Siema dzidki!
Dziękuję za pozytywny odzew pod poprzednimi częściami. Jedziemy dalej.
Drugi dzień wyprawy, około 18:00. Wagon trzeciej klasy wygląda z grubsza następująco: masz wąską alejkę do przemieszczania się wzdłuż wagonu. Po lewej, zamiast przedziału, cztery miejsca sypialne - dwa na dole i dwa na górze. Po prawej dwa miejsca sypialne, też piętrowe. Potem ścianka, a za nią to samo.
Niezależnie od klasy, na jednym końcu wagonu, obok konduktora, jest punkt z gorącą wodą. Ludzie podchodzą tam z kubkami i robią sobie herbatę.
Poniżej schemat ze strony, na której się kupuje bilety:
Dziękuję za pozytywny odzew pod poprzednimi częściami. Jedziemy dalej.
Drugi dzień wyprawy, około 18:00. Wagon trzeciej klasy wygląda z grubsza następująco: masz wąską alejkę do przemieszczania się wzdłuż wagonu. Po lewej, zamiast przedziału, cztery miejsca sypialne - dwa na dole i dwa na górze. Po prawej dwa miejsca sypialne, też piętrowe. Potem ścianka, a za nią to samo.
Niezależnie od klasy, na jednym końcu wagonu, obok konduktora, jest punkt z gorącą wodą. Ludzie podchodzą tam z kubkami i robią sobie herbatę.
Poniżej schemat ze strony, na której się kupuje bilety:
Numery parzyste to miejsca na górze. I nic dziwnego, że te na dole są wykupywane w pierwszej kolejności, bo na górze masz ciasno. A wchodzenie i schodzenie jest mało wygodne i wymaga trochę siły w łapach.
Są gniazdka do ładowania telefonu i dostajesz czystą pościel. Za to nie zawsze jest klimatyzacja. I co jakiś czas ktoś przechodzi 10 centymetrów obok ciebie, w drodze do kibla albo po herbatę.
Rano byłem już w Szymkencie (milion mieszkańców).
Są gniazdka do ładowania telefonu i dostajesz czystą pościel. Za to nie zawsze jest klimatyzacja. I co jakiś czas ktoś przechodzi 10 centymetrów obok ciebie, w drodze do kibla albo po herbatę.
Rano byłem już w Szymkencie (milion mieszkańców).
Po mało przyjemnej podróży na piętrowej pryczy, wszedłem do budynku dworca. Warto było zajrzeć na górę, bo mieli tam prysznice dla podróżnych po 1000 tenge (8 zł) - taniej niż w Astanie. W wagonie nie było klimatyzacji, więc dojechałem spocony.
W sklepie obok można było kupić na śniadanie samsę.
Samsa to pieczywo z mielonym mięsem w środku. Mięso zwykle wołowe albo baranie, z dodatkiem cebuli. Kilka warstw cienkiego ciasta. Podobne do tego, co na Bałkanach nazywa się "burek", tylko że w burku mięcha jest po brzegi i solidnie przyprawione. Samsa to przy nim ubogi krewny. Ale przynajmniej jest tania, ludzie zwykle kupują po dwie. W niektórych sklepach, zanim ci ją sprzedadzą, podgrzeją w mikrofali.
Zdarzają się patologie - w niektórych miejscach sprzedają samsę z ziemniakami zamiast mięsa.
Na piętrze dworca znalazłem to ciekawe malowidło:
Zdarzają się patologie - w niektórych miejscach sprzedają samsę z ziemniakami zamiast mięsa.
Na piętrze dworca znalazłem to ciekawe malowidło:
Na wyjściu z dworca od razu usłyszałem nawoływania taksówkarzy, pytających dokąd podwieźć. Ale wybierałem się tylko na drugą stronę ulicy, do poczty. Aby dowiedzieć się, że tu też nie mają pocztówek.
Chciałem kupić pocztówki wcześniej, w Astanie i Sary-Szaganie. O ile u nas na poczcie da się kupić wszystko, w Kazachstanie (ogólnie w krajach poradzieckich) na poczcie zobaczysz tylko gołe ściany i nawet pocztówek nie kupisz.
