Co to za brednie ten RKM?
I tutaj dochodzimy do kolejnego smaczku programu RKM.
Bo oczywiście nie jest tak, że państwo mówi: „Masz, obywatelu, kredyt bez wkładu własnego, baw się dobrze”.
Nie.
Są limity. I to bardzo konkretne.
W moim przypadku dla rynku pierwotnego obowiązywał limit około 11 500 zł za metr kwadratowy.
Brzmi całkiem nieźle, dopóki nie zaczniesz przeglądać ofert.
Bo wtedy okazuje się, że 11 500 zł za metr to w niektórych miastach bardziej sugestia niż realna cena.
W Warszawie za tę kwotę kupujesz mniej więcej pół metra kwadratowego. Taką bardziej przestronną wycieraczkę. Może fragment przedpokoju. Jak dobrze trafisz, to kawałek ściany nośnej.
W Gdańsku sytuacja wygląda jeszcze zabawniej. Tam za tę cenę dostajesz jakieś 0,7 metra kwadratowego i poczucie, że deweloper właśnie zrobił ci przysługę proponujac szuflade ala apartament na Lawendowym Wzgórku łonowym.
Więc siedzę sobie, czytam te limity i myślę: no fajnie, optymistycznie.
Państwo mówi, że pomaga. Rynek odpowiada: „Tak, tak, oczywiście”. A potem wystawia mieszkanie za cenę, przy której kalkulator zaczyna się pocić.
To trochę jakby ktoś rozdawał bony na paliwo w czasach, kiedy litr benzyny kosztuje tyle co dobra whisky. Niby pomoc jest. Technicznie wszystko się zgadza. Ale rzeczywistość ma na ten temat własne zdanie.
Na szczęście udało mi się znaleźć inwestycję, która jeszcze łapała się w limitach.
I właśnie dlatego do dziś uważam, że przy zakupie mieszkania potrzebne są trzy rzeczy: szczęście, jeszcze więcej szczęścia i pośrednik kredytowy, który nie boi się odbierać telefonów od spanikowanych klientów.
BEZ WKŁADU WŁASNEGO
Czyli bez tego magicznego składnika, który zatrzymuje większość ludzi już na starcie.
Bo zdolność kredytową jeszcze można mieć.
Pracę można mieć.
Umowę można mieć.
Dochód można mieć.
Ale odłożenie kilkudziesięciu albo ponad stu tysięcy złotych przy obecnych kosztach życia dla wielu osób przypomina bardziej projekt kosmiczny niż plan finansowy.
I właśnie tutaj pojawia się RKM.
Program stworzony dla takich ludzi jak ja.
Ludzi, którzy nie odziedziczyli po babci kamienicy w centrum miasta.
Nie dostali działki od rodziców.
Nie sprzedali kawalerki kupionej dziesięć lat temu za cenę używanego Passata.
Po prostu pracują, płacą rachunki i próbują nie umrzeć finansowo między jedną wypłatą a drugą.
Oczywiście nie oznacza to, że można przyjść do banku ze stanem konta przypominającym numer alarmowy i powiedzieć:
— Dzień dobry, poproszę mieszkanie.
Tak to nie działa.
I bardzo szybko miałem się o tym przekonać.
Bo brak wkładu własnego nie oznacza braku kosztów.
Wręcz przeciwnie.
Koszty tylko zmieniają nazwę.
Zamiast „wkład własny” pojawiają się różne prowizje, opłaty, ubezpieczenia, rezerwy finansowe, zabezpieczenia i inne twory, które sprawiają, że człowiek zaczyna rozumieć, dlaczego banki mają takie ładne siedziby.
Ale o tym za chwilę.
Najpierw trzeba było wybrać bank.
A wybór był prosty.
Tak prosty jak wybór operatora internetowego, firmy kurierskiej albo mechanika samochodowego.
Czyli teoretycznie są opcje, ale każda ma jakiś haczyk.
Do programu przystępowała święta trójca.
PKO SA.
PKO BP.
Alior Bank.
Brzmiało trochę jak skład finałowej grupy Ligi Mistrzów, tylko zamiast piłkarzy mieliśmy analityków kredytowych.
Pierwszy do walki stanął PKO SA.
I tutaj spotkała mnie pierwsza niespodzianka.
Bank postanowił obniżyć moją zdolność kredytową o około sześćdziesiąt tysięcy złotych.
Tak po prostu.
Jakby gdzieś na zapleczu siedział analityk z kubkiem kawy i powiedział:
- Dobra, temu odejmę sześćdziesiąt tysięcy.
- Dlaczego?
- Nie wiem.
- Ale czemu?
- Bo mogę.
I tyle.
Nie ma dyskusji.
Jest decyzja.
A decyzja w świecie bankowym jest święta.
Następnie mieliśmy PKO BP.
Instytucję, która sprawiała wrażenie, jakby każdy wniosek był analizowany ręcznie przez jednego człowieka siedzącego w piwnicy z kalkulatorem Casio i segregatorem pamiętającym denominację złotówki.
cdn
Wypier**m