4
- A ja przyszedłem nie do ciebie, tylko do chłopaka. - dodał już zupełnie głośno, po czym opuścił oręż. Rozjuszony cieśla poszedł do karczmy, w której – jak się później okazało – pił ze wstydu na umór. W tym czasie strażnik zdążył porozmawiać z chłopakiem pracującym w warsztacie
- Dlaczego uciekłeś? Matka martwi się, została teraz sama i nie poradzi sobie. - powiedział Troenen do chłopaczyny, który jakby kurczowo trzymał w dłoniach swoje narzędzia. Nie przerwał pracy, nawet nie odwrócił twarzy w stronę rozmówcy. Po chwili rzucił mu tylko wściekłe spojrzenie.
- Po coś tu przylazł, tumanie?! Wielki wybawiciel się znalazł, szanowni państwo... - burknął, po czym znów wrócił do pracy.

Przeszkadzała mu jednak obecność drwala, więc rzekł szorstko:
- Nie przyszło ci do głowy, że nie zniknąłem przypadkiem? Nie chciałem całe życie tyrać na polu. Tutaj jest mi dobrze. - dodał, po czym znów zabrał się do pracy. Troenen nie spodziewał się takiego obrotu spraw. Niby chłopak miał rację, mógł decydować o swoim życiu, jednak nawet drwal miał pewne granice, a tym razem chodziło dokładnie o przekroczenie granicy cierpliwości. Zdenerwowany wyszedł z warsztatu, po czym udał się do biblioteki, gdzie miał spotkać ukochaną Dahronda. Zobaczył drobną dziewczynę w cieniu wysokich, drewnianych regałów.
- Witam, w czym mogę pomóc? - zapytała, mierząc gościa dokładnym, ale łagodnym spojrzeniem, uśmiechając się delikatnie. Dopiero gdy oczy Troenena przyzwyczaiły się do półmroku, dostrzegł ciemnooką brunetkę.
- Witam, wolałbym porozmawiać na osobności. - powiedział uśmiechając się zmieszany, wokół było pełno ludzi, którzy nie powinni słyszeć ich rozmowy. Dziewczyna jednak nie była zbyt zainteresowana rozmówcą, przebierała palcami w jakichś kartach.
- Chodzi o Dahronda. - powiedział teraz zupełnie głośno.
- Proszę zachować ciszę, to biblioteka. Ty, który wkrótce wykonasz egzekucję, przyszedłeś porozmawiać ze mną? - zapytała. Dopiero teraz drwal dostrzegł podkrążone od płaczu oczy na tle czerwonej ze złości twarzy. Zdawał sobie sprawę, że gdyby tylko trzęsące się z nerwów ramiona dziewczyny były silniejsze i dłuższe, jego los już od przekroczenia progu biblioteki byłby przesądzony. Widział nienawiść w oczach dziewczyny, tak głęboką i szczerą, dziką. "Nienawidzić w tym stopniu może tylko człowiek szalony albo zakochany - czy to przypadkiem nie to samo?" - pomyślał.
- Nie będzie żadnej egzekucji. Uciekniemy wszyscy. - szepnął ledwie słyszalnie do dziewczyny. Rozdziawiła usta, wypuściła z dłoni papiery, które rozsypały się po marmurowej posadzce. Oboje schylili się, by zebrać papiery.
- Możesz uciec z nami, jeśli chcesz. Dziś w nocy, kiedy tylko zrobi się ciemno, przyjdź do karczmy. Wynająłem tam pokój w którym przetrzymuję Dahronda. Kiedy się zjawię, pójdziesz za karczmę, prowadząc konia. Razem z chłopakiem wyjdziemy oknem, by uciec w stronę lasu. - skończył szeptać, bo podeszła do nich stara bibliotekarka.
- Co robi tu strażnik? - zapytała.
- Właściwie, już wychodziłem. - powiedział, po czym rzucił dziewczynie porozumiewawcze spojrzenie. Wrócił do karczmy, gdzie zastał zupełnie przygnębionego chłopaka. Usiadł obok niego, po czym przyjął dokładnie taką samą pozę i wyraz twarzy. Rozmyślał o tym, jak zmieniły go ostatnie wydarzenia. Zapomniał jednak uprzedzić bibliotekarkę, że wóz musi być pusty, bo trzeba ukryć młodego "ucznia" cieśli. Dahrond rzucił na niego wzrokiem i nim spytał, co się stało, drwal zerwał się na równe nogi i prawie wybiegł na zewnątrz karczmy. Szedł uliczką szybkim krokiem mamrocząc nerwowo pod nosem. Po krótkim spacerze dotarł w końcu do biblioteki, w której niestety nie zastał dziewczyny. Nie miał pojęcia gdzie ona mieszka, zasępił się. Znów wszedł do karczmy. Tym razem nie przejął się Dahrondem, tylko od razu usiadł koło niego i przyjął dokładnie taką samą pozę. Młody skazaniec zgłupiał.
0.2480890750885