Przyciągnął wózek z przyborami. Jednym z nich zaczął stukać w każdy ząb po kolei, potem znów, tym razem jednak mocniej. Zdjął ze mnie chustę.
Zdziwiony patrzyłem na niego. "Gdyby powodem bólu był ząb, po którymś stuknięciu ból nasilił by się. To nie ząb, zrobimy prześwietlenie." Zdjęcie nic nie wykazało, ból nasilał się coraz bardziej. Doradził, aby w przypadku nagłego nasilenia się bólu, przyłożyć do dziąseł wacik nasączony rozrobionym amolem. Zmiana antybiotyku, kolejna wizyta za tydzień.
Ten wieczór spędziłem w piwnicy, z słuchawkami w uszach, cieszyłem się panującym tam chłodem. Z kieszeni wypadła mi zapalniczka. Schyliłem się po nią gwałtownie. Kiedy się wyprostowałem, zakręciło mi się w głowie. Tym razem jednak nie zemdlałem, trąciłem kilka gratów, które upadając narobiły hałasu. Przeszywający ból prawej jedynki. Przycisnąłem do twarzy dłoń. Ból był okropny, nie myślałem jasno. Złapałem za kombinerki. Słyszałem kogoś na schodach. Nie myśląc ścisnąłem w nich zęba, po czym mocno szarpnąłem.
Wtedy dotarło do mnie, że jestem idiotą. Kucnąłem na podłodze, głośno jęcząc. Bolało coraz mocniej. Nie pamiętam kto, ale ktoś wyszarpnął mi narzędzie z ręki, kiedy miałem spróbować po raz kolejny. Ruszyłem schodami do góry, by zatrzymać się w kuchni. W końcu znalazłem amol, wyrwałem dozownik widelcem i użyłem go jak płynu do płukania ust, pomijając moment, w którym płyn do płukania ust się wypluwa. Z załzawionymi oczami udało mi się zapalić światło. Ból zaczął ustępować w dużym stopniu. Poszedłem do łazienki, namoczyłem kilka wacików kosmetycznych, Opróżniłem usta, po czym wcisnąłem je pod wargę. Jedynka była w połowie złamana, w tym momencie jednak nawet mnie to nie obeszło, ból po kilku dniach w końcu ustąpił na tyle, że stał się znośny, jak zwykły ból głowy.
Przez chwilę byłem szczęśliwy. Poszedłem do łóżka i zasnąłem twardym snem. Obudziłem się rano, po śniadaniu zadzwoniłem do stomatologa i dwie godziny później znów znalazłem się w jego gabinecie. Opowiedziałem mu co się stało. Na początku mi nie wierzył, jednak kiedy zobaczył co zaszło, zbladł. Zapytał, czy używałem amolu. Mruknąłem. "Masz poparzone dziąsła, co przy zapaleniu nie jest zbyt komfortową sytuacją. Jaki roztwór zrobiłeś? Jak długo trzymałeś ten wacik, że w końcu odparzyłeś dziąsła i czemu go nie wyplułeś, kiedy parzył?". No tak, miał być roztwór i to tylko na chwilę. Zrobił porządek z jedynką, bez znieczulenia, po czym przepisał maść na odparzenia i wysłał mnie do domu, zakazując ponownego używania tej sztuczki.
Tego samego dnia, wieczorem, zadzwonił do mnie. Znał pewną lekarkę, otolaryngolożkę, która specjalizuje się w tego typu przypadkach. Dał mi jej numer. Następnego ranka zadzwoniłem. Recepcja, krótka rozmowa, termin i godzina wizyty. Powtarzałem sobie w myślach, że muszę wytrzymać. Nie jadłem już prawie nic, dwie doby bez snu. Leżąc na plecach gapiłem się w sufit przez bite cztery godziny, modląc się, żeby albo przeszło, albo w końcu zabiło. Wziąłem tabletki nasenne. Wykończony organizm w końcu padł, nie wiedziałem, czy tym razem zasnąłem, czy znów straciłem przytomność.
Obudziłem się później niż zwykle. Kompletnie suche usta, przez chwilę próbowałem coś powiedzieć, język przykleił się do podniebienia. Pamiętam te ranki. Zamiast budzić się na dźwięk nastawionego budzika, czułem się jakby na pobudkę zawodowy bokser serwował mi prawy prosty idealnie między oczy. Usłyszałem telefon. Lekarka przyjmie mnie dzisiaj, bo akurat ma okienko. Tata słyszał moją rozmowę przez telefon, zanim zdążyłem się ubrać, był już na dole w samochodzie, czekając aż wsiądę. Mieliśmy około 40 minut. Nie wiem dlaczego, ale jazda samochodem powodowała wtedy silne mdłości, (chyba coś z błędnikiem) dlatego przez większość drogi jechałem z głową wystawioną przez okno. W którymś momencie chowałem głowę z powrotem do środka, kiedy auto gwałtownie podskoczyło na wyboju. Przyłożyłem nosem prosto w drzwi. Opróżniłem pęcherz w spodnie.
