41
Słoma w dupsku cz. VI
Wracam więc do domu już lekko podkurwiony. Nie mogę się skupić. Nie mogę oglądać filmu, nie mogę grać, nie mogę czytać, nie mogę robić nic. Bo w głowie kręci się tylko jedna myśl. A jeśli odmówią? A jeśli zabraknie zdolności? A jeśli analityk miał zły dzień? A jeśli ktoś źle policzył? A jeśli czegoś nie dostarczyli? A jeśli coś przeoczyłem?

I tak siedzę. Patrzę na telefon. Telefon patrzy na mnie. Rozpoczyna się najdłuższy wieczór mojego życia. A decyzji nadal nie ma...

Godzina 17:00. Żeby nie zwariować od czekania, robię to, co każdy szanujący się zakupoholik robi w sytuacji stresowej. Otwieram jakąś paczkę. Szczerze mówiąc nawet nie pamiętam, co było w środku. Prawdopodobnie kolejny gadżet, którego potrzebowałem równie mocno jak kolejnej dziury w moście. Rozrywam karton, wyciągam folię bąbelkową, próbuję skupić się na czymkolwiek innym niż kredyt.

I wtedy dzwoni telefon.

Pan Hubert.

Patrzę na ekran. On patrzy na mnie. Ja patrzę na niego. Black Mirror.

Serce momentalnie wchodzi na obroty jak Honda Civic.sfx

Myślę sobie:

-No chuj.
-YOLO.
-Teraz albo nigdy.

Odbieram. Przez chwilę słyszę tylko własny puls. A potem padają te magiczne słowa.

Klamka zapadła, nie ma odwrotu.

-Panie kochany, mamy pozytywną decyzję.
“Po miesiącu stresu poczułem się jak Bomba po udanej misji. Pyk, pyk, pyk, jako tako i fajrant.”

Koniec. Game over. Napisy końcowe. Wygrałem. Zawiesilem sobie stryczek na wlasne zyczenie. 

Przez kilka sekund nie dociera do mnie, co właśnie usłyszałem. Bo człowiek przez ostatnie tygodnie był przygotowany na wszystko. Na odmowę. Na kolejne dokumenty. Na dodatkowe pytania. Na opóźnienia. Na przesunięcia. Na katastrofę finansową. Ale nie na sukces. Sukces był najmniej prawdopodobnym scenariuszem.

-KURWA NAPRAWDĘ? NIECH PAN TO POWTÓRZY.

Zdanie godne intelektualisty.

- Serio.

I wtedy pierwszy raz od bardzo dawna uchodzi ze mnie całe napięcie. Nagle okazuje się, że mogę normalnie oddychać. Że barki przestają być napięte. Że świat nie jest taki zły. Że jednak istnieje rzeczywistość, w której chłop z zerową historią kredytową, przeciętnymi zarobkami i pomysłem na zakup mieszkania zrodzonym podczas powrotu od lekarza może zostać właścicielem nieruchomości.

Oczywiście nie obyło się bez ironii. Bo przez ostatni miesiąc wyobrażałem sobie ten moment jako coś monumentalnego. Fanfary. Konfetti. Orkiestra symfoniczna. Może nawet hymn państwowy. A w praktyce stałem w kuchni z nożem do kartonów w ręku, rozprutą paczką pod nogami i miną człowieka, który właśnie wygrał walkę, której do końca nie rozumiał.

Po odłożeniu telefonu usiadłem. Po prostu usiadłem. I zacząłem płakać. Ze szczęścia. Jak w 2016. No debil, cieszy się że w padł w sidła żydowskiej bankiery. Ale z drugiej strony życie jak by nabrało sensu bo nie jestem tym ostatnim przegrywem, jestem przegrywem z możliwością budowania własnego kapitału, nie na krypto gdzie notujesz zyski -50% i cieszysz się że nie spadło do zera, nie na ETF'ach gdzie jeden dzień potrafi zmazać 3mld $ akcji.
Bo nagle dotarło do mnie, jak absurdalna była cała ta historia. Poszedłem do pośrednika kredytowego bez planu. Bez mieszkania. Bez wkładu własnego. Bez historii kredytowej. Bez większych oczekiwań. Praktycznie bez szans.

A kilka tygodni później bank właśnie zgodził się pożyczyć mi kwotę, za którą moi dziadkowie kupiliby pół wsi, remizę i dwa traktory.

I wtedy po raz pierwszy pomyślałem:
- Kurwa.
- Chyba naprawdę kupiłem mieszkanie.

Oczywiście przez następne kilka dni nadal do mnie nie docierało, że to się naprawdę wydarzyło.
Decyzja była.
Kredyt był.
Bank powiedział tak.
A ja i tak byłem przekonany, że coś się jeszcze wyjebie.
Bo w moim życiu nic nigdy nie idzie dokładnie tak, jak powinno.
Nie wiem, może kiedyś nadepnąłem na indiański cmentarz.
Może wszechświat ma ze mnie bekę.
Chuj wie.
W każdym razie byłem święcie przekonany, że przed podpisaniem aktu notarialnego wydarzy się jeszcze coś, co wywróci cały stolik.

