Mój facet jest fanatykiem Makłowicza. Średnio trzy razy w tygodniu wydajemy fortunę, by przydządzić jakieś egzotyczne danie wielkiego mistrza. Nasze mieszkanie uwalane jest w sosach i przyprawach. Nigdy nie ma tego jak sprzątnąć, bo 24/7 muszę mu pomagać w gotowaniu. Gdybym raz mu nie pomogła, wyleciałabym na ryj przez okno, na pożegnanie słysząc, jaka to ze mnie niewdzięcznica bez serca.
Wszystko zaczęło się, gdy kwarantanna z powodu Covida 19 miała dopiero początek. Pan Robert Makłowicz założył kanał na YouTubie. I wtedy nastąpiła w moim życiu apokalipsa, jaka się jeszcze św. Janowi nie śniła. Na bok odeszły wszystkie pozostałe lubiane przez nas kanały. Nie mogłam nawet słowa powiedzieć, żebyśmy zrobili przerwę. To się jednak dało znieść. Najgorsze nastąpiło, gdy Pan M. pokazał przepis na danie pod tytułem "Aglio, olio et peperonccino". Mój facet wpadł na pomysł, żeby wykonać tenże przepis. Jak się okazało 3 dni później...
...to był wstęp do następnych potraw. Jedzenie Pana M. było naprawdę cholernie pyszne, więc nasze pieniądze szły na coraz to bardziej wymyślne dania. Kiedy następował brak większej gotówki, robiliśmy "Aglio...". I to wszystko do wtóru głosu Pana M. Doszło do tego, że zaczęłam śnić o jego przepisach. Straszne, złe sny. Zawsze budziłam się z wrzaskiem, ponieważ przerażała mnie cena i ilość składników.
Mój facet przeszedł sam siebie, gdy któregoś razu kupił mule, krewetki, ośmiorniczki i surimi. On, który NIENAWIDZIŁ ryb!!! Po prostu sobie wstaję, otwieram podkrążone oczy, a ten stoi przede mną w uwalanych olejem spodenkach i oznajmia: "stara, cho, robimy #&√". Jakąś dziką chorwacką potrawę z Dalmacji. Nie było rady, musiałam wstać o dwie godziny za wcześnie i pomagać paskudzić na nowo wszystkie garnki i talerze. Przecież nie chciałam zaliczyć wypchnięcia przez balkon na leżący metr niżej trawnik. Po tym naszym wyczynie dziwiłam się, że żaden z sąsiadów nie zapukał ze skargą...
Minęło kilka tygodni, po których zaczęłam się zastanawiać czy jednak lot nie jest lepszy, kiedy kuchenne wybryki musiały się skończyć. Sprowadziłam do niego PlayStation One, a że moja siostra także kocha gry, wypadałoby ją zaprosić. Trzeba było wszystko posprzątać i zapomnieć o regularnym przykładaniu się do wzrastania metrowej warstwy brudu.
W obliczu zmian mój facet postanowił zostać fanatykiem czegoś innego. Oznajmił mi to swoim nieskończonym ogrywaniem konsoli. Spał tylko wtedy, kiedy grała moja siorka. Gotowanie i dbanie o dom spadło na mnie. Obecnie wydaję fortuny na wariacje makaronowe, zastanawiając się, co ja właściwie robię ze swoim życiem.
Wszystko zaczęło się, gdy kwarantanna z powodu Covida 19 miała dopiero początek. Pan Robert Makłowicz założył kanał na YouTubie. I wtedy nastąpiła w moim życiu apokalipsa, jaka się jeszcze św. Janowi nie śniła. Na bok odeszły wszystkie pozostałe lubiane przez nas kanały. Nie mogłam nawet słowa powiedzieć, żebyśmy zrobili przerwę. To się jednak dało znieść. Najgorsze nastąpiło, gdy Pan M. pokazał przepis na danie pod tytułem "Aglio, olio et peperonccino". Mój facet wpadł na pomysł, żeby wykonać tenże przepis. Jak się okazało 3 dni później...
...to był wstęp do następnych potraw. Jedzenie Pana M. było naprawdę cholernie pyszne, więc nasze pieniądze szły na coraz to bardziej wymyślne dania. Kiedy następował brak większej gotówki, robiliśmy "Aglio...". I to wszystko do wtóru głosu Pana M. Doszło do tego, że zaczęłam śnić o jego przepisach. Straszne, złe sny. Zawsze budziłam się z wrzaskiem, ponieważ przerażała mnie cena i ilość składników.
Mój facet przeszedł sam siebie, gdy któregoś razu kupił mule, krewetki, ośmiorniczki i surimi. On, który NIENAWIDZIŁ ryb!!! Po prostu sobie wstaję, otwieram podkrążone oczy, a ten stoi przede mną w uwalanych olejem spodenkach i oznajmia: "stara, cho, robimy #&√". Jakąś dziką chorwacką potrawę z Dalmacji. Nie było rady, musiałam wstać o dwie godziny za wcześnie i pomagać paskudzić na nowo wszystkie garnki i talerze. Przecież nie chciałam zaliczyć wypchnięcia przez balkon na leżący metr niżej trawnik. Po tym naszym wyczynie dziwiłam się, że żaden z sąsiadów nie zapukał ze skargą...
Minęło kilka tygodni, po których zaczęłam się zastanawiać czy jednak lot nie jest lepszy, kiedy kuchenne wybryki musiały się skończyć. Sprowadziłam do niego PlayStation One, a że moja siostra także kocha gry, wypadałoby ją zaprosić. Trzeba było wszystko posprzątać i zapomnieć o regularnym przykładaniu się do wzrastania metrowej warstwy brudu.
W obliczu zmian mój facet postanowił zostać fanatykiem czegoś innego. Oznajmił mi to swoim nieskończonym ogrywaniem konsoli. Spał tylko wtedy, kiedy grała moja siorka. Gotowanie i dbanie o dom spadło na mnie. Obecnie wydaję fortuny na wariacje makaronowe, zastanawiając się, co ja właściwie robię ze swoim życiem.