4 l
37
Pierwsza praca po skończeniu szkoły średniej.
Większa firma w małym, rodzinnym mieście.
Ogólne przyjęło się, że każdy mieszkaniec miasta musi przejść przez to szambo. Oczywiście najniższa krajowa.
A więc:
Przychodzę do pracy, gdzie miałem za liderkę i szefa okropną babe.
Praca polegała na tym, że przez 8 h, na każdej zmianie, naciskałem na pedał i wsadzałem lub wyciągałem z maszyny pręty.
Babsko pilnowało, żebym w czasie 10 minutowej przerwy (na 8h pracy) przypadkiem się ani minutki nie spóźnił.
Powiedziała mi, że kwestie pobrania nowych rękawiczek, toalety, jedzenia mam załatwiać tylko na tej przerwie (10 minut przypominam).
Potrafiła wstać podczas przerwy od stołu i z ryjem wypchanym kebabem, drzeć się "chłopcze, masz jeszcze 2 minuty na dotarcie do stanowiska pracy".
Gdy chciałem raz iść na stanowisko prób (co perę prętów robiło się raport, przykładało się pręty do matrycy i sprawdzało czy wymiary itp są okej, zajmowały się tym osoby na odpowiednim stanowisku) to okazało się, że kobity od robienia prób są jeszcze na papierosku, o czym poinformowałem babsko, a to mi gada "aaa dziewczynki sobie poszły na papieroska, przerwę sobie troszkę przedłużyły zaraz wrócą, poczekaj.
Raz była akcja, gdzie koleś poszedł na l4 i babsko kazało mi operować pedałami na 2 maszynach na 2 końcach hali. 30 min na jednej i 30 na drugiej. JESZCZE WYMAGAŁA ŻEBY NORMA DZIENNA BYŁA ZROBIONA XD. Podszedłem do niej, a ta ryj opchany ciasteczkami i gadka o perfumach z koleżankami. I mówię "proszę pani (z małej) jeśli pani weźmie jedna maszynę a ja drugą , to uda nam się zrobić normę dzienną (lider ma pełnić obowiązki 50% pracownika 50 zarządzania, ale większość liderów uważa się za bossa który ma tylko po kątach rozstawiać) a ta się aż czerwona ze złości zrobiła. Zaczęła mnie wyzywać od gówniarzy i że nie ja tutaj jestem od dyrygowania tylko ona. Tak więc szybciutko z tamtąd uciekłem. Co gorsza żebym tam pracował naciskał ojciec, który ma jakąś ku*wa manię, żeby ani jednego dnia nie spędzić poza pracą.
Większa firma w małym, rodzinnym mieście.
Ogólne przyjęło się, że każdy mieszkaniec miasta musi przejść przez to szambo. Oczywiście najniższa krajowa.
A więc:
Przychodzę do pracy, gdzie miałem za liderkę i szefa okropną babe.
Praca polegała na tym, że przez 8 h, na każdej zmianie, naciskałem na pedał i wsadzałem lub wyciągałem z maszyny pręty.
Babsko pilnowało, żebym w czasie 10 minutowej przerwy (na 8h pracy) przypadkiem się ani minutki nie spóźnił.
Powiedziała mi, że kwestie pobrania nowych rękawiczek, toalety, jedzenia mam załatwiać tylko na tej przerwie (10 minut przypominam).
Potrafiła wstać podczas przerwy od stołu i z ryjem wypchanym kebabem, drzeć się "chłopcze, masz jeszcze 2 minuty na dotarcie do stanowiska pracy".
Gdy chciałem raz iść na stanowisko prób (co perę prętów robiło się raport, przykładało się pręty do matrycy i sprawdzało czy wymiary itp są okej, zajmowały się tym osoby na odpowiednim stanowisku) to okazało się, że kobity od robienia prób są jeszcze na papierosku, o czym poinformowałem babsko, a to mi gada "aaa dziewczynki sobie poszły na papieroska, przerwę sobie troszkę przedłużyły zaraz wrócą, poczekaj.
Raz była akcja, gdzie koleś poszedł na l4 i babsko kazało mi operować pedałami na 2 maszynach na 2 końcach hali. 30 min na jednej i 30 na drugiej. JESZCZE WYMAGAŁA ŻEBY NORMA DZIENNA BYŁA ZROBIONA XD. Podszedłem do niej, a ta ryj opchany ciasteczkami i gadka o perfumach z koleżankami. I mówię "proszę pani (z małej) jeśli pani weźmie jedna maszynę a ja drugą , to uda nam się zrobić normę dzienną (lider ma pełnić obowiązki 50% pracownika 50 zarządzania, ale większość liderów uważa się za bossa który ma tylko po kątach rozstawiać) a ta się aż czerwona ze złości zrobiła. Zaczęła mnie wyzywać od gówniarzy i że nie ja tutaj jestem od dyrygowania tylko ona. Tak więc szybciutko z tamtąd uciekłem. Co gorsza żebym tam pracował naciskał ojciec, który ma jakąś ku*wa manię, żeby ani jednego dnia nie spędzić poza pracą.