Zdziwiony patrzyłem na niego. "Gdyby powodem bólu był ząb, po którymś stuknięciu ból nasilił by się. To nie ząb, zrobimy prześwietlenie." Zdjęcie nic nie wykazało, ból nasilał się coraz bardziej. Doradził, aby w przypadku nagłego nasilenia się bólu, przyłożyć do dziąseł wacik nasączony rozrobionym amolem. Zmiana antybiotyku, kolejna wizyta za tydzień.
Ten wieczór spędziłem w piwnicy, z słuchawkami w uszach, cieszyłem się panującym tam chłodem. Z kieszeni wypadła mi zapalniczka. Schyliłem się po nią gwałtownie. Kiedy się wyprostowałem, zakręciło mi się w głowie. Tym razem jednak nie zemdlałem, trąciłem kilka gratów, które upadając narobiły hałasu. Przeszywający ból prawej jedynki. Przycisnąłem do twarzy dłoń. Ból był okropny, nie myślałem jasno. Złapałem za kombinerki. Słyszałem kogoś na schodach. Nie myśląc ścisnąłem w nich zęba, po czym mocno szarpnąłem.
Wtedy dotarło do mnie, że jestem idiotą. Kucnąłem na podłodze, głośno jęcząc. Bolało coraz mocniej. Nie pamiętam kto, ale ktoś wyszarpnął mi narzędzie z ręki, kiedy miałem spróbować po raz kolejny. Ruszyłem schodami do góry, by zatrzymać się w kuchni. W końcu znalazłem amol, wyrwałem dozownik widelcem i użyłem go jak płynu do płukania ust, pomijając moment, w którym płyn do płukania ust się wypluwa. Z załzawionymi oczami udało mi się zapalić światło. Ból zaczął ustępować w dużym stopniu. Poszedłem do łazienki, namoczyłem kilka wacików kosmetycznych, Opróżniłem usta, po czym wcisnąłem je pod wargę. Jedynka była w połowie złamana, w tym momencie jednak nawet mnie to nie obeszło, ból po kilku dniach w końcu ustąpił na tyle, że stał się znośny, jak zwykły ból głowy.
Przez chwilę byłem szczęśliwy. Poszedłem do łóżka i zasnąłem twardym snem. Obudziłem się rano, po śniadaniu zadzwoniłem do stomatologa i dwie godziny później znów znalazłem się w jego gabinecie. Opowiedziałem mu co się stało. Na początku mi nie wierzył, jednak kiedy zobaczył co zaszło, zbladł. Zapytał, czy używałem amolu. Mruknąłem. "Masz poparzone dziąsła, co przy zapaleniu nie jest zbyt komfortową sytuacją. Jaki roztwór zrobiłeś? Jak długo trzymałeś ten wacik, że w końcu odparzyłeś dziąsła i czemu go nie wyplułeś, kiedy parzył?". No tak, miał być roztwór i to tylko na chwilę. Zrobił porządek z jedynką, bez znieczulenia, po czym przepisał maść na odparzenia i wysłał mnie do domu, zakazując ponownego używania tej sztuczki.
Tego samego dnia, wieczorem, zadzwonił do mnie. Znał pewną lekarkę, otolaryngolożkę, która specjalizuje się w tego typu przypadkach. Dał mi jej numer. Następnego ranka zadzwoniłem. Recepcja, krótka rozmowa, termin i godzina wizyty. Powtarzałem sobie w myślach, że muszę wytrzymać. Nie jadłem już prawie nic, dwie doby bez snu. Leżąc na plecach gapiłem się w sufit przez bite cztery godziny, modląc się, żeby albo przeszło, albo w końcu zabiło. Wziąłem tabletki nasenne. Wykończony organizm w końcu padł, nie wiedziałem, czy tym razem zasnąłem, czy znów straciłem przytomność.
Obudziłem się później niż zwykle. Kompletnie suche usta, przez chwilę próbowałem coś powiedzieć, język przykleił się do podniebienia. Pamiętam te ranki. Zamiast budzić się na dźwięk nastawionego budzika, czułem się jakby na pobudkę zawodowy bokser serwował mi prawy prosty idealnie między oczy. Usłyszałem telefon. Lekarka przyjmie mnie dzisiaj, bo akurat ma okienko. Tata słyszał moją rozmowę przez telefon, zanim zdążyłem się ubrać, był już na dole w samochodzie, czekając aż wsiądę. Mieliśmy około 40 minut. Nie wiem dlaczego, ale jazda samochodem powodowała wtedy silne mdłości, (chyba coś z błędnikiem) dlatego przez większość drogi jechałem z głową wystawioną przez okno. W którymś momencie chowałem głowę z powrotem do środka, kiedy auto gwałtownie podskoczyło na wyboju. Przyłożyłem nosem prosto w drzwi. Opróżniłem pęcherz w spodnie.