Problem z ustawami o uczuciach (religijnych czy innych) jest prosty:
Jak ktoś nie siedzi w temacie, to siłą rzeczy nie wie, których pedałów co obraża.
A potem, nawet jeśli udowodnisz w sądzie, że cwel przesadzał,
to i tak masz ujemny bilans czasu, nerwów i pieniędzy.
Wolność słowa nie może zależeć od cudzej wrażliwości i znajomości ich „świętości”, bo wtedy to już bardziej gra w sapera, niż wolność.
A sama ustawa o ochronie uczuć religijnych to sztuczny twór. Prawo już ogarnia niszczenie mienia, zakłócanie porządku czy obrażanie funkcjonariuszy. Ktoś kiedyś chciał po prostu pokazać, która banda rządzi na rewirze. A teraz drudzy cwele mają swoje 5 minut na Alejach Ujazdowskich i chcą zrobić dokładnie ten sam numer.