Ocknął się wykrztuszając wodę.
- Dzięki bogu. Bez urazy, ale wolałem uniknąć sztucznego oddychania.
Postać szybko oddaliła się. Czuł uderzenia kroków pełnego biegu przez wibrację podłoża.
- Gdzie jestem... - wydobył z siebie tylko, nim zaczął wymiotować wodą. Czuł jak ktoś ściska go naprawdę mocno.
- Żyjesz! Ty stary wariacie! Tak straszyć... - rozpłakała się jego żona.
- Nie rozumiem. Jak?- zapytał
- Ludzie z wyspy! Płynęli nas ratować, zauważyli resztki naszej tratwy.
Leżał teraz na plecach. Słyszał krzyki wszędzie wokół, stukot butów o pokład. Otworzył oczy, gęsty deszcz spływał mu po policzkach. Wierzył w powodzenie planu jednak w głębi ducha wiedział, że szanse na dotarcie na wyspę są znikome. Nie mógł poddać się bez walki. Musiał walczyć, o siebie i tych, których kochał. Minęło wiele lat zanim przekonał się o tym, co niesie za sobą jakąkolwiek wartość. Przygotowywał się do obrony tego, co wartościowe, a kiedy nadszedł moment zagrożenia, poradził sobie. Czuł satysfakcję i dumę. Cieszył się, że zobaczy córkę.
Dystans między nimi a wyspą malał, kiepskie warunki pogodowe utrudniały podróż. Siedział teraz obok swojej żony, trzymając jej dłoń. Ktoś przechodząc wcisnął mu w dłoń butelkę wody i paczkę papierosów. Płynęli teraz w milczeniu. Nuta adrenaliny i ekscytacji rosła z każdą chwilą, kiedy zbliżali się do lądu.
- Biedna Julka, pewnie teraz się zamartwia. - westchnęła Halina.
- Jest już dorosła, na pewno sobie poradziła.- odparł. Kiedy dopłynęli naprawdę blisko, zauważyli białą łódkę Marchewy. Nie minęło wiele czasu nim w końcu udało im się zejść na ląd. Najpierw, przy przejściu przez ogrodzenie, pomyślnie zweryfikowano przynależność do społeczeństwa. Potem po krótce ktoś przedstawił im mapę wyspy, objaśniając gdzie znajduje się ich lokum, szpital oraz miejsce, gdzie mogą dostać żywność oraz wodę pitną. Wyjaśnienie reguł panujących na wyspie trwało nieco dłużej, jednak para cierpliwie słuchała wszystkich instrukcji. B3t0n najbardziej zainteresował się, kiedy mężczyzna wspomniał coś o wieczornej przemowie.
Szli teraz drogą mijając obcych ludzi, którzy witali ich uśmiechami. Wszędzie trwały prace nad przebudową istniejących domów i sklepów, niektórzy zaczęli zakładać ogrody. Raz po raz mijał ich ktoś na rowerze. Pogoda zaczęła się poprawiać, słońce oświetliło okolicę. Coraz więcej ludzi kręciło się po ulicy. Dotarli pod swój dom. Sąsiedzi siedzieli w ogrodach, dzieci biegały wesoło kopiąc piłkę. Usłyszeli płacz nim zdążyli przekroczyć furtkę. Wiele spojrzeń powędrowało w ich stronę. Bez słów stali teraz na środku ulicy, przypadkowi przechodnie gratulowali pojednania i dotarcia na wyspę.
Całe popołudnie opowiadali sobie nawzajem co działo się przez ostatnią dobę. Siedzieli na kanapie oglądając jakiś film na dvd aż do wieczora, kiedy przez uchylone okno dało się słyszeć pisk głośników.
"Drodzy przybysze, oto nastał pierwszy dzień naszej nowej kolonii, zwanej Nadzieją. Niezmiernie miło nam przyjąć was tutaj jak rodzinę. Jesteśmy również wdzięczni, za pomoc w tworzeniu tego miejsca. Chciałbym też poinformować, że na wyspę przybyli już wszyscy oczekiwani. Trwa praca nad systemem głosowania, systemem edukacji oraz opieki. Pamiętajmy, by traktować się wzajemnie z uprzejmością oraz należytym szacunkiem, ponieważ mamy tylko, ale i aż siebie. Pamiętajmy, by nigdy się nie poddawać, wspierać nasze idee - czyli nas samych, niezastąpionych oraz rozwijać swoje pasje, wzmacniając w ten sposób naszą wspólną odporność na wszelkie przeszkody i nie zapominajmy nie bać się prosić o pomoc - w końcu jesteśmy jak rodzina, a to miejsce jest tego idealnym i namacalnym dowodem. "
Po chwili ciszy głos rozbrzmiał z głośnika na nowo:
"Mowa, którą przed chwilą przeczytałem jest waszego autorstwa, drodzy mieszkańcy. Od siebie mogę tylko dodać, że jest naprawdę szczera. - Ah tak, jutro zapowiada się bezchmurny dzień. To wszystko na dziś, życzę dobrej nocy i do usłyszenia wkrótce, Marchewa."
Cisza otuliła śpiącą rodzinę.
