W tym roku w kraju nad Wisłą świętujęmy 1000 lat od koronacji Chrobrego.
Można powiedzieć, że Polska ma długą i bogatą historię. Język, który ewoluował oraz kulturę wyróżniającą nas wśród Słowian.
Ale wolność polityczną, bez żadnych przerw, mamy od niedawna. Dopiero po 1989 roku możemy mówić o polityce nie dyktowanej przez ruskie ścierwa.
W tym krótkim czasie wiele zostało zrobione. Mamy wiele pięknych i rozwiniętych miast, dobre drogi, wsie w sporej większości to nie są zapadłe dziury. Jesteśmy państwem, do którego zjeżdzają turyści już nie tylko dlatego, że jest tanio, ale dlatego, że jest co zobaczyć, doświadczyć i się zachwycić.
W tej Polsce po 1989 roku, gdzie sami wybieraliśmy sobie rządy i polityków urodziły się zaledwie 2 pokolenia Polaków. Czyli takich, co nie żyli w komunie/socrealizmie.
To jest wersja Polski, o którą ich dziadkowie lub pradziadkowie walczyli. Tak naprawdę młoda Polska, niemowlak. Bo czym jest 36 lat vs 1000 lat historii?
Czy można być dumnym z takiej Polski jaka jest teraz? Niekoniecznie. Czy warto oddać za nią życie?
Zapytaj te najmłodsze pokolenia, co się w wolnej Polsce urodziły.
Usłyszysz, że oni za polityków ginąć nie będą. Że państwa z kartonu bronić nie będą.
Tylko czy obecna Polska to tylko politycy? Czy ten 36 letni niemowlak polityczny zasługuje, żeby go porzucić i nazwać porażką? Powiedzieć, że lepiej jakby się nie urodził, bo już nic z niego nie wyrośnie? Oddać ruskim na pożarcie?
Czy może warto walczyć za niego? Za tego potomka z długiego rodowodu. Który może nadal raczkuje, ale jest w nim potencjał.