Idę na inbę do starego coompla z osiedla. Długi czas go nie widziałem i jestem strasznie pozytywnie nastawiony na tę imprezkę. W ciągu 30 minut uszykowałem się do wyjścia i po kwadransie jazdy samochodem byłem na miejscu. Ziomeczek z radością mnie przywitał; mieszkał w całkiem fajnym trzypokojowym mieszkanku. Od razu usiedliśmy na kanapie i zaczęliśmy razem pić. Minęło kilka godzin, cały czas wspominaliśmy stare czasy. Nasze rozmowy przerywał tylko dzwonek do drzwi; gospodarz na chwilę wstawał z kanapy i zapraszał do środka kolejnych gości. Poznałem cholernie dużo spoko osób.
Dochodziła już 3 w nocy. Byłem ostro wstawiony i poznałem pewną loszkę.
Tak jak teraz sobie ją przypominam, to istny ideał - śliczna niska brunetka z dużymi oczami koloru głębokiego błękitu i słodkimi ustami. Rozmowa poszła gładko, oboje mieliśmy podobne zainteresowania. Właśnie mówiłem jej o moim uwielbieniu do Beethovena, gdy nagle przerwała mi w połowie opisywania emocji odczuwanych przy jego trzeciej symfonii
- Anon, jestem bardzo zmęczona może pójdziemy do ciebie? hihi
Właściwie to czemu nie, byłem w dobrym humorze i chętnie bym się zabawił. Jako romantyk odpowiedziałem
- Z chęcią maleńka, pójdziemy do mnie a potem zagramy symfonię miłości, pozwolę Ci grać na moim flecie.
Loszka śmieszkuje więc czuje dobrze wewnętrzny nowoczesny poeta. Po chwili już siedzieliśmy w moim samochodzie. Włączyłem płytę z muzyką klasyczną; w głowie helikopter ale jakoś udało mi się dojechać do domu.
Loszka usiadła na kanapie w moim salonie, a ja rozpaliłem w kominku i zapaliłem kilka świeczek. Nalałem nam wina i chwilę rozmawialiśmy patrząc sobie głęboko w oczy. W końcu uznałem, że czas na "zapieczętowanie" naszej romantycznej miłości. Powiedziałem
- Poczekaj tutaj skarbie, zaraz do ciebie wracam i bądź gotowa, bo mam zamiar oddać Ci się w całości.
Ślicznotka przygryzła wargę i słodko zajęczała. Po chwili wracam z fletem i akordeonem gotowy do zagrania wspólnego utworu, patrzę a ta bezbożna kurwa leży nago na moim łóżku. Zajebałem w nią akordeonem. Ta zwinnie złapała go w powietrzu i zaczęła grać. Po chwili zdjęła maskę... okazało się, że owa śliczna brunetka to tak na prawdę Czesław Mozil. Zaczął śpiewać z charakterystycznym akcentem
"Bo zupa była za słona
Źle zasłonięta zasłona
Ptaszek nieco za mały
I robił sąsiadkom kawały
A teraz ty kurwo mała
Opierdol drąga Czesława"
Jego przyrodzenie radośnie pulsowało z każdym wciśnięciem akordeonowego tłoku. W końcu złapałem za stojącą obok gitarę i zajebałem brudasowi z Legolandu. Wpadł do kominka i spłonął wykrzykując jakieś pogańskie zaklęcia.
Każdego wieczora gdy rozpalam w kominku słyszę jak śpiewa duńskie pieśni ludowe.
Dochodziła już 3 w nocy. Byłem ostro wstawiony i poznałem pewną loszkę.
Tak jak teraz sobie ją przypominam, to istny ideał - śliczna niska brunetka z dużymi oczami koloru głębokiego błękitu i słodkimi ustami. Rozmowa poszła gładko, oboje mieliśmy podobne zainteresowania. Właśnie mówiłem jej o moim uwielbieniu do Beethovena, gdy nagle przerwała mi w połowie opisywania emocji odczuwanych przy jego trzeciej symfonii
- Anon, jestem bardzo zmęczona może pójdziemy do ciebie? hihi
Właściwie to czemu nie, byłem w dobrym humorze i chętnie bym się zabawił. Jako romantyk odpowiedziałem
- Z chęcią maleńka, pójdziemy do mnie a potem zagramy symfonię miłości, pozwolę Ci grać na moim flecie.
Loszka śmieszkuje więc czuje dobrze wewnętrzny nowoczesny poeta. Po chwili już siedzieliśmy w moim samochodzie. Włączyłem płytę z muzyką klasyczną; w głowie helikopter ale jakoś udało mi się dojechać do domu.
Loszka usiadła na kanapie w moim salonie, a ja rozpaliłem w kominku i zapaliłem kilka świeczek. Nalałem nam wina i chwilę rozmawialiśmy patrząc sobie głęboko w oczy. W końcu uznałem, że czas na "zapieczętowanie" naszej romantycznej miłości. Powiedziałem
- Poczekaj tutaj skarbie, zaraz do ciebie wracam i bądź gotowa, bo mam zamiar oddać Ci się w całości.
Ślicznotka przygryzła wargę i słodko zajęczała. Po chwili wracam z fletem i akordeonem gotowy do zagrania wspólnego utworu, patrzę a ta bezbożna kurwa leży nago na moim łóżku. Zajebałem w nią akordeonem. Ta zwinnie złapała go w powietrzu i zaczęła grać. Po chwili zdjęła maskę... okazało się, że owa śliczna brunetka to tak na prawdę Czesław Mozil. Zaczął śpiewać z charakterystycznym akcentem
"Bo zupa była za słona
Źle zasłonięta zasłona
Ptaszek nieco za mały
I robił sąsiadkom kawały
A teraz ty kurwo mała
Opierdol drąga Czesława"
Jego przyrodzenie radośnie pulsowało z każdym wciśnięciem akordeonowego tłoku. W końcu złapałem za stojącą obok gitarę i zajebałem brudasowi z Legolandu. Wpadł do kominka i spłonął wykrzykując jakieś pogańskie zaklęcia.
Każdego wieczora gdy rozpalam w kominku słyszę jak śpiewa duńskie pieśni ludowe.