- Dzięki bogu. Bez urazy, ale wolałem uniknąć sztucznego oddychania.
Postać szybko oddaliła się. Czuł uderzenia kroków pełnego biegu przez wibrację podłoża.
- Gdzie jestem... - wydobył z siebie tylko, nim zaczął wymiotować wodą. Czuł jak ktoś ściska go naprawdę mocno.
- Żyjesz! Ty stary wariacie! Tak straszyć... - rozpłakała się jego żona.
- Nie rozumiem. Jak?- zapytał
- Ludzie z wyspy! Płynęli nas ratować, zauważyli resztki naszej tratwy.
Leżał teraz na plecach. Słyszał krzyki wszędzie wokół, stukot butów o pokład. Otworzył oczy, gęsty deszcz spływał mu po policzkach. Wierzył w powodzenie planu jednak w głębi ducha wiedział, że szanse na dotarcie na wyspę są znikome. Nie mógł poddać się bez walki. Musiał walczyć, o siebie i tych, których kochał. Minęło wiele lat zanim przekonał się o tym, co niesie za sobą jakąkolwiek wartość. Przygotowywał się do obrony tego, co wartościowe, a kiedy nadszedł moment zagrożenia, poradził sobie. Czuł satysfakcję i dumę. Cieszył się, że zobaczy córkę.
Dystans między nimi a wyspą malał, kiepskie warunki pogodowe utrudniały podróż. Siedział teraz obok swojej żony, trzymając jej dłoń. Ktoś przechodząc wcisnął mu w dłoń butelkę wody i paczkę papierosów. Płynęli teraz w milczeniu. Nuta adrenaliny i ekscytacji rosła z każdą chwilą, kiedy zbliżali się do lądu.
- Biedna Julka, pewnie teraz się zamartwia. - westchnęła Halina.
- Jest już dorosła, na pewno sobie poradziła.- odparł. Kiedy dopłynęli naprawdę blisko, zauważyli białą łódkę Marchewy. Nie minęło wiele czasu nim w końcu udało im się zejść na ląd. Najpierw, przy przejściu przez ogrodzenie, pomyślnie zweryfikowano przynależność do społeczeństwa. Potem po krótce ktoś przedstawił im mapę wyspy, objaśniając gdzie znajduje się ich lokum, szpital oraz miejsce, gdzie mogą dostać żywność oraz wodę pitną. Wyjaśnienie reguł panujących na wyspie trwało nieco dłużej, jednak para cierpliwie słuchała wszystkich instrukcji. B3t0n najbardziej zainteresował się, kiedy mężczyzna wspomniał coś o wieczornej przemowie.
Szli teraz drogą mijając obcych ludzi, którzy witali ich uśmiechami. Wszędzie trwały prace nad przebudową istniejących domów i sklepów, niektórzy zaczęli zakładać ogrody. Raz po raz mijał ich ktoś na rowerze. Pogoda zaczęła się poprawiać, słońce oświetliło okolicę. Coraz więcej ludzi kręciło się po ulicy. Dotarli pod swój dom. Sąsiedzi siedzieli w ogrodach, dzieci biegały wesoło kopiąc piłkę. Usłyszeli płacz nim zdążyli przekroczyć furtkę. Wiele spojrzeń powędrowało w ich stronę. Bez słów stali teraz na środku ulicy, przypadkowi przechodnie gratulowali pojednania i dotarcia na wyspę.
Całe popołudnie opowiadali sobie nawzajem co działo się przez ostatnią dobę. Siedzieli na kanapie oglądając jakiś film na dvd aż do wieczora, kiedy przez uchylone okno dało się słyszeć pisk głośników.
"Drodzy przybysze, oto nastał pierwszy dzień naszej nowej kolonii, zwanej Nadzieją. Niezmiernie miło nam przyjąć was tutaj jak rodzinę. Jesteśmy również wdzięczni, za pomoc w tworzeniu tego miejsca. Chciałbym też poinformować, że na wyspę przybyli już wszyscy oczekiwani. Trwa praca nad systemem głosowania, systemem edukacji oraz opieki. Pamiętajmy, by traktować się wzajemnie z uprzejmością oraz należytym szacunkiem, ponieważ mamy tylko, ale i aż siebie. Pamiętajmy, by nigdy się nie poddawać, wspierać nasze idee - czyli nas samych, niezastąpionych oraz rozwijać swoje pasje, wzmacniając w ten sposób naszą wspólną odporność na wszelkie przeszkody i nie zapominajmy nie bać się prosić o pomoc - w końcu jesteśmy jak rodzina, a to miejsce jest tego idealnym i namacalnym dowodem. "
Po chwili ciszy głos rozbrzmiał z głośnika na nowo:
"Mowa, którą przed chwilą przeczytałem jest waszego autorstwa, drodzy mieszkańcy. Od siebie mogę tylko dodać, że jest naprawdę szczera. - Ah tak, jutro zapowiada się bezchmurny dzień. To wszystko na dziś, życzę dobrej nocy i do usłyszenia wkrótce, Marchewa."
Cisza otuliła śpiącą rodzinę.