Motoryzacja
7 l
13
Wrzuta jednego z dzidowców przypomniała mi historię jednego łba - nazwijmy go Robert. Śmieszna ze względu na kuriozalność i pasująca tutaj, bo Robert w zasadzie mógłby być jednym z nas. Robert był przegrywem.
Roberta poznałem kilka lat temu na terenie byłej Republiki Federalnej Niemiec. Pracował przy obrabianiu plastikowych elementów montowanych w samochodach grupy VAG. Typ krótko mówiąc nie był lubiany przez większość pracujących tam polaków - a większość pracowników to byli oczywiście polacy zatrudnieni przez jakieś biuro typu "EuroJob", "FlexJob", "PrimaJob" czy inne ChujWieCoJob. Mieszkali wszyscy po sześć, bądź osiem osób w mieszkaniach czteropokojowych - każdy emigrant płacił tym firmom LastChanceJob po 200€ za kojo i byli zadowoleni. W jednym pokoju młode małżeństwo zbierające hajs, żeby spłacać kedyt za kawalerkę dziesięć metrów gdzieś w Poznaniu, a ściana obok dwóch alimenciarzy po czterdziestce walących wódę do rana w rytm utworu "Mój jest ten kawałek podłogi" xD wszystkie mieszkania pracownicze znajdowały się autentycznie na osiedlu Opfer des Faschismus - tj ofiar faszyzmu xD imby codziennie, koordynatorzy mieli ręce pełne roboty z relokowaniem lokatorów, żeby się tymi nożami w końcu nie pozabijali. Tasowali tymi ludźmi, jak gdyby byli kulami w bębnie maszyny losującej totalizatora sportowego Lotto. W skrócie ekipa fenomenalna, a sceneria akurat na film Wojciecha Smarzowskiego.
Robert natomiast nigdy nie sprawiał kłopotów swojej koordynatorce, wykonywał dobrze swoją pracę i nie wchodził w żadne spory z resztą pracowników. Mimo to nie miał kolegów. Był niby tolerowany przez wszystkich, aczkolwiek traktowano go z lekką pogardą. Czasem zastanawiałem się, czy w ogóle zdaje sobie z tego sprawę.
Robert mieszkał z grupą chłopaków, z którymi przyjechał ze swojej rodzinnej miejscowości. Pracowali razem w jakimś zakładzie stolarskim, czy czymś takim. Zakład zbankrutował, właściciel się zesrał i chłopaki szukali szczęścia za zachodnią granicą. Chcieli jechać do Holandii, bo lepsze zarobki, ładniejsze panny i hehe kofiszopy, ale akurat firma MilionEuroWTydzieńJob miała tylko etaty przy volkswagenowskich plastikach w DE. Łby nie mogły wybrzydzać, bo nie mieli hajsu, ani nawet kuroniówki, bo Pan Właściciel Zakłady Stolarskiego nigdy ich legalnie nie zatrudnił, więc mimo przepracowanego ponad roku chuj im się należał z urzędu pracy - tak to przedstawili. Jak z nimi gadałem o Robercie i opowiadali mi tę historię, to zapytałem ich "a w sumie po co go zabraliście, skoro nie jest waszym ziomeczkiem?" W odpowiedzi otrzymałem wyczerpujące temat i wymowne "a chuj wie". Z tego ChujWieJakiegoPowodu zrodziła się wspólna praca w Szwabskich zakładach przez blisko cztery lata. I tutaj wchodzi historia Roberta opowiedziana przez jego współlokatorów.
