Przypadek zaistniał ładnych parę lat temu po spożywaniu w gronie kolegów w naszej ulubionej knajpie dużych ilości napoi rozrywkowych. Impreza się zakończyła około 2-3 rano, i wszyscy się rozeszli wzajemnie się odprowadzając. Jeden z kolegów mieszkał za cmentarzem, i rutynowo skracał sobie drogę o dobre pół kilometra idąc przez cmentarz, i to nie ścieżkami, ale pomiędzy grobami ... i rutyna go zawiodła, bo wpadł w przygotowany na pochówek nowy dół. Zaczął podskakiwać i usiłować się wdrapać, ale, że był na gazie, szło mu to niesporo. Usiadł więc na dnie i pomyślał - jest lipiec, ciepło, mam fajki, poczekam aż wytrzeźwieję, albo kopidoły rano przyjdą i pomogą - i tak siedział oparty o ścianę wykopu.... Naraz po przeciwległej ścianie zwala się do dziury następny osobnik, i nie rozglądając się nawet zaczyna podskakiwać i drapać ścianę, aby wyjść. Po dobrej chwili Maryś się odzywa, i mówi głośno - SAM STĄD NIE WYJDZIESZ ...Gościu w ciągu pół sekundy był na górze i umknął z wielkim rykiem...