Wiedza
3 m
1
„Clap for the Wolfman to piosenka, którą niektórzy mogą pamiętać z lat siedemdziesiątych. Była swego rodzaju muzycznym hołdem dla słynnego, brodatego prezentera radiowego znanego jako Wolfman Jack. Tymczasem mieszkańcy wiejskich okolic Elkhorn mają dziś do czynienia z zupełnie innym człowiekiem-wilkiem, stworzeniem, które ich zdaniem przypomina prawdziwego wilkołaka i z pewnością nie zajmuje się puszczaniem płyt.
Plotki krążyły po miasteczku od mniej więcej dwóch lat, zanim po raz pierwszy o nich usłyszałam. Opowiadano o wilkopodobnym stworzeniu widywanym w pobliżu Bray Road, które miało biegać na dwóch nogach, porywać kurczaki, pożerać zwierzęta potrącone przez samochody i śmiertelnie przerażać miejscowych. Niektórzy z nich, czasem dosłownie, ratowali się ucieczką.”
- fragment z artykułu Tracking down ‘The Beast of Bray Road’, aut. Linda Godfrey.
Plotki krążyły po miasteczku od mniej więcej dwóch lat, zanim po raz pierwszy o nich usłyszałam. Opowiadano o wilkopodobnym stworzeniu widywanym w pobliżu Bray Road, które miało biegać na dwóch nogach, porywać kurczaki, pożerać zwierzęta potrącone przez samochody i śmiertelnie przerażać miejscowych. Niektórzy z nich, czasem dosłownie, ratowali się ucieczką.”
- fragment z artykułu Tracking down ‘The Beast of Bray Road’, aut. Linda Godfrey.
Bestia z Bray Road, zwana również „wilkołakiem z Wisconsin”, jest bohaterką jednej z najbardziej znanych amerykańskich legend miejskich o istocie przypominającej wilkołaka. Centrum tej opowieści stanowi Bray Road, wiejska droga położona w pobliżu miasteczka Elkhorn, w hrabstwie Walworth. Stan Wisconsin w żaden sposób nie kojarzy się z gotycką scenerią, jakiej można byłoby oczekiwać po opowieściach o wilkołakach. Rozległe pola kukurydzy, farmy i oddalone od siebie o wiele kilometrów gospodarstwa tworzą typowy krajobraz amerykańskiej prowincji. Te zwyczajne okoliczności czynią legendę tak niepokojącą. Potwór nie wyłania się ze starego zamku, czy cmentarza a z miejsc, które za dnia wyglądają całkiem zwyczajnie.
W przeciwieństwie do wilkołaków znanych z dawnych europejskich podań Bestia z Bray Road nie jest związana z klątwą, pełnią księżyca ani przemianą człowieka w wilka. To istota, której legenda narodziła się z lokalnych plotek, relacji kierowców, urzędowych notatek, artykułu prasowego oraz późniejszej pracy dziennikarki Lindy S. Godfrey. Sama Godfrey pisała, że pierwsze osoby, które publicznie opowiedziały o swoich spotkaniach ze stworzeniem, widziały je na Bray Road lub w jej pobliżu. Z tego powodu nazwała je „The Beast of Bray Road”.
Najbardziej klasyczne opisy przedstawiają stworzenie przypominające wilka, lecz nie do końca zwierzęce. Świadkowie wspominali o istocie pokrytej brązową lub szarą sierścią, mającej długi pysk, spiczaste uszy, świecące oczy i potężne pazury. Relacje dotyczące sposobu jej poruszania się były niejednoznaczne. Według niektórych świadków biegała na czterech łapach, według innych chodziła na dwóch nogach. W pierwszym artykule Godfrey z 1991 roku świadek występująca pod imieniem „Barbara” opisywała postać klęczącą przy drodze i pożerającą padlinę. Jej łokcie miały być uniesione, a pazury skierowane na zewnątrz. Kobieta wspominała również o brunatnoszarej sierści, kłach, spiczastych uszach oraz rozmiarach zbliżonych do przeciętnego człowieka.
Autorką drugiej ważnej relacji przytoczonej w pierwotnym artykule była uczennica liceum, której nadano pseudonim „Pat”. Dziewczyna twierdziła, że w mglisty wieczór Halloween potrąciła samochodem nieznane stworzenie. Gdy wysiadła, aby sprawdzić, co się stało, zobaczyła dużą, owłosioną istotę biegnącą w jej kierunku. Według jej relacji stworzenie poruszało się w sposób przypominający bieg na dwóch nogach, ciężko uderzało o ziemię, a następnie chwyciło samochód i pazurami zarysowało tył pojazdu. Dziewczyna nie chciała nazywać go wilkołakiem, określiła je jednak jako „freak of nature” (pol. wybryk natury).
