"To jest profesor Rafał Wilczur!"
Te słowa wypowiedziane przez postać Dobranieckiego granego przez legendarnego Piotra Fronczewskiego od lat kojarzą się z kolejnymi dniami wolnymi od szkoły czy pracy.
Z racji mojej dociekliwości (dla niepoznaki zwanej domniemanym Aspergerem) stwierdziłem, że sprawdzę jak ta scena została opisana w książce, bo film ten jest ekranizacją powieści Znachor autorstwa Tadeusza Dołęgi-Mostowicza.
Tak, ekranizacją, nie adaptacją, bo tak mówi Wikipedia.
Wracając do wątku: jesteście ciekawi, jak została opisana ta scena w książce?
Śpieszę z odpowiedzią!
Otóż... Nijak, bo tych słów wypowiedzianych w sądzie przez Dobranieckiego po prostu nie ma!
Łamiąca wiadomość poplątana z szokiem i niedowierzaniem!
"Ale jak to!?" spytajcie.
Tutaj też śpieszę z odpowiedzią.
Dobraniecki przed zaginięciem profesora Wilczura był jego akolitą, co akurat zagadką nie jest.
Po zaginięciu swojego mistrza udało mu się dojść na sam szczyt, zostając królem chirurgów, czy kogo oni tam mają.
W trakcie rozprawy faktycznie rozpoznał Profesora... Dlaczego więc tego nie powiedział głośno?
Tak, dobrze się domyślacie.
Bał się, że straci swój ciepły stołek (niczym Denethor, syn Ectheliona na rzecz Aragorna w Powrocie Króla) na rzecz Profesora Wilczura!
Taki to samolub i karierowicz!
Czy się jednak zreflektował po czasie?
Tak, nawet bardzo szybko, ale to było bez znaczenia, bo jego aktywna rola w przywróceniu pamięci Znachora się kończy zanim się zaczęła.
Ale jak to? To jak i kiedy Wilczur odzyskał pamięć, jeśli nie w sądzie?
Otóż na cmentarzu, przy grobie swojej żony, której to nazwisko rozpoznał, kiedy zabrali tam go Leszek wraz z Marysią.
Cała książka kończy się modlitwą Profesora Wilczura za duszę żony na jej grobie. W komunie mogło to nie przejść.
Mam nadzieję, że nikt nie umarł z szoku, a nawet jeśli, to trud skończon, więc chyba zwycięstwo.
Te słowa wypowiedziane przez postać Dobranieckiego granego przez legendarnego Piotra Fronczewskiego od lat kojarzą się z kolejnymi dniami wolnymi od szkoły czy pracy.
Z racji mojej dociekliwości (dla niepoznaki zwanej domniemanym Aspergerem) stwierdziłem, że sprawdzę jak ta scena została opisana w książce, bo film ten jest ekranizacją powieści Znachor autorstwa Tadeusza Dołęgi-Mostowicza.
Tak, ekranizacją, nie adaptacją, bo tak mówi Wikipedia.
Wracając do wątku: jesteście ciekawi, jak została opisana ta scena w książce?
Śpieszę z odpowiedzią!
Otóż... Nijak, bo tych słów wypowiedzianych w sądzie przez Dobranieckiego po prostu nie ma!
Łamiąca wiadomość poplątana z szokiem i niedowierzaniem!
"Ale jak to!?" spytajcie.
Tutaj też śpieszę z odpowiedzią.
Dobraniecki przed zaginięciem profesora Wilczura był jego akolitą, co akurat zagadką nie jest.
Po zaginięciu swojego mistrza udało mu się dojść na sam szczyt, zostając królem chirurgów, czy kogo oni tam mają.
W trakcie rozprawy faktycznie rozpoznał Profesora... Dlaczego więc tego nie powiedział głośno?
Tak, dobrze się domyślacie.
Bał się, że straci swój ciepły stołek (niczym Denethor, syn Ectheliona na rzecz Aragorna w Powrocie Króla) na rzecz Profesora Wilczura!
Taki to samolub i karierowicz!
Czy się jednak zreflektował po czasie?
Tak, nawet bardzo szybko, ale to było bez znaczenia, bo jego aktywna rola w przywróceniu pamięci Znachora się kończy zanim się zaczęła.
Ale jak to? To jak i kiedy Wilczur odzyskał pamięć, jeśli nie w sądzie?
Otóż na cmentarzu, przy grobie swojej żony, której to nazwisko rozpoznał, kiedy zabrali tam go Leszek wraz z Marysią.
Cała książka kończy się modlitwą Profesora Wilczura za duszę żony na jej grobie. W komunie mogło to nie przejść.
Mam nadzieję, że nikt nie umarł z szoku, a nawet jeśli, to trud skończon, więc chyba zwycięstwo.