Tak się zastanawiam, czy naprawdę możemy przechodzić tak obojętnie obok takich spraw i godzić się, aby takie sprawy nie mogły byc uregulowane w cywilizowany sposób i aby nasze Państwo łupiło swoich obywateli i odmawiało im praw?
"Czuję się podwójnie ukarana. Jedno to tragedia, która mnie spotkała. Drugie, odebranie godności i sprawstwa" – mówi Kamila, która straciła żonę. Rodzina zmarłej i polskie urzędy traktują ją jak obcą.
"Żeby przewieźć ciało Judyty do Polski, musiałam uzyskać paszport zwłok. Chciałam, żeby niemiecka urzędniczka wpisała w europejskim akcie zgonu, że Judyta była stanu wolnego. Ona nie rozumiała. Przez telefon tłumaczyła, że przecież nie może, to nie jest zgodne z niemieckim prawem, że podlegamy lokalnej jurysdykcji. I w ogóle, dlaczego nie może napisać, że Judyta miała żonę. A ja błagałam ją, żeby wpisała, że moja partnerka nią nie była, mamy tylko świstek od notariusza, a państwo polskie tego nie uzna. Bez europejskiego aktu zgonu nie byłoby zgody na odbiór ciała i przejście przez ambasadę w Berlinie. Nie wiem, co się stało, nie wiem, po ilu telefonach, ale w końcu urzędniczka się zgodziła. De facto złamała niemieckie prawo i wpisała, że Judyta była stanu wolnego".
Dziewczyny poznały się na studiach. Judyta miała 23 lata, Kamila 21. Obydwie studiowały filologie, jedna w Opolu, druga we Wrocławiu. Zwróciły na siebie uwagę w uniwersyteckiej bibliotece. Potem wymieniły setki listów, odwiedzały się w weekendy. Po studiach zamieszkały wspólnie we Wrocławiu.
Przez wiele lat w ogóle nie myślały o formalnościach. "Byłyśmy młode, miałyśmy zdrowie i cały świat przed sobą. Nigdy się nie afiszowałyśmy. To nie były czasy, żeby o tym myśleć. Żyłyśmy dla siebie. Rodziny wiedziały, kto nas bliżej znał, też to »czytał«. Wystarczyło zobaczyć, jak na siebie patrzymy. Ale to był nasz mikroświat".
Gdy pytam, czy na ulicy złapałyby się za ręce, odpowiada, że nigdy. "Nie w Polsce. Za granicą, w normalnej, cywilizowanej Europie, czułyśmy się wolne. Tutaj nie pozwalałyśmy sobie na za dużo. Zresztą, po studiach zaczęłam pracę jako nauczycielka. Nie chciałam żadnych pytań, bałam się, że to mnie skreśli.
Kiedyś spisały testamenty na kartkach, żeby mieć cokolwiek. Dopiero w czerwcu 2022 r. poszły do notariusza. Judyta nalegała, żeby udzieliły sobie wszelkich pełnomocnictw. "Zawarłyśmy umowę partnerstwa, tam było dużo szczegółowych informacji o dziedziczeniu, dostępie do informacji medycznej, podziale wspólnego majątku. Ale był to też dokument bardzo intymny. Zapisałyśmy w nim wszystkie punkty z przysięgi małżeńskiej, te o wierności, solidarności, wsparciu, szacunku. Przed panią notariusz miałyśmy ceremonię. Myślałyśmy, że kolejnym krokiem będzie prawdziwy ślub za granicą. Widziałyśmy, że wiele par nie ogląda się na Polskę, wyjeżdża. Naszym drugim domem była Portugalia. Chciałyśmy tam zorganizować wesele. Nie zdążyłyśmy".
"Jestem wierząca, ale niepraktykująca. Judyta była ateistką. Rozmawiałyśmy nieraz o pochówku. Wiedziałam, że nie chce księdza ani modlitwy. Gdy powiedziałam jej rodzinie, że to powinien być świecki pogrzeb, usłyszałam, że nie ma mowy. Bo w rodzinie wszyscy są chowani normalnie, zgodnie z tradycyjnym obrządkiem".
Nikt nie złożył mi kondolencji. Szeptali, że nie mam prawa iść za konduktem żałobnym, że to wszystko moja wina, że to przeze mnie Judyta odwróciła się od rodziny" – opowiada Kamila.