W pierwotnym materiale opublikowanym w „The Week” w dniu 29 grudnia 1991 roku legenda nie występowała jeszcze w postaci w pełni ukształtowanego mitu. Godfrey pisała, że pogłoski krążyły po mieście od około dwóch lat. W okolicach Bray Road opowiadano o wilkopodobnym stworzeniu, które biegało na dwóch nogach, kradło kurczaki, pożerało zwierzęta potrącone przez samochody i straszyło mieszkańców. W tym samym tekście pojawia się również istotny szczegół. Miejscowy humane officer (pol. inspektor ochrony zwierząt) Jon Fredrickson, miał przechowywać w swoich aktach teczkę zatytułowaną „Werewolf”. Zawierała ona notatki dotyczące sześciu lub siedmiu obserwacji, w tym doniesienia o odnalezionych śladach, stworzeniu ze spiczastymi uszami oraz włochatej istocie ścigającej jelenia na dwóch nogach.
Początki legendy o Bestii bywają przesuwane aż do 1936 roku i wiązane z historią Marka Shacklemana, nocnego stróża w St. Coletta School niedaleko Jefferson. Według opublikowanego później opracowania „Milwaukee Magazine” Shackleman miał zobaczyć nocą potężną, wilczą postać kopiącą w starym kopcu. Stworzenie miało następnie stanąć na dwóch nogach, odsłonić kły i wydać dźwięk przypominający coś pomiędzy ludzką mową a warczeniem. Wątek ten ma charakter legendarny i został powiązany z Bestią dopiero z perspektywy czasu. Dobrze jednak pokazuje, w jaki sposób współczesna historia z Elkhorn połączyła się ze znacznie starszym motywem.
Pochodzenie stworzenia pozostaje niewyjaśnione. W rzetelnym ujęciu popularnonaukowym należy jednak wyraźnie rozdzielić dwie warstwy tej historii: legendę oraz możliwe, naturalne wyjaśnienia relacjonowanych zdarzeń. Już w pierwszym artykule Fredrickson sugerował, że tajemnicza bestia mogła być kojotem albo wilkiem. Zauważał również, że wilk lub kojot podczas skoku może sprawiać wrażenie, jakby przez chwilę stał albo poruszał się na dwóch nogach. Wisconsin Department of Natural Resources podaje, że zgłaszane przez mieszkańców obserwacje wilków, także poza obszarami uznawanymi za stale przez nie zamieszkane pomagają biologom identyfikować nowe rejony ich występowania. Monitoring dużych drapieżników opiera się między innymi na analizie tropów, bezpośrednich obserwacjach oraz zgłoszeniach dotyczących konfliktów między zwierzętami a ludźmi.
Myślisz, że Twój budzik to najgorszy dźwięk na świecie? Że gdyby nie ten piekielny wynalazek i szaleńcze tempo współczesnego świata, to spałbyś jak król, regenerując szare komórki w pełnym słońcu? Otóż mam dla Ciebie złą wiadomość: kiedyś wcale nie było lepiej.
Zanim zaczniesz wyklinać kapitalizm za swoje podkrążone oczy, dowiedz się, jak wyglądała rzeczywistość ludzi, którzy nie mieli prądu, Netflixa, ani nawet pojęcia, czym jest "work-life balance".
Spoiler: chodzili niedospani bardziej niż Ty po maratonie w gierki.
Zanim zaczniesz wyklinać kapitalizm za swoje podkrążone oczy, dowiedz się, jak wyglądała rzeczywistość ludzi, którzy nie mieli prądu, Netflixa, ani nawet pojęcia, czym jest "work-life balance".
Spoiler: chodzili niedospani bardziej niż Ty po maratonie w gierki.
Mit ośmiu godzin snu
Wbijano nam do łbów, że człowiek potrzebuje 8 godzin snu, a wszystko, co krótsze, to prosta droga do piachu. Tymczasem badania nad plemionami, które mają wywalone na technologię (jak Hadza w Tanzanii czy Tsimane w Boliwii), pokazują, że sypiają oni średnio nieco ponad 6 godzin na dobę.