Pani z poczty doradziła mi, aby zapytać o pocztówki na bazarze, na stoiskach z artykułami papierniczymi. No to poszedłem na bazar, ten którego wejście jest na pierwszym zdjęciu.
Chciałem kupić pocztówki wcześniej, w Astanie i Sary-Szaganie. O ile u nas na poczcie da się kupić wszystko, w Kazachstanie (ogólnie w krajach poradzieckich) na poczcie zobaczysz tylko gołe ściany i nawet pocztówek nie kupisz.
Pani z poczty doradziła mi, aby zapytać o pocztówki na bazarze, na stoiskach z artykułami papierniczymi. No to poszedłem na bazar, ten którego wejście jest na pierwszym zdjęciu.
Zgadza się, na bazarze nikt nie miał pocztówek.
Za to w międzyczasie zacząłem rozmyślać. Na następny dzień mam bilet kolejowy do Taszkentu. Też trzecia klasa, klimatyzacji może nie być. Na bilecie są podane godziny odjazdu i przyjazdu - wychodzi, że pociąg będzie jechał ponad 7 godzin. A to tylko 150 kilometrów. Wychodzi na to, że pociąg stoi kilka godzin na granicy.
Wróciłem pod dworzec i pogadałem z pierwszym z brzegu taksówkarzem. Do samego Taszkentu nikt mnie na zawiezie (straciliby półtorej godziny na granicy i drugie tyle wracając), ale do przejścia granicznego już jak najbardziej. 13.000 tenge (104 złote) za 135 kilometrów.
Podróż trzecią klasą kosztowałaby 48 zł.
Anulowałem bilet (pieniądze wróciły mi na konto po tygodniu) i wsiadłem do taksówki.
Za to w międzyczasie zacząłem rozmyślać. Na następny dzień mam bilet kolejowy do Taszkentu. Też trzecia klasa, klimatyzacji może nie być. Na bilecie są podane godziny odjazdu i przyjazdu - wychodzi, że pociąg będzie jechał ponad 7 godzin. A to tylko 150 kilometrów. Wychodzi na to, że pociąg stoi kilka godzin na granicy.
Wróciłem pod dworzec i pogadałem z pierwszym z brzegu taksówkarzem. Do samego Taszkentu nikt mnie na zawiezie (straciliby półtorej godziny na granicy i drugie tyle wracając), ale do przejścia granicznego już jak najbardziej. 13.000 tenge (104 złote) za 135 kilometrów.
Podróż trzecią klasą kosztowałaby 48 zł.
Anulowałem bilet (pieniądze wróciły mi na konto po tygodniu) i wsiadłem do taksówki.
Kierowca był mało rozmowny. Na kokpicie miał tablet, który nie wyglądał na fabryczny. Miał na nim otwartego youtube'a, z którego puszczał kazachski pop (lepsze niż disco polo, ale nie polecam). O samym kierowcy dowiedziałem się tylko, że ma 36 lat, oprócz rosyjskiego zna kazachski i uzbecki (które są do siebie trochę podobne) i ma troje dzieci.
Dojeżdżając na miejsce, taksówkarz zapytał czy nie potrzebuję wymienić waluty, bo może kogoś polecić. Ogólnie na wyjazdach gotówkę biorę z bankomatu, a nie z kantoru (karta wielowalutowa z polskiego banku). Ale na początek lepiej coś wymienić, bo nawet nie wiem po jakim czasie znajdę bankomat. O Uzbekistanie słyszałem wcześniej, że w niewielu miejscach da się zapłacić kartą.
- Tu obok wymienisz walutę, u mojej siostry - taksówkarz wskazał miejsce i poszedł za mną. W Armenii nauczyłem się, że na wschodzie to, że ktoś kogoś nazywa bratem albo siostrą, nie musi znaczyć, że mają tych samych rodziców. Równie dobrze mogą być kuzynami, szwagrami albo starymi znajomymi. (to ja jestem ten, co w zeszłym roku pojechał gruzem do Gruzji i Armenii)
Przy wejściu spojrzałem na tablicę z kursami. Z grubsza zgadzały się z tym, co wcześniej sprawdziłem w necie. I tak za 200 euro dostałem dwa i pół miliona somów. Okazuje się, że można zostać milionerem nie kradnąc w życiu niczego oprócz memów.
