8
 Działo się to w wigilię Bożą, roku Pańskiego nie pamiętam. Postanowiłem zaprosić na nią takiego znajomego z pracy. Pomyślałem, że on zawsze taki samotny, smutny, cichutko płaczący w zakątku swojego małego biureczka, szkoda mi się go zrobiło.  Dał się namówić za dwudziestym piątym razem, no, ale w końcu przyszedł. 
 Ja wziąłem się za gotowanie, które kocham, więc musiał zostać sam na sam z moją dzieczyną, straszną nimfomanką, a ta do niego od razu:
-Ruchaj mnie.
-Nie, nie chcę, daj mi spokój!
-Ruchaj mnie, nie bądź pizda.
-Ale ja nie umiem, błagam, przestań!
-No dawaj!
I napada na niego, łapie za krocze i rzuca na kanapę. Ten się ledwie wyrwał, cały spocony wpada do kuchni i krzyczy:
-Ratuj mnie, to wariatka!
Ja wkurwiony, bo przerywają mi gotowanie, krzyczę:
-Zostaw go! Nie widzisz, że nic z tego nie będzie?!
Wkońcu trochę się uspokoiłem i mówię do dziewczyny:
-Daj spokój, to dzidowiec, babciu.
 Zjedliśmy solnik, potem przyszedł Mikołaj, a następnie udaliśmy się na pasterkę, głosząc chwałę Panu, Alleluja.
                                          Koniec
0.24233388900757