4 l
2
Jechał Franek Kocańda z jarmarku w mieście, czyli w Nowym Targu. On na siedzeniu, konia poganiał, bo się na burzę zbierało, ona na snopku słomy z tyłu, w lyterkach, czyli w drabinkach. Coś mieli do chałupy kupić, ale się pokłócili i do zgody nie doszli, więc oboje byli podobni do burzowych chmur.
Wyjechali z miasta, kiedy od Turbacza nadeszła czarna chmura. Niebo zaiskrzyło i zachuczały Gorce. Wiatr się zerwał, zaskrzypiało nad polami. Franek przeżegnał się krzyżem świętym i śmignął konia batem, żeby szybciej szedł.
Tuż przed Waksmundem błysło, huknęło i piorun strzelił w brzeg za Dunajcem.
-No, no, no, no - pokiwał głową Franek.
Za Ostrowskiem jeszcze większa błyskawica przecięła niebo, zagrzmiało dwa razy głośniej i piorun strzelił w lipę, co rosła przy drodze, ledwie pięćdziesiąt metrów od Frankowego wozu.
-No, no, no, no - pokiwał głową Franek.
Byli już za Łopuszną, kiedy błysło i huknęło tuż nad Frankowym wozem. Koń stanął dęba, a piorun strzelił w lytry, prościutko we Frankową babę.
-No! - powiedział Franek.
Wyjechali z miasta, kiedy od Turbacza nadeszła czarna chmura. Niebo zaiskrzyło i zachuczały Gorce. Wiatr się zerwał, zaskrzypiało nad polami. Franek przeżegnał się krzyżem świętym i śmignął konia batem, żeby szybciej szedł.
Tuż przed Waksmundem błysło, huknęło i piorun strzelił w brzeg za Dunajcem.
-No, no, no, no - pokiwał głową Franek.
Za Ostrowskiem jeszcze większa błyskawica przecięła niebo, zagrzmiało dwa razy głośniej i piorun strzelił w lipę, co rosła przy drodze, ledwie pięćdziesiąt metrów od Frankowego wozu.
-No, no, no, no - pokiwał głową Franek.
Byli już za Łopuszną, kiedy błysło i huknęło tuż nad Frankowym wozem. Koń stanął dęba, a piorun strzelił w lytry, prościutko we Frankową babę.
-No! - powiedział Franek.