Co ciekawe, mimo braku prądu, wcale nie kładą się spać z kurami - siedzą jeszcze średnio 3,5 godziny po tym, jak się ściemni. W historycznym Krakowie było podobnie – normą było max 6 godzin snu według dzisiejszej rachuby. Jeśli ktoś wylegiwał się dłużej, z automatu dostawał łatkę lenia i grzesznika. Krótko mówiąc: jak nie zapierdalałeś od świtu, to byłeś darmozjadem.
Wbijano nam do łbów, że człowiek potrzebuje 8 godzin snu, a wszystko, co krótsze, to prosta droga do piachu. Tymczasem badania nad plemionami, które mają wywalone na technologię (jak Hadza w Tanzanii czy Tsimane w Boliwii), pokazują, że sypiają oni średnio nieco ponad 6 godzin na dobę.
Co ciekawe, mimo braku prądu, wcale nie kładą się spać z kurami - siedzą jeszcze średnio 3,5 godziny po tym, jak się ściemni. W historycznym Krakowie było podobnie – normą było max 6 godzin snu według dzisiejszej rachuby. Jeśli ktoś wylegiwał się dłużej, z automatu dostawał łatkę lenia i grzesznika. Krótko mówiąc: jak nie zapierdalałeś od świtu, to byłeś darmozjadem.
Budzik w wersji hardcore: Mnisi i dzwony
Jak wstawać do roboty, gdy w chałupie panuje egipska ciemność, a słońce wyjdzie dopiero za dwie godziny? W miastach rolę budzika pełniły dzwony kościelne i strażnicy nocni, którzy walili do drzwi, przekazując sygnał do pobudki dalej.
W klasztorach sprawa była jeszcze poważniejsza. Tam wyznaczano jednego nieszczęśnika, który miał spać „z jednym okiem otwartym”, żeby obudzić resztę na modlitwy. Jeśli zapił albo po prostu twardo zasnął, cała wspólnota ładowała sobie na konto grzech. Nic dziwnego, że już w XIII wieku zakonnicy kombinowali z zegarami wodnymi, które robiły raban po przelaniu wody, byle tylko nikt nie zaspał.
Jak wstawać do roboty, gdy w chałupie panuje egipska ciemność, a słońce wyjdzie dopiero za dwie godziny? W miastach rolę budzika pełniły dzwony kościelne i strażnicy nocni, którzy walili do drzwi, przekazując sygnał do pobudki dalej.
W klasztorach sprawa była jeszcze poważniejsza. Tam wyznaczano jednego nieszczęśnika, który miał spać „z jednym okiem otwartym”, żeby obudzić resztę na modlitwy. Jeśli zapił albo po prostu twardo zasnął, cała wspólnota ładowała sobie na konto grzech. Nic dziwnego, że już w XIII wieku zakonnicy kombinowali z zegarami wodnymi, które robiły raban po przelaniu wody, byle tylko nikt nie zaspał.
Budzik na sterydach, czyli kogut w sieni
Jeśli myślisz, że kogut na płocie to sielski widoczek, to Jan Słomka (galicyjski gospodarz) szybko wybiłby Ci to z głowy. Na polskiej wsi kogut był obowiązkowym wyposażeniem każdego domu.
Żeby mieć pewność, że ryk ptaka przebije się przez totalne wycieńczenie po 16-godzinnej harówce, gospodarze zamykali koguta w sieni, czyli zaraz za ścianą izby, gdzie spała rodzina. Nie dało się tego kurwa przegapić. Kogut nie darł ryja raz. On napieprzał z „nadzwyczajną regularnością” trzy razy w nocy:
* Pierwszy raz: koło północy.
* Drugi raz: około 2 nad ranem.
* Trzeci raz: około 4 rano – i to był sygnał ostateczny.
Trzeba było zwlec dupę z wyra.
Jeśli myślisz, że kogut na płocie to sielski widoczek, to Jan Słomka (galicyjski gospodarz) szybko wybiłby Ci to z głowy. Na polskiej wsi kogut był obowiązkowym wyposażeniem każdego domu.
Żeby mieć pewność, że ryk ptaka przebije się przez totalne wycieńczenie po 16-godzinnej harówce, gospodarze zamykali koguta w sieni, czyli zaraz za ścianą izby, gdzie spała rodzina. Nie dało się tego kurwa przegapić. Kogut nie darł ryja raz. On napieprzał z „nadzwyczajną regularnością” trzy razy w nocy:
* Pierwszy raz: koło północy.
* Drugi raz: około 2 nad ranem.
