Byłem dziś z mamusią w ciekawym miejscu to się podzielę, może jakiś dzidowiec skorzysta z pomysłu na ciekawe wyjście albo spotkanie (ale nie oszukujmy się).
Restauracja nazywa się Tang Hot Pot i jest w Warszawie obok największej sokowirówki świata czyli w Wilanowie przy Świątyni Opatrzności. Polecam raczej jak ktoś chce sobie posiedzieć i pogadać bo taki posiłek trwa - średni czas wizyty w tej restauracji to 2.5 godziny więc rozumiecie że to raczej zabawa w jedzenie niż jedzenie, chociaż najeść też się można pod korek.
Atrakcja polega na tym że gotuje się samemu. Najpierw zamawia się rodzaj zupy (nie do jedzenia tylko do gotowania w niej jedzenia) i są 4 rodzaje: podstawowy bulion na kościach (mama zamówiła) pomidorowy, grzybowy i ostry (ja taki wziąłem). Jest jeszcze jeden rodzaj, "chiński ostry" ale to dla koksów które wiedzą co robią, mój i tak dobrze grzał. Zupę przynoszą w garnku i stawiają na stole, w stół jest wbudowana kuchenka indukcyjna i zupka sobie stoi i się gotuje. Potem się samemu robi sosik przy bufecie wlewając do miseczki składniki: ja miałem z olejem sezamowym, pastą sezamową, czosnkiem gotowanym i smażonym, szczypiorkiem, obowiązkowym olejkiem chilli i czymś tam jeszcze. Następnie się zamawia to co się będzie jeść czyli posiłek właściwy i tu odważni mogą zaszaleć bo w menu są takie rzeczy jak mózg świni, jelita gęsi, kacza krew, żaby i inne frykasy. My zamówiliśmy wołowinę, jagnięcinę, korzeń lotosu, ciasteczka ryżowe (ściema, to są kluski a nie ciasteczka, zresztą bardzo dobre), krewetki, kalmary, smażoną skórkę tofu, kurczaka w cieście i dwie miski ryżu. Oraz butelkę wina którą mieliśmy własną.
Składniki wjeżdżają na stół surowe. Wrzuca się co się chce do swojego garnka, czeka aż się ugotuje, wyciąga i zjada maczając w sosie. Cokolwiek zamawiacie zamawiajcie tylko jedno bo i tak wszystkim będziecie się dzielić, na tym to polega a porcje są duże.
Gdybyśmy to wino wypili przed jedzeniem to pewnie byśmy zamówili jakąś "ryczącą żabę", język albo inne egzotyczne dziwactwa, ale przy zamawianiu byliśmy trzeźwi więc zabrakło nam odwagi. Może następnym razem.
Za wszystko zapłaciliśmy 120 zeta (w tym maleńki napiwek 6 złotych) i musieliśmy prosić żeby nam część spakowali na wynos bo nie daliśmy rady ze wszystkim. Wszystko było smaczne, a nawet jak coś nie bardzo to pretensje można mieć tylko do siebie bo przecież samemu się to składało. Polecam na jakieś spotkanie, doświadczenie 8/10.
Alkohol mieliśmy własny bo w internetach przeczytaliśmy że nie mają koncesji na alkohol więc podają tylko kieliszki i korkociąg (cwaniaki). To już się zmieniło bo w menu jest piwo, ale kelnerka była miła i pozwoliła nam pić przyniesione wino. Nawiasem mówiąc mieliśmy szczęście bo podobno nie zawsze jest tam ktoś mówiący po polsku.
W restauracji klientami oprócz nas byli głównie Azjaci więc chyba dość autentycze jedzenie.
Restauracja nazywa się Tang Hot Pot i jest w Warszawie obok największej sokowirówki świata czyli w Wilanowie przy Świątyni Opatrzności. Polecam raczej jak ktoś chce sobie posiedzieć i pogadać bo taki posiłek trwa - średni czas wizyty w tej restauracji to 2.5 godziny więc rozumiecie że to raczej zabawa w jedzenie niż jedzenie, chociaż najeść też się można pod korek.
Atrakcja polega na tym że gotuje się samemu. Najpierw zamawia się rodzaj zupy (nie do jedzenia tylko do gotowania w niej jedzenia) i są 4 rodzaje: podstawowy bulion na kościach (mama zamówiła) pomidorowy, grzybowy i ostry (ja taki wziąłem). Jest jeszcze jeden rodzaj, "chiński ostry" ale to dla koksów które wiedzą co robią, mój i tak dobrze grzał. Zupę przynoszą w garnku i stawiają na stole, w stół jest wbudowana kuchenka indukcyjna i zupka sobie stoi i się gotuje. Potem się samemu robi sosik przy bufecie wlewając do miseczki składniki: ja miałem z olejem sezamowym, pastą sezamową, czosnkiem gotowanym i smażonym, szczypiorkiem, obowiązkowym olejkiem chilli i czymś tam jeszcze. Następnie się zamawia to co się będzie jeść czyli posiłek właściwy i tu odważni mogą zaszaleć bo w menu są takie rzeczy jak mózg świni, jelita gęsi, kacza krew, żaby i inne frykasy. My zamówiliśmy wołowinę, jagnięcinę, korzeń lotosu, ciasteczka ryżowe (ściema, to są kluski a nie ciasteczka, zresztą bardzo dobre), krewetki, kalmary, smażoną skórkę tofu, kurczaka w cieście i dwie miski ryżu. Oraz butelkę wina którą mieliśmy własną.
Składniki wjeżdżają na stół surowe. Wrzuca się co się chce do swojego garnka, czeka aż się ugotuje, wyciąga i zjada maczając w sosie. Cokolwiek zamawiacie zamawiajcie tylko jedno bo i tak wszystkim będziecie się dzielić, na tym to polega a porcje są duże.
Gdybyśmy to wino wypili przed jedzeniem to pewnie byśmy zamówili jakąś "ryczącą żabę", język albo inne egzotyczne dziwactwa, ale przy zamawianiu byliśmy trzeźwi więc zabrakło nam odwagi. Może następnym razem.
Za wszystko zapłaciliśmy 120 zeta (w tym maleńki napiwek 6 złotych) i musieliśmy prosić żeby nam część spakowali na wynos bo nie daliśmy rady ze wszystkim. Wszystko było smaczne, a nawet jak coś nie bardzo to pretensje można mieć tylko do siebie bo przecież samemu się to składało. Polecam na jakieś spotkanie, doświadczenie 8/10.
Alkohol mieliśmy własny bo w internetach przeczytaliśmy że nie mają koncesji na alkohol więc podają tylko kieliszki i korkociąg (cwaniaki). To już się zmieniło bo w menu jest piwo, ale kelnerka była miła i pozwoliła nam pić przyniesione wino. Nawiasem mówiąc mieliśmy szczęście bo podobno nie zawsze jest tam ktoś mówiący po polsku.
W restauracji klientami oprócz nas byli głównie Azjaci więc chyba dość autentycze jedzenie.