Niedziela, ładna pogoda, głupio siedzieć w domu, motocykl między nogi i kurs miasto (a właściwie dwa miasta). Po długiej bezsensownej samotnej jeździe i dołożenia swojej cegiełki do korków, już pod wieczór około 21:30 z przemęczenia pleców i dupy z niewygodnej pozycji ma motocyklu postanowiłem że muszę gdzieś usiąść. Zaparkowałem przy drodze, przeszedłem na chodnik, podszedłem do ławki, położyłem kask i usiadłem. Ławka nie była wygodniejsza niż siedzenie w motocyklu, ale pozwoliła rozprostować nogi i plecy. Po 10 minutach patrzenia w telefon, odłożyłem go i patrzyłem na ludzi, którzy tuż przede mną wracali z koncertu który odbywał się kilkaset metrów dalej. Zastanawiałem się jak moje życie jest smutne, kiedy nie mam z kim porozmawiać o problemach, wyżalić się, być. Już nawet jazda nie daje mi satysfakcji. Przesiedziałem tak jeszcze godzinę patrząc się w dal i bawiąc się kluczykiem. Ludzie spoglądali tylko, nie przerywając kroku, a przewinęło się sporo ludzi. Jakieś dwa chłopaki tylko zapytali, jeden jaka to pojemność, a drugi czy mam ognia. Jedna dziewczyna przykuła moją uwagę, szła z koleżanką, spojrzała się na mnie dwa razy, jak by chciała sobie przypomnieć czy mnie czasem skądś zna. Pewnie mógłbym coś się odezwać, może by się zatrzymała, przysiadła, zapytała czy na kogoś czekam, a ja bym odparł że "na Ciebie", może był by to początek wspaniałej znajomości, Still Better Love Story Than Twilight. Ona odeszła, ja zostałem, siedziałem aż ludzie przestali się pojawiać, w końcu była już 22:50. Spojrzałem na telefon, nikt nie pisał, żadnych powiadomień, nikt nie chce transportu. Założyłem kask, wsiadłem na motocykl i pojechałem do domu. Dla tych ludzi byłem tylko motocyklistą który siedział na ławce, widzieli mnie tylko minutę, może myśleli że na chwilę tu usiadłem. Może miałem nadzieję że spotkam kogoś znajomego, z kimś pogadam. Jak się myliłem.