5
Rzecz o płacy minimalnej. Demokratyczni szamani z Wiejskiej przekonują, że przygotowany przez nich papier, za pomocą magicznej różdżki zwanej prezydenckim długopisem, będzie w stanie wykreować kompletnie nowe realia ekonomiczne, ludzie będą żyli dostatniej, a Polska będzie rosła w siłę.

Polityka społeczno-ekonomiczna Prawa i Sprawiedliwości uderza bezpośrednio w sens stosowania terminu „rzeczpospolita” w stosunku do obecnej formy państwa polskiego. Choć demoliberałom jest to rzecz kompletnie obca i niezrozumiała, określenie to z powodzeniem stosuje się tak do rządu republikańskiego jak i monarchicznego, z całym jednak przekonaniem jestem w stanie stwierdzić, że nie można go odnieść do państwa, w którym populiści w myśl utrzymania władzy za wszelką cenę rozgrywają partykularne interesy swojego elektoratu, zamiast myśleć o dobru wspólnym całego narodu.

Świetnie problem ten obrazuje niedawna wypowiedź Jarosława Kaczyńskiego, który w swojej bezczelności raczył stwierdzić, że „jeśli ktoś nie jest w stanie prowadzić działalności gospodarczej w takich warunkach to znaczy, że się do niej nie nadaje”. Nie wiem czy można dać lepszy dowód niekompetencji w tej dziedzinie, niż zrobił to wódz naczelny neosanacji – zapowiadanie powszechnego dobrobytu przy jednoczesnym uderzaniu w podstawowe źródło finansowania swojej socjalistycznej utopii spycha nas w najgłębsze odmęty ustroju słusznie minionego.

Ojciec Święty Leon XIII w encyklice „Rerum novarum” słusznie pisze, że „do dobrobytu państw przyczyniają się przede wszystkim najbardziej: czystość obyczajów, porządek i prawidłowość w stosunkach rodzinnych, poszanowanie religii i sprawiedliwości, umiarkowane nakładanie i słuszny rozdział ciężarów i podatków, wzrost przemysłu i handlu, rozkwit gospodarstwa rolnego i inne rzeczy podobne.” Tymczasem obóz socjalistyczny dąży do polepszenia sytuacji materialnej pracowników kosztem pracodawców, nakładając na nich nadmierne ciężary, odczuwalne najbardziej przez tych najmniejszych, którzy procentowo największą część swego przychodu będą musieli złożyć w ofierze bożkowi etatyzmu.

Tymczasem z tradycyjnego punktu widzenia to właśnie te małe, często rodzinne przedsiębiorstwa należy uznać za podstawę zdrowego społeczeństwa i jego gospodarki. To one dają zatrudnienie nie tylko ojcu rodziny, ale często i innym jej członkom (również w szerokim znaczeniu terminu rodzina), dają pewną dozę suwerenności rodzinie, która nie jest skazana na utrzymanie z pracy najemnej, ale zostaje wyposażona we własność, którą może rozsądnie gospodarować dla własnego dobra, jak też dobra wspólnego całej rzeczpospolitej. Nie należy zatem dążyć do przygniecenia tychże przedsiębiorstw ciężarami nie do udźwignięcia, ale wręcz umożliwić skuteczne konkurowanie z wielkim kapitałem realizującym swoje neokolonialne ambicje, dając szansę zrzeszania się we wszelkiego rodzaju spółdzielnie czy korporacje zawodowe w celu łatwiejszej walki o zachowanie swojej pozycji na rynku.

Polska gospodarka podwykonawstwem stoi – zamiast dążyć do stworzenia jak najlepszych warunków umożliwiających rozwój rodzimej przedsiębiorczości, przede wszystkim własnego, nowoczesnego przemysłu, kolejne rządy wolą się szczycić ściąganiem do kraju coraz to nowych „plantatorów bawełny”, którzy łaskawie dają autochtonom zatrudnienie na swoich plantacjach. Zamiast sprawić, by obywatele mogli uczciwą pracą samodzielnie wytworzyć swój i całego narodu dobrobyt, bezmyślnie utrzymują nasz pozbawiony perspektyw status wytwórców półproduktów, składanych w całość w państwach inwestorów. W efekcie naszej polityki ekonomicznej kwitnie kult kombinatorstwa, bo najlepiej radzi sobie ten, kto potrafi slalomem omijać kolejne przeszkody stawiane na jego drodze przez państwo, a żeby ta droga nie była zbyt łatwa do pokonania, należy dodatkowo sukcesywnie zwiększać koszty funkcjonowania
Morawiecki, eksterminator  przedsiębiorców. Bo każdy prywaciarz to złodziej.
0.14892101287842