* Trzeci raz: około 4 rano – i to był sygnał ostateczny.
Trzeba było zwlec dupę z wyra.
Zegarek jako "pańska fanaberia"
Dopiero w XV wieku pojawiły się pierwsze mechaniczne budziki, ale były to zabawki dla najbogatszych. Margrabia Mantui w 1479 roku niemal płakał w listach do kardynała, że zepsuł mu się zegar i teraz trudniej mu wstawać punktualnie.
Na polskiej wsi jeszcze w 1870 roku posiadanie zegara uchodziło za niedozwolony zamach na tradycję i „pańską” zachciankę. Jan Słomka musiał kupić swój pierwszy zegar w absolutnej tajemnicy przed sąsiadami, żeby nie wyjść na burżuja, któremu nie chce się już wychodzić na mróz i gapić w gwiazdy, żeby sprawdzić, która godzina.
Więc następnym razem, gdy Twoim jedynym problemem będzie zbyt głośny sygnał w telefonie, pomyśl o chłopie, któremu kogut wrzeszczał nad uchem trzy razy w nocy w zamkniętej sieni.
I pamiętaj – jedynym sposobem, żeby od jutra nie musieć wstawać równo z trzecim pianiem, jest zaplusowanie tego tekstu.
Działa, sprawdzone info.
Dopiero w XV wieku pojawiły się pierwsze mechaniczne budziki, ale były to zabawki dla najbogatszych. Margrabia Mantui w 1479 roku niemal płakał w listach do kardynała, że zepsuł mu się zegar i teraz trudniej mu wstawać punktualnie.
Na polskiej wsi jeszcze w 1870 roku posiadanie zegara uchodziło za niedozwolony zamach na tradycję i „pańską” zachciankę. Jan Słomka musiał kupić swój pierwszy zegar w absolutnej tajemnicy przed sąsiadami, żeby nie wyjść na burżuja, któremu nie chce się już wychodzić na mróz i gapić w gwiazdy, żeby sprawdzić, która godzina.
Więc następnym razem, gdy Twoim jedynym problemem będzie zbyt głośny sygnał w telefonie, pomyśl o chłopie, któremu kogut wrzeszczał nad uchem trzy razy w nocy w zamkniętej sieni.
I pamiętaj – jedynym sposobem, żeby od jutra nie musieć wstawać równo z trzecim pianiem, jest zaplusowanie tego tekstu.
Działa, sprawdzone info.
Wiedza
8 m
9
„Nie mów, że Krampus to jeden diabeł, bo w górach diabeł rzadko chodzi sam. Bywa ich tylu, ile dzwonów w pasie i ile łańcuchów na śniegu. W dzień świętego Mikołaja dar ma swoją rękę, a kara swoją; idą razem jak cień i płomień.”
- z motywów folkloru alpejskiego
- z motywów folkloru alpejskiego
Krampus jest zimowym diabłem wprost z alpejskich nocy, figurą tak silną w wyobraźni, że funkcjonuje nie jako jeden potwór, lecz jako całe zjawisko. Potrafi pojawić się w liczbie mnogiej, jak wataha rogaczy w futrach. Jego obraz jest cielesny i brutalny: rogi, kły, długi język, kozia lub zwierzęca skóra, ciężkie futro. Posiada również liczne rekwizyty, które znaczą go równie mocno jak fizjonomia: łańcuchy, dzwony i pęk brzozowych rózg. W wielu opowieściach, zanim ktokolwiek go zobaczy, słyszy najpierw metaliczny szczęk, brzęk dzwonów i łomot kroków. Jakby noc nie tylko miała głos, ale też narzędzia, którymi potrafi rozbijać spokój domowego ogniska.
W tradycji towarzyszy postaciom świętych, stojąc obok jako mroczny kontrapunkt, nie jako dobry darczyńca, lecz egzekutor. Ma za zadanie przypominać, że nagroda istnieje tylko dlatego, że istnieje również kara. Ten układ działa jak prosta, bezlitosna dramaturgia. Ktoś przynosi prezenty, ktoś drugi przynosi strach, a dziecko uczy się, że świat ma dwa oblicza. I tego, że oba mogą wejść do domu przez te same drzwi. Krampus nie musi nawet dotknąć, by zrobić swoje. Samo jego pojawienie się, dźwięk łańcucha i dzwonów potrafią wymusić posłuszeństw.
