często powracają muzyka, kolor, zapach, ekstaza i ból. Na końcu nie ma jednak wolności. Jest przymus. Kult Slaanesha obiecuje wyzwolenie z norm, lecz zamienia wyznawcę w niewolnika bodźca. Im więcej doświadcza, tym mniej czuje. Im dalej przekracza granice, tym ciaśniejsza staje się klatka. Dlatego najtrafniejszy obraz kultysty Slaanesha to nie człowiek szczęśliwy, lecz człowiek, który nie potrafi już przestać.
A na samym końcu nie ma ekstazy.
Jest tylko cisza po ostatnim bodźcu.
I głos, który mówi:
Jeszcze.
Wtedy poczuła coś zimnego i wilgotnego. Gadzi język wsunął się do jej ucha, powoli, nienaturalnie, coraz głębiej, w stronę miejsca, w którym kończył się ból, a zaczynało objawienie. Pot spływał jej po czole. Język zesztywniał. Łzy zebrały się w kącikach oczu.
– Me imię… – wyszeptała dziewczyna o czarnych oczach. – Slaaaaaaaanesh.
I było to ostatnie słowo, jakie mózg Meridya van Sarrhen zarejestrował w tym życiu.