Robert w chwili wyjazdu do Rzeszy miał ok 35 lat. Szukał miłości na portalach internetowych i czatach sms'owych typu FunSkan. Mieszkał z mamą, bo jak mawiał "a po co ja mam wydawać na mieszkanie? U mamy mi dobrze! Dam jej sto złotych i mam swój pokój na klucz, ugotowane obiady, kanapki do pracy i uprane łachy co niedzielę. Lepiej mi odkładać kasę, jak poznam pannę i będziemy chcieli ślub wziąć". W skrócie dlatego nikt za nim nie przepadał, bo wszyscy go mieli za jebaną siermięgę, prawiczka i złotówę. Zapytałem ich o to, jak się z Robertem mieszkało, skoro to taka sierota życiowa to odpowiedzieli mi tylko, że w kwestii jedzenia wpierdalał w sumie tylko makaron/ryż/kaszę z mielonką i chleb z mielonką (podobno nic innego nie jadł przez lata. Raz wyszli na kebaba, ale siedział tylko nic nie jedząc, bo kebab to 4€, a on za to ma obiady i sniadania na dwa dni). W jednych skarpetach i koszulce jebaniec chodził przez tydzień, a spodniach i bluzach lekko miesiąc. Jedno pranie co dwa miesiące, jak zjeżdżał do Polski i mama mu robiła. Jeździł tam tylko robić pranie i wpłacać pieniądze na polskie konto, bo "z tym euro to nigdy nie wiadomo, co sie stanie. to jakas nowośc, a złotówka to złotówka, w ojczyźnie zawsze ma wartość".
Po kilku miesiącach spędzonych w Niemczech Robert wygadał się chłopakom, że on od zawsze interesował się motoryzacją, prawko ma zrobione od dawna i chyba chciałby sobie kupić samochód. Bo on to by chciał taką furę, co to tylko na filmach widywał i chyba na to wyda zaoszczędzone pieniądze. Poza tym z dobrym samochodem to on raz dwa znajdzie sobie żonę, a nie tak, jak teraz i wtedy razem uzbierają na ślub. No i pokazał im tapetę na telefonie a tam kilkuletni Mercedes GL. Wyśmiali go i powiedzieli mu, że takie auta są w chuj drogie i to albo zarabia się cztery razy więcej, niż przy platikach do volkswagena żeby kupić, albo się kupuje w kredycie na firmę - ale trzeba mieć firmę! No, ale to nie ostudziło jego zapału. Robert przez kolejne trzy lata wpierdalał tylko mielonkę, pił wodę i robił pranie co dwa miesiące. Był zmotywowany, żeby zaoszczędzić na marzenie na kółkach. Codziennie przeglądał fora na pożyczonym laptopie, żeby wiedzieć jaki wybrać silnik, czym czyścić skórę i jakie opony na lato, a jakie na zimę. Po tych trzech latach w niemczech oznajmił współlokatorom, że jak połączy swoje oszczędności z polski z tym, co zaoszczędził tutaj to już go stać na wymarzone auto. Wziął miesiąc urlopu i wyjebał do Polski na oględziny samochodu.
Resztę historii jego współlokatorzy znają tylko z tego, co przekazali im znajomi z rodzinnego miasta ich i Roberta.
Otóż Robert rzeczywiście kupił piękny samochód. Jeden z najdroższych w okolicy. Całymi dniami upalał go po mieście i pod galeriami handlowymi, żeby zainteresowac kobiety.
Niestety nieprzewidział on tego, że w swojej starej bluzie Fishbone, jeansach marki Jeens i rozjebanych, dziesięcioletnich adidasach nie wzbudzał zachwytu kobiet. Pożalił się jakiemuś koledze, a ten mu poradził, żeby podjechał pod jakiś klub. Tam laski są wcięte i na pewno łatwiej taką wyrwać na samochód.