W popularnych wersjach ludowej legendy Krampus ma worek albo kosz i nie jest to detal dekoracyjny, tylko zapowiedź najgorszego. Rózga mówi o bólu, ale worek mówi o zniknięciu. W przekazach ustnych powraca motyw, że niegrzeczne dziecko można nie tylko wychłostać, lecz także zabrać. Wynieść z ciepła izby w ciemność, w śnieg, w przestrzeń, gdzie nie działa już głos rodziców ani ochrona wspólnoty. Ten element porywania czyni z Krampusa nie tyle straszaka, co funkcjonującego w wyobraźni drapieżnika.
Pochodzenie Krampusa jest splątane jak zimowe ścieżki w górach, a jego współczesna forma wygląda na efekt zderzenia kilku tradycji. Z jednej strony widać tu długą linię wyobrażeń diabelskich znanych z przedstawień i widowisk. Demony miały straszyć i uczyć, a religijna opowieść o karze była wspierana obrazem potwora. Z drugiej strony widać alpejską praktykę masek: pochody, hałas, dzwony i futra. Są to rytuały zimowe, w których wspólnota na chwilę odwraca porządek, pozwalając, by to, co dzikie i straszne, przeszło ulicą w świetle pochodni. Krampus wyrasta więc zarówno z ikonografii diabła, jak i z terenowego teatru, który potrzebował postaci zdolnej ucieleśnić zimę, strach i karę jednocześnie.
Literatura i zapisy folklorystyczne utrwaliły Krampusa jako ikonę ciemnej strony zimy, a późniejsze przetworzenia tylko podkręciły jego ostrość. Łatwo go opisać, bo jest wizualny. Łatwo go usłyszeć, bo jego brzmienie jest częścią mitu. Jeśli istnieje nagroda, musi istnieć kara, a jeśli zima zamyka ludzi w domach, musi istnieć ktoś, kto potrafi te domy nawiedzić. W opowieściach Krampus jest narzędziem moralnego porządku, ale w grozowym sensie jest czymś bardziej pierwotnym. Jest kształtem, który przychodzi, gdy noc jest najdłuższa. Przypomina, że lęk ma rogi, futro i dzwony, a czasem także worek, w którym najłatwiej zmieścić czyjeś imię.
Wiedza
9 m
4
„Według ludowych wierzeń i opisów karakoncolosy są podobne do małp, niskiego wzrostu, brzydkie, o rozczochranych włosach…”
- z hasła „KARAKONCOLOS” na Kültür Portalı (oficjalnym portal Ministerstwa Kultury i Turystyki Turcji)
- z hasła „KARAKONCOLOS” na Kültür Portalı (oficjalnym portal Ministerstwa Kultury i Turystyki Turcji)
Karakondžula (wym. ka-ra-kon-dżu-la) to zimowe straszydło z wywodzące się z demonologii ludowej Bałkanów. Pojawia się przede wszystkim nocą w okresie dwunastu tak zwanych „nieochrzczonych dni” i wtedy ma największą moc. Co w praktyce przekładało się na całe zestawy zakazów oraz środków ostrożności w życiu codziennym. W serbskich wyobrażeniach to istota o nieostrym, zmiennym kształcie. Szczególnie zapada w pamięć obraz czarnego ciała i nienaturalnie długich rąk. Tymi rękami potrafi sięgać przez komin po kobiety i dzieci. Dlatego często powtarza się motyw, że zło nie wchodzi drzwiami. Przychodzi „od góry”, przez ožak (pol. komin), oraz przez sam dach.
Zachowanie Karakondžuli bywa w opowieściach brutalnie fizyczne i upokarzające. Ma siadać na strzesze albo na okapie nad drzwiami. Potem zaskakuje człowieka od tyłu. „dosiada” go i „jeździ” na nim. Zdarza się, że finałem jest spędzenie ofiary do rzeki lub innej wody. Woda działa tu jak granica i przestrzeń chtoniczna. Wokół tych historii narosły konkretne praktyki ochronne. Pojawiły się też zwroty obecne w języku codziennym. Za najważniejszy środek obrony uchodzi czosnek. W „nieochrzczone dni” nie wypadało wychodzić z domu przed pierwszym pianiem koguta. O ociężałym, opuchniętym pijaku mówiono, jakby „karakonđule na nim jeździły”. To pokazuje, jak mit tłumaczył nocne powroty i „urwane filmy” po alkoholu.
