Siemandejro mordeczki.
Naszła mnie ostatnio myśl, aby podzielić się z wami moimi osobistymi spostrzeżeniami.
Świat pędzi do przodu, zmieniając się radykalnie w czasie ostatnich 20-30 lat
Status społeczny, majętność no i podejście do życia. Na szeroką skalę wypowiedzi, po prostu nie pozwala mi własny wiek.
Zacznę od przedstawienia po krótce o własnym dzieciństwie, jak to było w klasie średniej lat 80-90.
Ojciec u Niemca odkąd sięgam pamięcią. Mając jakieś niespełna 10 lat widziałem go dwa razy do roku na Święta. Lubił wypić, chociaż symboliczne. To przynajmniej bawił się ze mną i młodszą siostrą. Wesoły uśmiechnięty nigdy nie krzyczał, nie bił, nie karał. Spokojne oraz logiczne bez nerwów tłumacz nam, że tak nie można. Kiedy coś przeskrobaliśmy.
Tak więc można chyba powiedzieć, że nigdy nie odczułem twardej ojcowskiej ręki. Co było raczej normą w wielu rodzinach, tamtych lat. Kary szlabany i kabel od prodiżu też były, ale od mamy. W końcu ile wytrzyma jedna kobieta na dom jednorodzinny, działkę i dwójkę gówniaków i jeszcze więcej. Wcześniej było jeszcze lepiej, słysząc z opowieści mamy czy dziadków.
Prymusem nie byłem, ale bez spiny tróje czwórki i wzwyż na świadectwie były. Maturka zdana na 30% przeglądając kilka zeszytów. Połowa czasu w każdym, papier na stół i elo. Reszta niech szlifuje dalej.
Szkoła zakończona. Przede mną decyzja. Przedostatni obowiązkowy pobór na 9 miecha 2007r bałem się w chuj, że nie dam rady, zgnoi mnie fala. Nie chciałem iść. Prosiłem mamę, żeby to załatwiła.
Termin stawiennictwa coraz bliżej, a mamie się udało uff.
Dosłownie dzień przed komisją WKU coś mnie ruszyłu, zmieniło na ciele i umyśle.
Chuj idę co ma być to będzie. Jeśli nie będę z czymś lub kimś mógł sobie poradzić. Zrobię jak ojciec, nie wpadne w panikę tylko na spokojnie przemyśle sytuację jak z niej możliwie najlepiej wybrnąć. Lekko nie było, ale ja koniec poczułem coś wyjątkowego.
Czas na pracę i rozwój kariery. No to co, ojciec ogarnął busa i lota na Niemcy jabłka zrywać. Strach był, że już tak daleko od rodziny przyjaciół. Jednak wystarczyła mi jedna osoba.
W trakcie wyjazdów sezonowych, zacząłem kurs na prawko. Szło opornie przez przerwy na tyrce dla Niemca. Dodatkowe godziny itd. W końcu po trzech latach, trzech próbach na ustny oraz praktyczny. Tonach stresu udało się.
Młody gówniarz, bez większej wiedzy i jeszcze mniej umiejętności. Ale 30 koła na koncie, zapracowane i odkładane przez parę lat. O samych warunkach itd pisał już nie będę.
A teraz już do brzegu.
Mając kilka lat oglądałem program motoryzacyjny. Aut już się widziało oczywiście, ale wtedy po raz pierwszy zobaczyłem Cabrio. Ojciec jeździł wtedy dużym Fiatem. Tak się tym zajarałem, że obiecałem sobie kiedyś taki będzie mój!
Długoo zanim zdałem prawo i odłożyłem hajsy.
Trochę to potrwało, ale w końcu się doczekałem. Mam prawko, mam kasę i jestem dorosły.
Nie wiem jakim chujem mi to do łba strzeliło. Ale pomyślałem, fura o takiej mocy i kosztach to dla świeżo upieczonego kierowcy nie najlepszy pomysł. Kupiłem więc Forda Focusa combi (zupełnie nie mój styl wizualny) za 3 kafle. Przez następne jakieś 3-4 lata uczyłem się jazdy, tzn szlifowałem jak się da.
Opel Astra III H Twin top. Nareszcie jest. Ta wisienka na torcie smakowała jak mało która.
Młodziki drogie, jak i rodzice w moim wieku. Jaki jest moral tej historii, każdy przyswoi na swój sposób.
Pozdrawiam i wypierdalam