Robert się nie pierdolił w półsrodki i od razu pojechał do najdroższego klubu nocnego w mieście, ekskluzywnego lokalu - zamiast jak logika wskazuja > na auto wyrywać w remizie. Nikogo tam nie poderwał. Został wyśmiany, nazwamy śmierdzącym cyganem i wyjebany z klubu xD załamany strzelił kilka tyskich na Orlenke, wsiadł w furę i chciał jechac na roksy, ale życie miało inny plan. Typ wjebał się w jakieś drzewo i auto nadawało się do kasacji. Ubezpieczalnia wykpiła się z pokrycia strat i do tego Robert dostał zawiasy. Gość jednego dnia przejebał dwadzieścia lat oszczędności. Po powrocie do pracy, gdy koledzy pytali go, gdzie jego samochód (wtedy nie znali jeszcze relacji z miejsca tragedii życiowej Roberta) ten tylko przeczył mówiąc im, że żadnego auta nie kupił, tylko zajmował się schorowaną matką. Chłop przestał się do kogololwiek odzywać, napierdala wszystkie możliwe nadgodziny, ograniczył ilość mielonki w diecie o połowę i nikt nie ma odwagi zapytać go, na co odkłada pieniądze
Roberta poznałem kilka lat temu na terenie byłej Republiki Federalnej Niemiec. Pracował przy obrabianiu plastikowych elementów montowanych w samochodach grupy VAG. Typ krótko mówiąc nie był lubiany przez większość pracujących tam polaków - a większość pracowników to byli oczywiście polacy zatrudnieni przez jakieś biuro typu "EuroJob", "FlexJob", "PrimaJob" czy inne ChujWieCoJob. Mieszkali wszyscy po sześć, bądź osiem osób w mieszkaniach czteropokojowych - każdy emigrant płacił tym firmom LastChanceJob po 200€ za kojo i byli zadowoleni. W jednym pokoju młode małżeństwo zbierające hajs, żeby spłacać kedyt za kawalerkę dziesięć metrów gdzieś w Poznaniu, a ściana obok dwóch alimenciarzy po czterdziestce walących wódę do rana w rytm utworu "Mój jest ten kawałek podłogi" xD wszystkie mieszkania pracownicze znajdowały się autentycznie na osiedlu Opfer des Faschismus - tj ofiar faszyzmu xD imby codziennie, koordynatorzy mieli ręce pełne roboty z relokowaniem lokatorów, żeby się tymi nożami w końcu nie pozabijali. Tasowali tymi ludźmi, jak gdyby byli kulami w bębnie maszyny losującej totalizatora sportowego Lotto. W skrócie ekipa fenomenalna, a sceneria akurat na film Wojciecha Smarzowskiego.
Robert natomiast nigdy nie sprawiał kłopotów swojej koordynatorce, wykonywał dobrze swoją pracę i nie wchodził w żadne spory z resztą pracowników. Mimo to nie miał kolegów. Był niby tolerowany przez wszystkich, aczkolwiek traktowano go z lekką pogardą. Czasem zastanawiałem się, czy w ogóle zdaje sobie z tego sprawę.
Robert mieszkał z grupą chłopaków, z którymi przyjechał ze swojej rodzinnej miejscowości. Pracowali razem w jakimś zakładzie stolarskim, czy czymś takim. Zakład zbankrutował, właściciel się zesrał i chłopaki szukali szczęścia za zachodnią granicą. Chcieli jechać do Holandii, bo lepsze zarobki, ładniejsze panny i hehe kofiszopy, ale akurat firma MilionEuroWTydzieńJob miała tylko etaty przy volkswagenowskich plastikach w DE. Łby nie mogły wybrzydzać, bo nie mieli hajsu, ani nawet kuroniówki, bo Pan Właściciel Zakłady Stolarskiego nigdy ich legalnie nie zatrudnił, więc mimo przepracowanego ponad roku chuj im się należał z urzędu pracy - tak to przedstawili. Jak z nimi gadałem o Robercie i opowiadali mi tę historię, to zapytałem ich "a w sumie po co go zabraliście, skoro nie jest waszym ziomeczkiem?" W odpowiedzi otrzymałem wyczerpujące temat i wymowne "a chuj wie". Z tego ChujWieJakiegoPowodu zrodziła się wspólna praca w Szwabskich zakładach przez blisko cztery lata. I tutaj wchodzi historia Roberta opowiedziana przez jego współlokatorów.
Robert w chwili wyjazdu do Rzeszy miał ok 35 lat. Szukał miłości na portalach internetowych i czatach sms'owych typu FunSkan. Mieszkał z mamą, bo jak mawiał "a po co ja mam wydawać na mieszkanie? U mamy mi dobrze! Dam jej sto złotych i mam swój pokój na klucz, ugotowane obiady, kanapki do pracy i uprane łachy co niedzielę. Lepiej mi odkładać kasę, jak poznam pannę i będziemy chcieli ślub wziąć". W skrócie dlatego nikt za nim nie przepadał, bo wszyscy go mieli za jebaną siermięgę, prawiczka i złotówę. Zapytałem ich o to, jak się z Robertem mieszkało, skoro to taka sierota życiowa to odpowiedzieli mi tylko, że w kwestii jedzenia wpierdalał w sumie tylko makaron/ryż/kaszę z mielonką i chleb z mielonką (podobno nic innego nie jadł przez lata. Raz wyszli na kebaba, ale siedział tylko nic nie jedząc, bo kebab to 4€, a on za to ma obiady i sniadania na dwa dni). W jednych skarpetach i koszulce jebaniec chodził przez tydzień, a spodniach i bluzach lekko miesiąc. Jedno pranie co dwa miesiące, jak zjeżdżał do Polski i mama mu robiła. Jeździł tam tylko robić pranie i wpłacać pieniądze na polskie konto, bo "z tym euro to nigdy nie wiadomo, co sie stanie. to jakas nowośc, a złotówka to złotówka, w ojczyźnie zawsze ma wartość".