Kalendarz ataków potwora miał też wersję turecką. W niej Karakoncolos (nazwa turecka) wpisuje się w ludową meteorologię i nazewnictwo zimy. Wierzono, że to zjawisko lub demon pojawia się w najostrzejszych miesiącach. Za najbardziej niebezpieczne uważano noce mniej więcej między 24 grudnia a 20 stycznia. W tradycjach anatolijskich ważny jest też motyw testu. Karakoncolos ma wychodzić w najzimniejsze noce. Zatrzymuje ludzi i zadaje im pytania. Jeśli nie dostanie odpowiedzi, jakiej chce, może zabić pechowca.
Równolegle pojawia się wątek źródeł pisanych i autoryzacji legendy. Tureckie opracowanie instytucjonalne wprost odsyła do Evliyi Çelebiego i jego Seyahatnâme (wym. se-ja-hat-na-me) jako miejsca, w którym zanotowano opowieści o Karakoncolosach. W ujęcie akademickie wskazuje ten tekst jako jedno z pierwszych tureckich świadectw pisanych tej wiary. Wreszcie Karakondžula żyje nie tylko jako demon z podań, ale też jako figura kulturowa w sztuce. Projekt Rastko, biblioteka literatury i humanistyki, udostępnia dramat Karakonđula Radmili Jovanović. Stanowi to dobry przykład tego, jak ludowa groza przechodzi w literacką metaforę i współczesny język sceny.
Wiedza
1 r
4
„Zwiastunem, który niekiedy towarzyszy banshee, jest coach-a-bower, czyli cicha kareta, zaprzężona w bezgłowe konie i powożona przez Dullahana.”
-W. B. Yeats w Fairy and Folk Tales of the Irish Peasantry
-W. B. Yeats w Fairy and Folk Tales of the Irish Peasantry
Dullahan znany szerzej jako Jeździec bez głowy pochodzi z irlandzkich podań. Pojawia się po zmroku na czarnym koniu albo jako woźnica „cichej karety” (Cóiste Bodhar, w Hiberno-English często „coach-a-bower”). Niesie własną głowę pod pachą, twarz ma popielatą, z szerokim, nienaturalnym uśmiechem, oczy wydają się błądzić w zmierzchu. W klasycznych XIX-wiecznych zapisach Thomasa Croftona Croker’a Dullahan (głowless coach) to omen śmierci. Potrafi zatrzymać się przed domem i wypowiedzieć imię rychłego nieboszczka. Sama „kareta śmierci” bywa opisywana makabrycznie z osią z ludzkiego kręgosłupa, szprychami z kości udowych i czaszkami jako latarniami.
W wariantach ludowych Dullahan nie musi być zawsze mężczyzną: u Croker’a pojawia się także bezgłowa kobieta („The Good Woman”). Z kolei u Yeatsa (Fairy and Folk Tales of the Irish Peasantry) powraca motyw „głuchej karety” i nierozerwalne skojarzenie z nieuchronnością śmierci. Bywa też łączony z inną zjawą znaną z celtyckich mitów- płaczącą banshee. Dullahan wyłania się z okolic cmentarzy czy ossuariów, często zwiastując rychły zgon. Bywa przedstawiany jako woźnica Cóiste Bodhar albo samotny jeździec. Sama nazwa „coach-a-bower” funkcjonuje w przekazach XIX w. i późniejszych opracowaniach folklorystycznych. Tradycja raczej mówi, że przed jego wyrokiem nie ma ucieczki. We współczesnych, popularnych omówieniach pojawia się motyw, że złoto może go spłoszyć. To jednak detal słabiej poświadczony w najstarszych źródłach
Przykłady przedstawień Dullahan'a oraz postaci inspirowanych w literaturze i filmach/serialach:
- Thomas Crofton Croker, Fairy Legends and Traditions of the South of Ireland (1825–1834).
- W. B. Yeats, Fairy and Folk Tales of the Irish Peasantry (1888).
- Washington Irving,, The Legend of Sleepy Hollow (1820).
- Darby O’Gill and the Little People, 1959, reż. Robert Stevenson.
- Sleepy Hollow, 1999, reż. Tim Burton.
- Durarara!!, 2010–2016, serial anime.
- Thomas Crofton Croker, Fairy Legends and Traditions of the South of Ireland (1825–1834).
- W. B. Yeats, Fairy and Folk Tales of the Irish Peasantry (1888).
- Washington Irving,, The Legend of Sleepy Hollow (1820).
- Darby O’Gill and the Little People, 1959, reż. Robert Stevenson.
- Sleepy Hollow, 1999, reż. Tim Burton.
- Durarara!!, 2010–2016, serial anime.