- Tu obok wymienisz walutę, u mojej siostry - taksówkarz wskazał miejsce i poszedł za mną. W Armenii nauczyłem się, że na wschodzie to, że ktoś kogoś nazywa bratem albo siostrą, nie musi znaczyć, że mają tych samych rodziców. Równie dobrze mogą być kuzynami, szwagrami albo starymi znajomymi. (to ja jestem ten, co w zeszłym roku pojechał gruzem do Gruzji i Armenii)
Przy wejściu spojrzałem na tablicę z kursami. Z grubsza zgadzały się z tym, co wcześniej sprawdziłem w necie. I tak za 200 euro dostałem dwa i pół miliona somów. Okazuje się, że można zostać milionerem nie kradnąc w życiu niczego oprócz memów.
Na samym przejściu zeszło mi się około godzinę (samochodem byłoby dłużej). Tuż za kontrolą bagażu, po uzbeckiej stronie kupiłem kartę SIM u pań ubranych w mundury straży granicznej. Normalnie miały biurko i ulotki z ofertami operatorów. Ku mojemu zdziwieniu, obie panie powiedziały, że po angielsku rozumieją lepiej niż po rosyjsku (mogły nie mieć jeszcze 30 lat).
Trzech operatorów - każdy w tych samych pieniądzach oferował dokładnie to samo. Czym się różnili? Tym, że karta UzTelecom za cholerę nie chciała zacząć działać, chociaż restartowałem telefon kilka razy i długo grzebałem w ustawieniach. Za to karta MobiUz zaczęła działać prawie od razu, a potem nie było z nią żadnych problemów.
Zapłaciłem około 40 zł za 50 GB na 30 dni.
Zaraz za budynkiem przejścia klasyka - taksówkarze wołający do przechodniów. Musiałem przykuć ich uwagę, bo z dziesięciu się do mnie zleciało i przekrzykiwali się jeden przez drugiego. Udawałem, że nie rozumiem po rosyjsku, aby w spokoju dotrzeć na marszrutkę. Po chwili trzech zaczęło oferować swoje usługi łamanym angielskim. Od niechcenia rzuciłem:
- to ile musiałbym zapłacić za kurs do centrum?
Jeden, chyba najmłodszy z nich, wyjął telefon i napisał na kalkulatorze 360 000. Liczę w pamięci... niecałe 120 złotych.
- chory jesteś? Za kurs z Szymkentu zapłaciłem mniej! - podczas targowania powinno się udawać oburzonego ceną podaną na początku, ale w tym przypadku moje oburzenie było autentyczne.
Chłopak cofnął telefon i napisał na nim nową cenę. 350 000. Pokazał mi.
- no, wielka mi różnica... - szedłem dalej, odpędzając się od pozostałych taksówkarzy.
- ale w Uzbekistanie paliwo jest drogie! - młody próbował uzasadnić cenę.
- nie wydaje mi się. - jeszcze nie wiedziałem ile tutaj kosztuje paliwo, ale na pewno mniej niż w Polsce. W końcu kraj ma własne złoża ropy.
- to ile możesz zapłacić? - pytając podał mi telefon z otwartym kalkulatorem. Zastanawiałem się zbyt krótko i wpisałem 250 000.
To był błąd, bo młody oczywiście poszedł w stronę czegoś pomiędzy jego ceną a moją. Powinienem był wpisać 200 000 albo i mniej.
Chociaż początkowo zamierzałem jechać dalej marszrutką, zdecydowałem się dać zarobić młodemu. Kupił mnie przyzwoitym angielskim i doświadczeniem targowania się, którego mi w Europie brakowało. Stanęło na 300 000 somów (96 zł) za około 15 kilometrów, z tego połowa po trzymilionowym mieście.
Czym jest marszrutka opowiem w którejś z kolejnych części.
Jedna sprawa na koniec. Pod poprzednią dzidą ktoś zapytał czy w tych krajach jest bezpiecznie. Nic mi się nie stało, nie doświadczylem żadnej niebezpiecznej sytuacji. Może miałem farta i miejscowi złodzieje i awanturnicy po prostu byli tam, gdzie mnie nie było.