Po kilku miesiącach spędzonych w Niemczech Robert wygadał się chłopakom, że on od zawsze interesował się motoryzacją, prawko ma zrobione od dawna i chyba chciałby sobie kupić samochód. Bo on to by chciał taką furę, co to tylko na filmach widywał i chyba na to wyda zaoszczędzone pieniądze. Poza tym z dobrym samochodem to on raz dwa znajdzie sobie żonę, a nie tak, jak teraz i wtedy razem uzbierają na ślub. No i pokazał im tapetę na telefonie a tam kilkuletni Mercedes GL. Wyśmiali go i powiedzieli mu, że takie auta są w chuj drogie i to albo zarabia się cztery razy więcej, niż przy platikach do volkswagena żeby kupić, albo się kupuje w kredycie na firmę - ale trzeba mieć firmę! No, ale to nie ostudziło jego zapału. Robert przez kolejne trzy lata wpierdalał tylko mielonkę, pił wodę i robił pranie co dwa miesiące. Był zmotywowany, żeby zaoszczędzić na marzenie na kółkach. Codziennie przeglądał fora na pożyczonym laptopie, żeby wiedzieć jaki wybrać silnik, czym czyścić skórę i jakie opony na lato, a jakie na zimę. Po tych trzech latach w niemczech oznajmił współlokatorom, że jak połączy swoje oszczędności z polski z tym, co zaoszczędził tutaj to już go stać na wymarzone auto. Wziął miesiąc urlopu i wyjebał do Polski na oględziny samochodu.
Resztę historii jego współlokatorzy znają tylko z tego, co przekazali im znajomi z rodzinnego miasta ich i Roberta.
Otóż Robert rzeczywiście kupił piękny samochód. Jeden z najdroższych w okolicy. Całymi dniami upalał go po mieście i pod galeriami handlowymi, żeby zainteresowac kobiety.
Niestety nieprzewidział on tego, że w swojej starej bluzie Fishbone, jeansach marki Jeens i rozjebanych, dziesięcioletnich adidasach nie wzbudzał zachwytu kobiet. Pożalił się jakiemuś koledze, a ten mu poradził, żeby podjechał pod jakiś klub. Tam laski są wcięte i na pewno łatwiej taką wyrwać na samochód.
Robert się nie pierdolił w półsrodki i od razu pojechał do najdroższego klubu nocnego w mieście, ekskluzywnego lokalu - zamiast jak logika wskazuja > na auto wyrywać w remizie. Nikogo tam nie poderwał. Został wyśmiany, nazwamy śmierdzącym cyganem i wyjebany z klubu xD załamany strzelił kilka tyskich na Orlenke, wsiadł w furę i chciał jechac na roksy, ale życie miało inny plan. Typ wjebał się w jakieś drzewo i auto nadawało się do kasacji. Ubezpieczalnia wykpiła się z pokrycia strat i do tego Robert dostał zawiasy. Gość jednego dnia przejebał dwadzieścia lat oszczędności. Po powrocie do pracy, gdy koledzy pytali go, gdzie jego samochód (wtedy nie znali jeszcze relacji z miejsca tragedii życiowej Roberta) ten tylko przeczył mówiąc im, że żadnego auta nie kupił, tylko zajmował się schorowaną matką. Chłop przestał się do kogololwiek odzywać, napierdala wszystkie możliwe nadgodziny, ograniczył ilość mielonki w diecie o połowę i nikt nie ma odwagi zapytać go, na co odkłada pieniądze