Humor
6 l
2
Geralt i Jaskier szybko porzuciliby role przyjaciół i zapałali do siebie autentyczną miłością. Wkrótce wzięliby ślub i żyli szczęśliwie, adoptując Ciri. Ta z kolei bardzo zaprzyjaźniłaby się z niejaką Milvą. Yennefer, nie mogąc się pogodzić z orientacją Geralta (a raczej z wyborem, Yen przecież byłaby wcieleniem tolerancji) poddałaby się magicznemu zabiegowi zmiany płci i jako dominujący transwestyta kochała się z Triss za każdym razem, kiedy tylko by się widziały.
Yarpen zostałby przewodniczącym partii LGBT i aktywnie walczył o prawa ludzi – teraz zdziesiątkowanych, od kiedy Rada Czarodziejek wprowadziła masową eksterminację ludzi (w imię wyrównania szans) i kontrolę narodzin „ludzkich szczeniąt”. Elfy i Krasnoludy odzyskałyby swoje tereny, ba, nawet zyskały nowe. Nilfgaardczycy, obrzucani kwiatami, pozdrawiani ukłonami i paradami równości, witani by byli na ulicach wszystkich królestw północy, jako „kiedyś uciskani”, teraz – imigranci multikulti. Szybko pozajmowaliby większość znaczących miejsc w radach i zdetronizowaliby poprzednich władców, wprowadzając swoje prawo i zwyczaje.
Nie byłoby wojen. Nie byłoby pogromu Cintry, ani bitwy pod Sodden. Calanthe znalazłaby pracę jako kierowniczka sprzątaczek na dworze i jakiś czas później rzuciłaby się z murów. Dzierżby w Brokilionie zapewnione by miały spokój, o ile oczywiście udzieliłyby miejsca uchodźcom z Nilfgaardu – a, że by tego nie zrobiły, ich las zostałby zrównany z ziemią podczas największej parady równości w dziejach. Smoki zostałyby objęte ochroną w specjalnych rezerwatach, a u szyi każdego z nich dyndałby, zaczepiony na łańcuchu obrońca z partii „Najpiękniejszych”.
Wszyscy żyliby dobrze, dostatnio i w ogólnym zrozumieniu i poszanowaniu. No chyba, że byliby hetero, lub też biali – wtedy musieliby okazywać na każdym kroku, że nie mają nic przeciwko nikomu. Wkrótce ludzie zostaliby poszukiwanymi pracownikami jako słudzy w bogatych, krasnoludzkich i elfickich domach Nilfgaardczyków. Oczywiście, za darmo – jako stażyści.
I zostaje najważniejsze pytanie – czym zająłby się Geralt i inni wiedźmini?
Potwory, jako zagrożone gatunki, zostałyby umieszczone pod ochroną. Wiedźmin spędzałby zaś czas na bieganiu pomiędzy urzędami, by udowadniać, iż ma zezwolenie na swoje miecze (które w końcu zostałyby mu odebrane, jako przedmioty wyjątkowo niebezpieczne). Być może podjąłby się pracy jako ochroniarz, ale szybko by go stamtąd wyrzucono za wyjątkową brutalność i złe podejście do klienta. Później próbowałby sił w rybołówstwie – krótko. Wkrótce wyszłoby na jaw, że uzależniony jest od psychoaktywnych środków i odesłałoby go do zamkniętego ośrodka odwykowo-resocjalizacyjnych, gdzie czasami na szybki seks wpadałby Jaskier.
Tam Geralt miałby szansę spotkać swoje znajome czarodziejki, teraz na odwyku od magii. Ta ostatecznie też zostałaby zakazana – raz jako niepasująca z profilem forma kultu, dwa – w ramach akcji usuwania podziałów klasowych. Taki pewnie będzie Wiedźmin w dalszej części, jebany Netlix
Yarpen zostałby przewodniczącym partii LGBT i aktywnie walczył o prawa ludzi – teraz zdziesiątkowanych, od kiedy Rada Czarodziejek wprowadziła masową eksterminację ludzi (w imię wyrównania szans) i kontrolę narodzin „ludzkich szczeniąt”. Elfy i Krasnoludy odzyskałyby swoje tereny, ba, nawet zyskały nowe. Nilfgaardczycy, obrzucani kwiatami, pozdrawiani ukłonami i paradami równości, witani by byli na ulicach wszystkich królestw północy, jako „kiedyś uciskani”, teraz – imigranci multikulti. Szybko pozajmowaliby większość znaczących miejsc w radach i zdetronizowaliby poprzednich władców, wprowadzając swoje prawo i zwyczaje.
Nie byłoby wojen. Nie byłoby pogromu Cintry, ani bitwy pod Sodden. Calanthe znalazłaby pracę jako kierowniczka sprzątaczek na dworze i jakiś czas później rzuciłaby się z murów. Dzierżby w Brokilionie zapewnione by miały spokój, o ile oczywiście udzieliłyby miejsca uchodźcom z Nilfgaardu – a, że by tego nie zrobiły, ich las zostałby zrównany z ziemią podczas największej parady równości w dziejach. Smoki zostałyby objęte ochroną w specjalnych rezerwatach, a u szyi każdego z nich dyndałby, zaczepiony na łańcuchu obrońca z partii „Najpiękniejszych”.
Wszyscy żyliby dobrze, dostatnio i w ogólnym zrozumieniu i poszanowaniu. No chyba, że byliby hetero, lub też biali – wtedy musieliby okazywać na każdym kroku, że nie mają nic przeciwko nikomu. Wkrótce ludzie zostaliby poszukiwanymi pracownikami jako słudzy w bogatych, krasnoludzkich i elfickich domach Nilfgaardczyków. Oczywiście, za darmo – jako stażyści.
I zostaje najważniejsze pytanie – czym zająłby się Geralt i inni wiedźmini?
Potwory, jako zagrożone gatunki, zostałyby umieszczone pod ochroną. Wiedźmin spędzałby zaś czas na bieganiu pomiędzy urzędami, by udowadniać, iż ma zezwolenie na swoje miecze (które w końcu zostałyby mu odebrane, jako przedmioty wyjątkowo niebezpieczne). Być może podjąłby się pracy jako ochroniarz, ale szybko by go stamtąd wyrzucono za wyjątkową brutalność i złe podejście do klienta. Później próbowałby sił w rybołówstwie – krótko. Wkrótce wyszłoby na jaw, że uzależniony jest od psychoaktywnych środków i odesłałoby go do zamkniętego ośrodka odwykowo-resocjalizacyjnych, gdzie czasami na szybki seks wpadałby Jaskier.
Tam Geralt miałby szansę spotkać swoje znajome czarodziejki, teraz na odwyku od magii. Ta ostatecznie też zostałaby zakazana – raz jako niepasująca z profilem forma kultu, dwa – w ramach akcji usuwania podziałów klasowych. Taki pewnie będzie Wiedźmin w dalszej części, jebany Netlix