Ale to Judyta wydziedziczyła ojca. W testamencie zapisała, że nie chce, żeby dostał choć promil wspólnego majątku. "Nie akceptował jej ani naszej relacji" – mówi Kamila.
Wracając z pogrzebu, odebrała telefon. "To był on. Mówił, żebym przygotowała spis wszystkich ruchomości i nieruchomości, które miała Judyta, bo musimy się policzyć. Potem takie telefony pojawiały się średnio co tydzień. Pytał, czy jestem gotowa na spotkanie u notariusza. Namawiał, żeby dzielić majątek".
"Czuję się podwójnie ukarana. Jedno to tragedia, która mnie spotkała. Drugie, odebranie godności i sprawstwa" – mówi Kamila, która straciła żonę. Rodzina zmarłej i polskie urzędy traktują ją jak obcą.
"Żeby przewieźć ciało Judyty do Polski, musiałam uzyskać paszport zwłok. Chciałam, żeby niemiecka urzędniczka wpisała w europejskim akcie zgonu, że Judyta była stanu wolnego. Ona nie rozumiała. Przez telefon tłumaczyła, że przecież nie może, to nie jest zgodne z niemieckim prawem, że podlegamy lokalnej jurysdykcji. I w ogóle, dlaczego nie może napisać, że Judyta miała żonę. A ja błagałam ją, żeby wpisała, że moja partnerka nią nie była, mamy tylko świstek od notariusza, a państwo polskie tego nie uzna. Bez europejskiego aktu zgonu nie byłoby zgody na odbiór ciała i przejście przez ambasadę w Berlinie. Nie wiem, co się stało, nie wiem, po ilu telefonach, ale w końcu urzędniczka się zgodziła. De facto złamała niemieckie prawo i wpisała, że Judyta była stanu wolnego".
Dziewczyny poznały się na studiach. Judyta miała 23 lata, Kamila 21. Obydwie studiowały filologie, jedna w Opolu, druga we Wrocławiu. Zwróciły na siebie uwagę w uniwersyteckiej bibliotece. Potem wymieniły setki listów, odwiedzały się w weekendy. Po studiach zamieszkały wspólnie we Wrocławiu.
Przez wiele lat w ogóle nie myślały o formalnościach. "Byłyśmy młode, miałyśmy zdrowie i cały świat przed sobą. Nigdy się nie afiszowałyśmy. To nie były czasy, żeby o tym myśleć. Żyłyśmy dla siebie. Rodziny wiedziały, kto nas bliżej znał, też to »czytał«. Wystarczyło zobaczyć, jak na siebie patrzymy. Ale to był nasz mikroświat".
Gdy pytam, czy na ulicy złapałyby się za ręce, odpowiada, że nigdy. "Nie w Polsce. Za granicą, w normalnej, cywilizowanej Europie, czułyśmy się wolne. Tutaj nie pozwalałyśmy sobie na za dużo. Zresztą, po studiach zaczęłam pracę jako nauczycielka. Nie chciałam żadnych pytań, bałam się, że to mnie skreśli.
Kiedyś spisały testamenty na kartkach, żeby mieć cokolwiek. Dopiero w czerwcu 2022 r. poszły do notariusza. Judyta nalegała, żeby udzieliły sobie wszelkich pełnomocnictw. "Zawarłyśmy umowę partnerstwa, tam było dużo szczegółowych informacji o dziedziczeniu, dostępie do informacji medycznej, podziale wspólnego majątku. Ale był to też dokument bardzo intymny. Zapisałyśmy w nim wszystkie punkty z przysięgi małżeńskiej, te o wierności, solidarności, wsparciu, szacunku. Przed panią notariusz miałyśmy ceremonię. Myślałyśmy, że kolejnym krokiem będzie prawdziwy ślub za granicą. Widziałyśmy, że wiele par nie ogląda się na Polskę, wyjeżdża. Naszym drugim domem była Portugalia. Chciałyśmy tam zorganizować wesele. Nie zdążyłyśmy".
"Jestem wierząca, ale niepraktykująca. Judyta była ateistką. Rozmawiałyśmy nieraz o pochówku. Wiedziałam, że nie chce księdza ani modlitwy. Gdy powiedziałam jej rodzinie, że to powinien być świecki pogrzeb, usłyszałam, że nie ma mowy. Bo w rodzinie wszyscy są chowani normalnie, zgodnie z tradycyjnym obrządkiem".