CDN 
Obrazek zwinięty kliknij aby rozwinąć ▼
14
Słoma w dupsku cz.4 R K M
Co to za brednie ten RKM?
I tutaj dochodzimy do kolejnego smaczku programu RKM.
Bo oczywiście nie jest tak, że państwo mówi: „Masz, obywatelu, kredyt bez wkładu własnego, baw się dobrze”.
Nie.
Są limity. I to bardzo konkretne.
W moim przypadku dla rynku pierwotnego obowiązywał limit około 11 500 zł za metr kwadratowy.
Brzmi całkiem nieźle, dopóki nie zaczniesz przeglądać ofert.
Bo wtedy okazuje się, że 11 500 zł za metr to w niektórych miastach bardziej sugestia niż realna cena.
W Warszawie za tę kwotę kupujesz mniej więcej pół metra kwadratowego. Taką bardziej przestronną wycieraczkę. Może fragment przedpokoju. Jak dobrze trafisz, to kawałek ściany nośnej.
W Gdańsku sytuacja wygląda jeszcze zabawniej. Tam za tę cenę dostajesz jakieś 0,7 metra kwadratowego i poczucie, że deweloper właśnie zrobił ci przysługę proponujac szuflade ala apartament na Lawendowym Wzgórku łonowym.
Więc siedzę sobie, czytam te limity i myślę: no fajnie, optymistycznie.
Państwo mówi, że pomaga. Rynek odpowiada: „Tak, tak, oczywiście”. A potem wystawia mieszkanie za cenę, przy której kalkulator zaczyna się pocić.
To trochę jakby ktoś rozdawał bony na paliwo w czasach, kiedy litr benzyny kosztuje tyle co dobra whisky. Niby pomoc jest. Technicznie wszystko się zgadza. Ale rzeczywistość ma na ten temat własne zdanie.
Na szczęście udało mi się znaleźć inwestycję, która jeszcze łapała się w limitach.
I właśnie dlatego do dziś uważam, że przy zakupie mieszkania potrzebne są trzy rzeczy: szczęście, jeszcze więcej szczęścia i pośrednik kredytowy, który nie boi się odbierać telefonów od spanikowanych klientów.
BEZ WKŁADU WŁASNEGO
Czyli bez tego magicznego składnika, który zatrzymuje większość ludzi już na starcie.
Bo zdolność kredytową jeszcze można mieć.
Pracę można mieć.
Umowę można mieć.
Dochód można mieć.
Ale odłożenie kilkudziesięciu albo ponad stu tysięcy złotych przy obecnych kosztach życia dla wielu osób przypomina bardziej projekt kosmiczny niż plan finansowy.
I właśnie tutaj pojawia się RKM.
Program stworzony dla takich ludzi jak ja.
Ludzi, którzy nie odziedziczyli po babci kamienicy w centrum miasta.
Nie dostali działki od rodziców.
Nie sprzedali kawalerki kupionej dziesięć lat temu za cenę używanego Passata.
Po prostu pracują, płacą rachunki i próbują nie umrzeć finansowo między jedną wypłatą a drugą.
Oczywiście nie oznacza to, że można przyjść do banku ze stanem konta przypominającym numer alarmowy i powiedzieć:
— Dzień dobry, poproszę mieszkanie.
Tak to nie działa.
I bardzo szybko miałem się o tym przekonać.
Bo brak wkładu własnego nie oznacza braku kosztów.
Wręcz przeciwnie.
Koszty tylko zmieniają nazwę.
Zamiast „wkład własny” pojawiają się różne prowizje, opłaty, ubezpieczenia, rezerwy finansowe, zabezpieczenia i inne twory, które sprawiają, że człowiek zaczyna rozumieć, dlaczego banki mają takie ładne siedziby.
Ale o tym za chwilę.
Najpierw trzeba było wybrać bank.
A wybór był prosty.
Tak prosty jak wybór operatora internetowego, firmy kurierskiej albo mechanika samochodowego.
Czyli teoretycznie są opcje, ale każda ma jakiś haczyk.
Do programu przystępowała święta trójca.
PKO SA.
PKO BP.
Alior Bank.
Brzmiało trochę jak skład finałowej grupy Ligi Mistrzów, tylko zamiast piłkarzy mieliśmy analityków kredytowych.
Pierwszy do walki stanął PKO SA.
I tutaj spotkała mnie pierwsza niespodzianka.
Bank postanowił obniżyć moją zdolność kredytową o około sześćdziesiąt tysięcy złotych.
Tak po prostu. 
Jakby gdzieś na zapleczu siedział analityk z kubkiem kawy i powiedział:
- Dobra, temu odejmę sześćdziesiąt tysięcy.
- Dlaczego?
- Nie wiem.
- Ale czemu?
- Bo mogę.
I tyle.
Nie ma dyskusji.
Jest decyzja.
A decyzja w świecie bankowym jest święta.
Następnie mieliśmy PKO BP.
Instytucję, która sprawiała wrażenie, jakby każdy wniosek był analizowany ręcznie przez jednego człowieka siedzącego w piwnicy z kalkulatorem Casio i segregatorem pamiętającym denominację złotówki.
cdn

Wypier**m
Obrazek zwinięty kliknij aby rozwinąć ▼
0.1002459526062