Ale oprócz zawyżonych cen dla turystów jest coś innego, na co trzeba uważać. Załączam zdjęcie.
Trzech operatorów - każdy w tych samych pieniądzach oferował dokładnie to samo. Czym się różnili? Tym, że karta UzTelecom za cholerę nie chciała zacząć działać, chociaż restartowałem telefon kilka razy i długo grzebałem w ustawieniach. Za to karta MobiUz zaczęła działać prawie od razu, a potem nie było z nią żadnych problemów.
Zapłaciłem około 40 zł za 50 GB na 30 dni.
Zaraz za budynkiem przejścia klasyka - taksówkarze wołający do przechodniów. Musiałem przykuć ich uwagę, bo z dziesięciu się do mnie zleciało i przekrzykiwali się jeden przez drugiego. Udawałem, że nie rozumiem po rosyjsku, aby w spokoju dotrzeć na marszrutkę. Po chwili trzech zaczęło oferować swoje usługi łamanym angielskim. Od niechcenia rzuciłem:
- to ile musiałbym zapłacić za kurs do centrum?
Jeden, chyba najmłodszy z nich, wyjął telefon i napisał na kalkulatorze 360 000. Liczę w pamięci... niecałe 120 złotych.
- chory jesteś? Za kurs z Szymkentu zapłaciłem mniej! - podczas targowania powinno się udawać oburzonego ceną podaną na początku, ale w tym przypadku moje oburzenie było autentyczne.
Chłopak cofnął telefon i napisał na nim nową cenę. 350 000. Pokazał mi.
- no, wielka mi różnica... - szedłem dalej, odpędzając się od pozostałych taksówkarzy.
- ale w Uzbekistanie paliwo jest drogie! - młody próbował uzasadnić cenę.
- nie wydaje mi się. - jeszcze nie wiedziałem ile tutaj kosztuje paliwo, ale na pewno mniej niż w Polsce. W końcu kraj ma własne złoża ropy.
- to ile możesz zapłacić? - pytając podał mi telefon z otwartym kalkulatorem. Zastanawiałem się zbyt krótko i wpisałem 250 000.
To był błąd, bo młody oczywiście poszedł w stronę czegoś pomiędzy jego ceną a moją. Powinienem był wpisać 200 000 albo i mniej.
Chociaż początkowo zamierzałem jechać dalej marszrutką, zdecydowałem się dać zarobić młodemu. Kupił mnie przyzwoitym angielskim i doświadczeniem targowania się, którego mi w Europie brakowało. Stanęło na 300 000 somów (96 zł) za około 15 kilometrów, z tego połowa po trzymilionowym mieście.
Czym jest marszrutka opowiem w którejś z kolejnych części.
Jedna sprawa na koniec. Pod poprzednią dzidą ktoś zapytał czy w tych krajach jest bezpiecznie. Nic mi się nie stało, nie doświadczylem żadnej niebezpiecznej sytuacji. Może miałem farta i miejscowi złodzieje i awanturnicy po prostu byli tam, gdzie mnie nie było.
Ale oprócz zawyżonych cen dla turystów jest coś innego, na co trzeba uważać. Załączam zdjęcie.
To peron w Sary-Szaganie. Dół miał na oko ponad metr głębokości i był zabezpieczony tak, jak widać na zdjęciu. Dawno temu na głównej był filmik z młodą Rosjanką, która szła przez miasto śpiewając piosenkę z "Wilka i Zająca" i wpadła do dołu głębokiego na kilka metrów. Ginąc na miejscu.
Takie doły bez odpowiedniego zabezpieczenia da się spotkać w krajach poradzieckich. Jeśli coś miałoby mi się stać, to prędzej przez wpierdolenie się do takiego dołu niż przez kosę pod żebro.
Dziękuję za doczytanie do końca.
Pozdrawiam i wypierdalam!
obywatelpiwnicy
Takie doły bez odpowiedniego zabezpieczenia da się spotkać w krajach poradzieckich. Jeśli coś miałoby mi się stać, to prędzej przez wpierdolenie się do takiego dołu niż przez kosę pod żebro.
Dziękuję za doczytanie do końca.
Pozdrawiam i wypierdalam!
obywatelpiwnicy