Nikt nie złożył mi kondolencji. Szeptali, że nie mam prawa iść za konduktem żałobnym, że to wszystko moja wina, że to przeze mnie Judyta odwróciła się od rodziny" – opowiada Kamila.
Ale to Judyta wydziedziczyła ojca. W testamencie zapisała, że nie chce, żeby dostał choć promil wspólnego majątku. "Nie akceptował jej ani naszej relacji" – mówi Kamila.
Wracając z pogrzebu, odebrała telefon. "To był on. Mówił, żebym przygotowała spis wszystkich ruchomości i nieruchomości, które miała Judyta, bo musimy się policzyć. Potem takie telefony pojawiały się średnio co tydzień. Pytał, czy jestem gotowa na spotkanie u notariusza. Namawiał, żeby dzielić majątek".
Kobiety uzbierały spory majątek. Kamila zmieniła pracę nauczycielki na tłumaczenia i szkolenia. Judyta przez 18 lat pracowała w jednej firmie. "Miała taką filozofię, że do czterdziestki będziemy tyrać, a potem zacznie się slow life. Miałyśmy odcinać kupony, podróżować. Zainwestowałyśmy w dom, budowałyśmy swoje miejsce w Portugalii, miałyśmy samochody i oszczędności. To wszystko było nasze, wspólne".
30 listopada 2023 r. przed Sądem Rejonowym we Wrocławiu odbyła się rozprawa, na której odczytano testament. Sędzia nie podważyła jego wiarygodności, a cały majątek przypadł Kamili.
"27 grudnia odebrałam z poczty pismo, że trafiłam do trzeciej, ostatniej grupy podatkowej.
Zgodnie z ustawą z 1983 r., jestem dla Judyty osobą obcą i muszę zapłacić 20 proc. podatek o spadku, 200 tys. zł" – opowiada Kamila.
"Od urzędniczki usłyszałam, że mamy pecha, że uzbierałyśmy taki majątek, nie mamy żadnych zobowiązań do odliczenia, bo w końcu stać mnie, żeby to zapłacić. Ale tu w ogóle nie chodzi o pieniądze. Nie uchylam się od obowiązku, ale nie mieści mi się głowie, że po 19 latach szczęśliwej, trwałej relacji, państwo polskie uznaje mnie za osobę obcą".
"Przez pierwsze tygodnie nie wiedziałam, co się stało. Zobaczyłam pióro z kurtki i mi się przypomniało, że gdzieś już kiedyś je widziałam. Przecież Judyta sobie tę kurtkę rozdarła i wokół było pełno piór. Potem zobaczyłam bzy i znów to wszystko do mnie wróciło. Do dziś mam lepsze i gorsze tygodnie, bo czuję się podwójnie ukarana. Jedno to tragedia, która mnie spotkała. Drugie, odebranie godności i sprawstwa" – mówi Kamila.
30 listopada 2023 r. przed Sądem Rejonowym we Wrocławiu odbyła się rozprawa, na której odczytano testament. Sędzia nie podważyła jego wiarygodności, a cały majątek przypadł Kamili.
"27 grudnia odebrałam z poczty pismo, że trafiłam do trzeciej, ostatniej grupy podatkowej.
Zgodnie z ustawą z 1983 r., jestem dla Judyty osobą obcą i muszę zapłacić 20 proc. podatek o spadku, 200 tys. zł" – opowiada Kamila.
"Od urzędniczki usłyszałam, że mamy pecha, że uzbierałyśmy taki majątek, nie mamy żadnych zobowiązań do odliczenia, bo w końcu stać mnie, żeby to zapłacić. Ale tu w ogóle nie chodzi o pieniądze. Nie uchylam się od obowiązku, ale nie mieści mi się głowie, że po 19 latach szczęśliwej, trwałej relacji, państwo polskie uznaje mnie za osobę obcą".
"Przez pierwsze tygodnie nie wiedziałam, co się stało. Zobaczyłam pióro z kurtki i mi się przypomniało, że gdzieś już kiedyś je widziałam. Przecież Judyta sobie tę kurtkę rozdarła i wokół było pełno piór. Potem zobaczyłam bzy i znów to wszystko do mnie wróciło. Do dziś mam lepsze i gorsze tygodnie, bo czuję się podwójnie ukarana. Jedno to tragedia, która mnie spotkała. Drugie, odebranie godności i sprawstwa" – mówi Kamila.